niedziela, 28 kwietnia 2013

O wszystkim po trochu...

Ostatnio narzekałam, że wątpliwe żebyśmy się z mieszkaniem wyrobili do końca miesiąca. Po spokojnych rozmowach stwierdziliśmy, że chyba wyjścia dużego nie mamy i musimy się wyrobić. Jak to nam wyjdzie to nie wiemy, z pewnością każdą wolną chwilę musimy przeznaczyć na dokończenie wszystkiego co zaczęliśmy. Na pewno wszystkiego od razu mieć nie będziemy, ale łazienka będzie, kuchnia raczej też no i łózko - więc podstawowe meble będą. Jakoś da się żyć. Po następnym weekendzie jedziemy już po meble do kuchni. Wolimy, ażeby postały niż później się okazało, że czegoś brakuje. Innym tematem jest to że trzeba jeszcze jechać i kupić płytę, piekarnik no i zmywarkę. Chociaż z tym ostatnim to się okaże czy będzie od razu czy z czasem ją zakupimy. 
Bynajmniej jak na razie trochę zasialiśmy w sobie optymizmu. Mam nadzieję, że i jego i sił nam wystarczy. 

W ten weekend postanowiłam znów się pobawić z krawcową. Miałam uszyć z 2 sukienki i spódnicę ale że jak zwykle bywam zbyt ambitna jak na siebie to wyszła jedna sukienka. Chociaż jestem z niej dumna. Szycie trwało 1,5 dnia. Może i nie jest idealna ale jak na swoje małe zdolności to nie jest chyba tak źle ze mną. Z początku miała być po prostu chabrowa ale było zbyt smutno i doszyłam do niej kawałek malinowego paska  który jest dość długi (1,5 metra) więc można się nim dowolnie obwiązać. Efekt całokształtu wygląda ot tak :)

Mam nadzieję, że na lato będzie w sam raz :)

Wczoraj pozostałam sama w domu. Rodzice wyjechali na majówkę - tą taką 9 dniową więc pozostałam sama. Po szkole miał przyjechać M. no więc obudziła się we mnie kucharka. Oczywiście obudziła się dość późno - 30 min przed jego przyjściem, ale jakoś się wyrobiłam. Obiado-kolacją był makaron z brokułami i łososiem (Nie wiem, czy wspominałam ale mój facet mięsa nie jada, więc nie lada gratka wymyślić coś dobrego). Ogólnie danie polecam. W przyszłości postaram się je uwiecznić i podać przepis. Ale szybko to chyba nie będzie bo usłyszałam "dobre, ale nie możesz go robić za często bo się nam przeje". Tak więc dyspozycja wydana, że często nie może być. 
Znów na śniadanie wymyśliłam kanapeczki z bułki na których był ser żółty, jajko, łosoś wędzony, pomidor, i wszystko dodatkowo udekorowane majonezem ze szczyptą pieprzu. Zabrakło tylko ogórka, chyba przez to, że On się musiał do szkoły wyrobić. Wyglądało mniej więcej tak:


Ogólnie to polecam takie kanapeczki na wszelkiego rodzaju imprezy. Są naprawdę przepyszne :)

Dziś na obiad będę tworzyć faszerowane pomidory :) Jedyny problem jaki dziś miałam to znaleźć dość duże warzywa, ażeby sporo się farszu zmieściło. Zobaczymy czy mi one wyjdą. 

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Remontu ciąg dalszy...

... Remont zaczyna być jak niekończąca się historia, trwa, trwa, no i ciągle trwa. Była perspektywa "do świąt się wprowadzamy" - stała się szybko nierealna. Później "do majówki się wprowadzimy" co prawda majówka za tydzień ale wiemy, że jest to mało realne. Teraz pytanie czy uda nam się wprowadzić chociaż do końca maja. Bo nie jesteśmy tego pewni. Owszem chcielibyśmy bardzo ale jak to wyjdzie to się okaże. 
Łazienkę porzuciliśmy w stanie jakim jest, czyli niedokończone wc, brak wanny. Wszystko przez to, że stwierdziliśmy że priorytetem teraz jest kuchnia. Bo to zamówić meble, robią je ok 3-4 tygodni no i wtedy przyjeżdżają panowie i montują. Więc i podłoga powinna być, i sufit no i ściana pomalowana. Tak więc zaczęliśmy od sufitu - bo ściany już wcześniej zagipsowaliśmy i dotarliśmy. wyglądało to tak



Może niezbyt przypominało to sufit ale zalążek już jego był. oczywiście jak to u nas bywa, bez problemów się nie obyło. a to pomyliliśmy się o 4 cm. a to trzeba było wykuć większą dziurę na wentylację. a to skrzynkę z bezpiecznikami opuścić... W końcu, po 2 dniach przybrał on trochę lepszą formę, bardziej przypominającą sufit.

