Dzisiaj w pracy wytworzyła się pewna dyskusja..
B: Asiu, czy Twój syn nie jest już po sesji? (dla sprostowania, jej syn studiuje to samo i na tym samym roku co koleżanki syn i mój M.)
A: On dopiero teraz w weekend idzie więc się okaże.
Ja: A to jakoś mu się przerwa zrobiła, bo przecież pokrywały się im (M) zjazdy, a M to już zaczął się uczyć, żeby zaliczyć wszystko w pierwszym terminie.
B: No ale to zawsze są poprawki.
Ja: Tak, ale trzeba za nie bulić, więc człowiek uczy się wcześniej, żeby kilka groszy zaoszczędzić w kieszeni.
B: A to Twoi rodzice nie płacili Ci, przecież mają Ciebie jedyną.
Ja: Nie bo chciałam się usamodzielnić poza tym to nie jest ich obowiązek, tylko moja wola co studiowałam.
B: Ale to powinni Ci płacić.
I: Ale co ma usamodzielnienie się do studiów.
Ja: Że człowiek uczy się samemu życia, bez pomocy rodziców.
I: No odezwałaś się, jak Ci rodzice płacą za mieszkanie.
B: No właśnie.
Ja: Owszem kredyt płacą, ale do opłat nie mają nic, wszystko sama opłacam, od nich nie biorę żadnych pieniędzy, poza tym ja nie miałabym już z czego spłacić kredytu.
B: No i uwiązałaś ich na 300 tys,.
Ja: Jakie 300 tysięcy?! Raz, że jest dużo mniej, a dwa, że sami chcieli mi pomóc.
O co się konkretnie rozchodzi?
Bożena ma dwójkę dzieci, którym wszystko opłaca. Syn - już stary koń, nie pracuje, studiuje zaocznie, i jak to ona twierdzi "nie może się przemęczać bo się musi uczyć". Z tego co mi wiadomo, uczy się ledwo co, taki obibok na garnuszku mamusi. Drugie z jej dzieci to córka, która wyszła za mąż w zeszłym roku, mieszkają z mężem u niej w domu, nie dokładają się nic a nic do jego utrzymania włącznie z jedzeniem. B. twierdzi, że musi pomagać dzieciom, tylko akurat to jak ona im pomaga dochodzi do tego, że oni nic nie potrafią zrobić, bo wszystko mama za nich zrobi.
Iwona jest niewiele starsza ode mnie, ma męża i syna który poszedł do szkoły. Rodzice jej nic nie pomagają i sama jakoś musi dać radę. Z tą różnicą, że: wynajmuje mieszkanie od siostry, wydaje kupę kasy na ciuchy, kosmetyki, jakieś duperele (praktycznie nic mnie to nie obchodzi, ale głosząc to na całym forum sali nie da się nie słyszeć).
Ja sama staram, się żyć na normalnym poziomie. Staram się ograniczyć wydawanie kasy na duperele, jak przycisnę pasa to umiem spełnić swoje jakieś małe marzenia. Moi rodzice nic nie pomagają mi w codziennym życiu. Czasem zrobią znienacka jakiś prezent, ale staram się ich odciągać już od takich pomysłów.
O co tak wszystko chodzi?
O to, że mam mieszkanie, dzięki pomocy rodziców (jakbym była w stanie to bym spłacała ten kredyt).
O to, że mam samochód, który sama utrzymuję i faceta, który dużo przy nim umie zrobić.
O to, że mam wykształcenie i to dość dobre w porównaniu z pozostałymi (ale nie myślcie sobie, że chodzę i to rozpowiadam...)
O to, że jestem w miarę zgrabna i faceci za mną się oglądają.
O to, że nie robię problemów z niczego, jak mam gdzieś po coś poczekać to poczekam a nie marudzę, że ile to czekać, że to nie normalne.
O to, że umiem dogadać się z ludźmi.
O to, że mam pasje, hobby.
Jednym słowem, o wszystko. Nie potrafię zrozumieć jak można wypominać komuś, że ma lepiej? Przecież każdy z nas jest kowalem swojego losu i to nie jest zależne od koleżanki w pracy czy sąsiadki. Jednak jak widać są nadal osoby które nam wszystkiego zazdroszczą o pewnie psioczą pod nosem "a niech jej się noga podwinie".
Staram się olewać takie rzeczy, jednak jedno co się zmienia po takich "akcjach" to zaufanie i szczerość do tych osób.
Człowiek chce tutaj, być wobec drugiego szczerym i miłym a tu takie akcje ;)
p.s. nawet po ostatnich akcjach jakie zrobił kolega, chciałabym z nim w miarę normalnie współpracować... dlatego próbuję mu dawać kolejne szansy na zmianę tego co zrobił i robi...