No i nawet oświetlenie się pojawiło :)
Wydaje mi się, że będzie dobrze wyglądało. 
Ale wracając do tematu kuchni. Wybraliśmy się na "oględziny" fachowców. 
Pierwszy rzut - bazarek niedaleko, sprawdzona firma wszystko pięknie cacy. Przyniosłam swój projekt jak ma wyglądać. Z materiałem idziemy po kosztach, złotych klamek nie potrzebujemy, po prostu najzwyklejsze szafki... Projekt wyglądał od tak:

Już, na samym początku powiedziałam sobie że więcej jak 4 tys za 3 metry kuchni nie dam. No ale jak pan liczył i liczył i liczył i wyliczył po czym z uśmiechem powiedział "całość będzie kosztować 5.600 zł"... Szczęki nam opadły jakbyśmy z stali na jakimś 10 piętrze i spadły na parter. Oczywiście z uśmiechem odpowiedzieliśmy "w takim razie dziękujemy, mamy jeszcze kilka firm do odwiedzenia" i się po prostu zmyliśmy. Koleś wyliczył nam metr za 1866 zł... to jakaś porażka, Po prostu się załamałam. Ale coś mnie tknęło i mówię do swojego M. "wiesz co, jak mamy jeszcze chwilę czasu to chodź może zajedziemy do IKEA i tam zobaczymy ile nam wyjdzie kuchnia". No więc na rondzie zawrotka i kierunek IKEA. Nie szliśmy z jakąś nadzieją, ale zawsze coś do porównania. z 20 min czekaliśmy na naszą kolejkę do osoby wyceniającej. Pan miły, zapytał jakie fronty spojrzał na projekt i wbijał szafkę za szafką. Pomiędzy pytając o jakieś szczegóły, a to doradzał nam szafki. Po czym ostateczna cena wyszła ze wszystkim 3.500.... Ponownie nasze miny były bezcenne. Tym razem zagościł uśmiech. Do tego wszystkiego meble są dostępne od ręki a jedyną rzeczą z jakiej będziemy musieli skorzystać to z usługi docinania blatu. Humory nam się od razu poprawiły. Nigdzie już nie zamierzamy jeździć bo wiemy, że będziemy mieć kuchnię z IKEA. 

Kuchnia będzie biała z blatem w kolorze orzecha. Jestem zadowolona że będzie pięknie wszystko
wyglądało. I co najważniejsze spełniają się moje słowa "nie dam za kuchnię więcej niż 4 tys" :)

czwartek, 11 kwietnia 2013

Krawcowa

Kilka dni temu postanowiłam sprawdzić się w roli krawcowej, wszystko może przez to, że często nie ma bluzko-tuniko-sukienek jakie bym chciała kupić. Po prostu ich nie ma. Za pewne to wina mojego spaczonego gustu który zawsze jest poza modą. No i stało się że zamówiłam po prostu dwa kawałki materiału. dokładnie po 1 metrze bieżącym z koloru. Jakby nie było to "wujek google" wspomógł w temacie "jak szyć". Co się okazało, że jest bardzo dużo informacji, dużo filmików ze wskazówkami jak szyć. No więc wzięłam się do roboty. 

Najpierw obczaić musiałam fason, co proste do końca nie było, ale dałam radę. Następnie jak to krawcowa typowa. Szpileczki i upinałam jak miałam przeszyć. Niestety nie posiadałam ani nic na wzór, żeby dopasować, ani żadnego przedmiotu którym mogłabym sobie narysować. Ale, dam radę, Ja bym nie dała? ta która gipsy dociera to sobie bluzki nie uszyje...

Nie wiedząc czemu później tydzień tak materiał ze szpilką sobie leżał i chyba nabierał urzędowej mocy, ażeby go przeszyć (na początku tylko jedną bluzkę upięłam). No i czas nadszedł na szycie... Mamuśka kupiła jakąś nowoczesną maszynę, więc jakoś musiała mi najpierw wyjaśnić co się z czym je, to znaczy szyje. Gdy podstawy ogarnęłam, zaczęłam SZYĆ! I nawet nie wiedziałam, że to taką frajdę sprawia. Pierwsza bluzka uszyta, chociaż muszę ją trochę skorygować. Jest to typowy "nietoperz" (żaden gacek, zwykła bluzka a'la nietoperz"). Utrudnieniem było to, iż szwy widać, gdyż przeszycie jest z prawej strony. Najgorzej było nadać kształt, obecnie nie są obszyte brzegi ale chyba na dniach to uczynię. Tak samo jak i dekolt czy jak kto woli otwór na głowę również zamierzam obszyć. A bluzka się prezentuje ot tak:

Drugi mój wyczyn to taki spontan. też coś podobnego. Może tyle co bardziej figurę podkreśla no i wszędzie jest obszyta. Chyba nawet bardziej mi się ona podoba. No i jest mega wygodna :) Długość wybrana tak, ażeby pasowało i do dżinsa i do leginsa a nawet i na gołą nogę. O!. 

Jedną z głównych rzeczy jaka mnie skłoniła też do uszycia sobie czegoś to cena. Za oba materiały zapłaciłam grosze. Z pewnością za taką cenę, nawet z przesyłką nie kupiłabym takiej bluzki a na pewno nie takiej jakości jakiej są. Ponadto są bardzo wygodne, co bardzo lubię, żeby mi nic ruchów nie utrudniało, a i zalotne są również :)

W najbliższym czasie chyba też sobie kupie kawałki materiałów i coś będę kombinować, może spódnica, może sukienka, kolejna bluzka... jeszcze nie wiem, wiem, że to Wciąga  :) 

niedziela, 7 kwietnia 2013

Fiolet raz!

Weekend, jak większość ostatnio, minęła nam pod hasłem "wykańczanie mieszkania". Więc bez rewelacji teoretycznie ale... w końcu w naszej łazience pojawił się kolor :) już przełamaliśmy czystą biel jaka w niej panowała.
Ale znów trochę zabawy z płytkami w odcieniu fioletu jest. Jedno co nam trochę krzyżowało plany to to iż nie można było rządku za rządkiem układać bo się zaraz zapadały. Więc trzeba było odczekać spory odstęp czasu. pierwszy rząd ułożony został w sobotę późnym wieczorem, drugi dziś rano a trzeci znów wieczorem. Ale płytki wyglądają znakomicie. Jak mi się uda je utrzymać w idealnej czystości to nawet lustro nie będzie potrzebne bo w nich się można przeglądać. Nawet mojemu facetowi się ten kolor spodobał. Jak to on powiedział "na początku nie podobały mi się, kolor mnie nie przekonywał, ale jak teraz je położyłem z tymi białymi to bardzo mi się podobają. Ale jeszcze nie przekonałem się do tych dekorów bo są dość blade, no ale zobaczymy jak skończymy wszystko" .
Tak. mój facet nigdy mało nie mówi, tylko jak już to pełne kilku-członowe zdanie ;) Co do dekorów o których wspomniał to są one żółto-pomarańczowe. Taki bliżej nie zidentyfikowany odcień, gdyż jest to listwa szklana malowana z jednej strony. Mam nadzieję, że jeszcze trochę i będą też dekory :)

Oprócz łazienki, zaczęliśmy robić w między czasie jak sechł klej, sufit podwieszany który będzie ciągiem od przedpokoju, przez część pokoju aż do kuchni. Taki mały tasiemiec. 
Ale oczywiście czasu nam na zrobienie więcej zabrakło, jak też ja, jako "pani architekt" nie wiedziałam w którym miejscu będzie oświetlenie w kuchni. No jakoś mi się zapomniało. Oczywiście po powrocie do domu wszystko mi się przypomniało, czyli standardowo. 

Ostatnio na forum osiedlowym zawrzało że są za naszymi oknami dzikie zwierzęta. Chociaż my do tej pory widzieliśmy tylko za drzewami małą sarenkę oraz w zeszłym roku bażanta - chociaż dobre i to. No i dziś. w ramach relaksu podeszłam do okna wyjrzeć na naszą zabalkonową naturę i moim oczom ukazał się dzik. BA ! nawet to była Locha z małymi, których było z 5-6 sztuk. Widok przepiękny. Zachwycaliśmy się z bite 20 minut nimi. 


Okazało się, że niedaleko mają swoje legowisko, więc jest szansa że jeszcze nie raz rodzinkę zobaczymy w komplecie. :)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

łazienkowo

Przedświąteczny tydzień minął nie dość, że szybko to i trochę męcząco. M. dostał zwolnienie bo od 2 tygodni chodził jakiś takiś podziębiony. Przyjechał i wziął się ponownie do wykańczania małego M2. Ciąg dalszy łazienki. Skończyliśmy dopiero w sobotę po 22. Wiem, że święta, że ludzie chcą odpocząć, że się nie powinno. Ale kiedy to wszystko skończyć jak człowiek nie ma kiedy tylko weekendy. Wstępne plany przyjmowały, że na święta się przeprowadzimy a tu klops (warzywny bo M. mięsa nie jada). Siedział i dłubał w łazieneczce. I efekty w sobotę wieczorem można było już podziwiać. Obecnie łazienka wygląda jak by się weszło do szpitalnej łazienki. Biel bije po oczach. Chociaż stwierdziłam, że farbę do sufitu i ścian kupiliśmy ZA białą. Tak.. za białą bo płytki wyszły przy niej kremowe. No ale od piątku zacznie się pojawiać kolor w łazience - czyli fiolet :) przykładaliśmy cały komplet - kolor płytkę i dekor i wiemy, że będzie bosko :) Obecnie 4 metry kwadratowe szczęścia wyglądają od tak:




Ja, żeby  nie było, że nic nie robiłam wzięłam się jak to kobieta pracująca za kucie ścian. Okazało się że potrzebujemy jednego kabla dodatkowo do (w)łącznika światła. A to znów trzeba też było przenieść domofon bo wg tego co dał developer wychodził w połowie drzwi do szafy. Sama nie wiem czy może w planach mieli żeby był on w samej szafie... sama nie wiem. Wiem, że znajomi mieli go na środku ściany :)

W sumie gdyby nie święta to przez te dwa dni byśmy porobili w mieszkaniu. i być może łazienka byłaby na totalnym wykończeniu. No ale niestety. Z tego powodu piątkowy bałwan, którego ulepiłam na tarasie, popełnił w sobotę samobójstwo i się z rozpaczy rozpuścił. A był taki piękny. Amerykański, Remontowy i UŚMIECHNIĘTY  :)


Dodatkowo w czwartek stałam się właścicielką mieszkania. Udało się w końcu podpisać akt notarialny :) Myślałam, że to bardziej boli, ale jakoś obyło się bezboleśnie. Dodatkowo kilka godzin później było pierwsze zebranie na którym miała powstać wspólnota mieszkaniowa. Całe spotkanie trwało 2 godziny. Były zaproszone wyłącznie osoby które podpisały akt, ale na forum wpadliśmy na pomysł, że wszyscy mieszkańcy mają prawo wiedzieć kto będzie administratorem. Więc wieczorem 2 dni przed skoczyliśmy i z M. rozwiesiliśmy kartki o zebraniu - efekt był dość sporo widoczny. Salka była zbyt mała na taką liczbę osób. Ogólnie ja siedziałam i się śmiałam bo wiedziałam jak to będzie przebiegało. Faktycznie ludzie niektórzy mądrze zadawali pytania, ale niektórzy nastawili się bardzo wrogo i bojowo. 
Ale jakoś to przeszło o obecnie jestem jednym z członków wspólnoty :)

p.s. znów jedną w ważnych rzeczy udało mi się załatwić przed świętami. Przed Bożym Narodzeniem odebrałam klucze (w czwartek). Teraz (też w czwartek) podpisałam Akt. Chociaż ostatni etap "przeprowadzka" wolałabym załatwić trochę wcześniej aniżeli przed jakimiś świętami. 

piątek, 22 marca 2013

Moda

Moda... ale nie taka związana ze stylem, z ciuchami. Chodzi mi tutaj o modę społeczną, że spora grupa osób ma podobne poglądy, wybiera podobne produkty czy usługi. 

Myśli na temat mody nasunęły mi się po obejrzeniu pierwszej części słynnego "Zmierzchu" obejrzanej w jednej ze słynnych stacji telewizyjnych dzisiejszego wieczora. Kilka lat temu był szał na ten film. Nie za bardzo rozumiałam i nadal nie rozumiem na czym ten szał polegał. Wszyscy oblegali kina, szukali książek, informacji czy jakiś gadżetów... Ale "po co??" Do dziś nawet po obejrzeniu tego filmu nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. 
Główna aktorka - przeciętna, są ładniejsze, chociaż do filmu pasuje (tak mi się wydaje)
Główny bohater - też bez jakiegoś szału. Odpowiednio wystylizowany do roli. 
Otoczenie - no oczywiście trochę mroczne... 

W internecie natknęłam się na informację że jest to film za razem horror jak i romans. Jak jeszcze pod romans bym to może i podciągnęła bo wątek miłosny występuje. Natomiast horror to chyba przeżywał reżyser puszczając pierwszą część do kin i zastanawiał się czy będzie hity czy kit. Chyba zamiast horroru powinno być napisane "przygoda", "sf" albo "fantasy" które najbardziej do niego pasuje. Ale horror? Sama takiego gatunku nie oglądam (tu był wyjątek) gdyż wiem, że zwykle są to filmy gdzie jest pełno emocji, trzymają w napięciu po czym występuje fala grozy... A tutaj... kurna nie widziałam tego ! 

No dobra ale co jest w tym filmie takiego "WOW"???  Nie wiem. Jakoś nie wciąga tak jak odkurzacz kurz z dywanu. Taki sobie filmik. Chociaż ileś kolejnych części powstało i był na nie taki sam szał. 

Co do mody (i społecznej i ciuchowej) zawsze byłam tak zwane 100 lat za murzynami albo przed nimi. Nigdy nie kupowałam tego wszystkiego co inni mają. Zawsze coś sobie w głowie wymyśliłam i szukałam takiej rzeczy. Na przykład - szał na telefony mające nie tylko funkcję dzwonienia, sms czy jak ostatnio aparatu. Ale ważne było żeby mieć w nim jakieś cuda wianki" mp3, mp4, wifi, bluetooth, kamerowanie długich filmików, 15 tysięcy gier, 1 700 tysięcy dźwięków, wideo, dvd, telewizje, czy robienie kanapek.... A ja szukałam telefonu bardziej podstawowego, gdyż wiem, że z większości funkcji nie będę korzystała bądź włączę ją raz czy dwa, a oczywiście cena telefonu fiuuuu w górę. I zwykle telefonu używam, aż do jego kasacji, czyli prawie totalnego zniszczenia, że aż wstyd go pokazywać ;)

Innym przykładem z którym mam odwieczny problem są buty. Zawsze wymyśle sobie że "o przydałyby mi się sandałki, na lato, na jasnym koturnie, zapinane na kostkę z ciemnego materiału i przystępnej cenie". No i zwykle poszukiwania trwają ok 3-4 miesięcy. Właśnie tak miałam w zeszłym roku. Nigdzie przez prawie całe lato nie mogłam znaleźć butów. Wszędzie to samo. Jasne buty. Jedno sezonowe. Robione przez małe chińskie rączki z bóg wie czego. W końcu znalazłam coś co przyciągnęło moją uwagę w jednej z sieciówek. Oczywiście cena składała się z trzech cyferek... no ale cóż. Spodobały mi się. Były wygodne. Kupiłam i nie żałuję. Jestem bardzo zadowolona. Ale znalezienie ich naprawdę trwało (zresztą jak większość butów jakie mam zamiar kupić...)

Takim ostatnio napotkanym przykładem mogą być systemy jakie się stosuje w kuchni a dokładniej w szafkach kuchennych. Nawet nie wiedziałam o czymś takim. Dowiedziałam się o tym od dwóch zaprzyjaźnionych, niedawno poznanych sąsiadek. Owe systemy powodują: nie trzaskanie szafkami, lekkie otwieranie, lekkie zamykanie, że szuflada coś tam się nie robi a coś się robi. Dokładnie nie wiem ale podobno są "suuuuuper". Oczywiście owe koleżanki zamówiły kuchnie z owymi systemami. Jedna zapłaciła ok 7 tys a druga 12 tys za same szafki bez sprzętu. Wydaje mi się to strasznie dużo. Zastanawiałam się czy warto dać tyle za jakiś zawiasik i stwierdzam, że NIE. U rodziców mamy zwykła kuchnię która ma 14 lat - zawiasy żyją wszystkie. Jak mieszkałam, z mężem to szaleństwo bo miałam kosz cargo - ale jakoś mało mi się on przydawał, wolałam zwykłe szafki. Więc i w swoim mieszkaniu zamierzam zrobić zwykłą kuchnię, bez udziwnień, oby mi się pochowały wszystkie garnki, szklanki, talerze oraz sztućce. 

Sama nie wiem czy mnie tak wychowali moi rodzice (chyba po części tak), czy też mam inne spojrzenie na świat (też bardzo możliwe) ale jakoś nie ciągnie mnie żeby być jak kopia kogoś innego. Chyba chodzi o to, ażeby być oryginalnym, wyróżnić się z tłumu a nie się z nim zmieszać. No bynajmniej tak mi się wydaje. Udawanie, że się przynależy do jakiejś grupy społecznej to czasem udawanie i okłamywanie samego siebie. A po co ? Najważniejsze to "BYĆ SOBĄ" . :))

środa, 20 marca 2013

"Jestem kobietą pracującą ..."

"... i żadnej pracy się nie boję"

W sumie coś po części o mnie. W sobotę zbuntowałam się przeciwko mojemu facetowi i pod jego okiem zaczęłam i ja wykańczać mieszkanie. Przypadło mi gipsowanie i docieranie ścian, które miały być w fajnym stanie a niestety są w opłakanym. Tak więc całe ściany są praktycznie do gładzenia, w szczególności że chcę w dwóch miejscach dość ciemne odcienie, do tego światło padające z góry i pięknie widać wszelkie nierówności... No więc ktoś musiał to zrobić. Fakt trochę się narobiłam. Latanie po drabinie mnie nie rusza. Lęków wysokości nie mam. W kurzu też już się nauczyłam przebywać Więc wzięłam się ochoczo do pracy. Oczywiście skończyć nie skończyłam - nawet nie było takich szans. Może uda mi się w ten weekend co nie co dokończyć, a, że mój facet będzie w szkole to będzie miło zaskoczony jak to zobaczy :)

Zakwasów jako takich nie miałam, nie licząc lekkich w nogach, ale za to z lekka się rozchorowałam. Sama nie wiem czy to przez mojego M. który chodził od kilku dni podziębiony, czy też od tego, że w mieszkaniu w związku ze zdjętymi kaloryferami wyłączone jest ogrzewanie. Tak czy inaczej obecnie jestem pociągająca :) Jeszcze może by wszystko było ok, gdyby nie to że co drugi dzień mam stan podgorączkowy... a do pracy chodzić trzeba... Mam nadzieję, że jednak to są ostatnie podrygi czegoś grypo-podobnego we mnie. 

W między czasie zaczęłam myśleć nad aranżacją swoich małych czterech kątów. Wiedziałam, że mnie to bardzo wciągnie, gdyż kiedyś rozpatrywałam zawód architekta (szkoda, że go nie wybrałam w związku z obecnym kryzysem....). No i efekty wyszły ot takie :) Jak na laika jestem z siebie zadowolona. W szczególności, że zajęło mi to niecałe dwa wieczory. 



czwartek, 14 marca 2013

Zabieganie

Mam wrażenie, że dni uciekają mi tak jakby lała się woda przez palce. Nim się obejrzałam a już czwartek. Zaraz będzie podpisanie aktu, święta, majówka. A my ze wszystkim w lesie. Mieliśmy łazienkę skończyć w marcu i nie wiem czy nam się to uda. Czasu brak. Trzeba czekać aż wyschnie gips, klej itd itp. Daliśmy sobie umowny termin - na majówkę się przeprowadzamy, ale jak widzę tempo naszych robót to jeśli wyrobimy się do grudnia to będzie cud. Ja rozumiem, że mój facet chodzi do szkoły. Ale też mi zbytnio nie pozwala w mieszkaniu nic robić poza porządkowaniem go. A ja też bym chciała mieć jakiś wkład. Nawet mu to powiedziałam, że jeśli chce sam wszystko robić to będziemy to wszystko rok robić... zobaczymy w ten weekend czy coś będę robiła czy nadal patrzyła jak on robi... 

Fakt, że trochę się zdołowałam po tym, że jedni znajomi mieszkają już 1,5 miesiąca, drudzy prawie na końcu etapu remontowego są, a my ...
Co 2 weekend jak byliśmy to się umawialiśmy na pogaduchy wieczorne ale chyba będziemy musieli to odpuścić sobie. Coś na rzecz czegoś. W końcu chcielibyśmy się uwolnić od rodziców, którzy niestety z roku na rok są coraz starsi i poglądy mają zupełnie inne jak te 10 lat temu.  

W związku z tym wczoraj wybraliśmy się na zakup zlewozmywaka. I pierwszy raz w życiu (tak, tak pierwszy raz!) kupiłam cokolwiek w IKEA... trochę to dziwne uczucie, w szczególności, że pełno w internecie zdjęć jakiej jakości są meble w tym sklepie. No ale jak się nie zaryzykuje to się nie przekona. Zlew prosty. Udziwnień nie chcemy, chociaż i tak będzie przerobiony, ogólnie potrzebowaliśmy po prostu dość sporej, prostej miski no i taniej :)
http://www.ikea.com/pl/pl/catalog/products/S49896361/


Jestem sama ciekawa jak nam wyjdzie całokształt. Mam nadzieję że dobrze i będzie się piękne prezentował i  dobrze sprawował (przynajmniej mam taką nadzieję). 

No,  ale żeby zakupów nie było dość to na poprawę humoru zakupiłam sobie baleriny, a tak żeby zimę przegonić i przypędzić szybciej lato. Chyba trochę brakuje mi pięknych słonecznych dni... 


niedziela, 10 marca 2013

Domowe spa

Pogoda nijaka. Błoto. Spacer odpadał. Pojechałam do sklepu. Ludzi multum. Nie lubię robić zakupów. W ogóle. Poza nocą z soboty na niedzielę to spędziłam weekend sama. A nie lubię sama siedzieć w domu. Musiałam sobie znaleźć jakieś zajęcie. Bo bym chyba zwariowała. Postawiłam na lekkie zadbanie o siebie.

Dawno już pazurów nie robiłam. Przez ostatnie pół roku był to różowy żel i koniec. W ten weekend zaszalałam. 


Niebieskie - moje ulubione. Pięknie się mienią w słońcu, tylko nie wiem czy takowe się pojawi. Ale w końcu moje dłonie trochę nabrały kształtu. 

Drugim etapem to było farbowanie włosów. Chociaż nie wiem czy można do końca nazwać to farbowaniem, gdyż od momentu jak zaczęły mi włosy garściami wychodzić postanowiłam trochę o nie zadbać i zrezygnowałam z farb chemicznych, a postawiłam na naturalne kosmetyki do farbowania. Myślałam na początku że będzie to niewypał. Ale spodobało mi się to. Na dodatek naturalne składniki faktycznie są w stanie zmienić kolor włosów. Jedynym minusem takiej "farby" jest to iż trzeba z miksturą chodzić co najmniej 2 godziny w ofoliowanej i owiniętej ręcznikiem głowie. A kolor uwydatnia się dopiero po kilku dniach. 
No ale włosy są bardzo puszyste i dużo szybciej rosną. 

A na zakończenie postanowiłam zrobić sobie maseczkę również ziołową do zanieczyszczonej skóry. Efektu jeszcze do końca nie widzę poza tym, że wygładza skórę. Ale liczę na to że za pewien czas będzie na pewno on widoczny, gdyż ostatnio mam spore problemy z cerą i nie za bardzo wiem jak sobie z tym radzić. 


sobota, 9 marca 2013

Dzień kobiet

Większość facetów uważa, że to święto PRL-owskie. I chyba jak tylko może to omija kobiety szerokim łukiem. A wystarczy przecież powiedzieć "Wszystkiego najlepszego z okazji dnia kobiet". Samo słowo już daje kobiecie powód, żeby się uśmiechnąć. Wydaje mi się, że to nie jest dużo. 

Wczoraj nasi Panowie z pracy standardowo stanęli na wysokości zadania. Życzenia życzeniami, ale każda z nas dostała po kwiatku, w doniczce, a był to hiacynt pięknie pachnący.



My humory od rana miałyśmy w dobrych humorach.  No ale zdarzały się "osobniki" których nie stać było na kilka słów. Zwykle byli to Ci młodsi, bo starsi co zajrzeli to życzenia składali. 

W sumie mój facet też nie złożył mi żadnych życzeń, ani też się nie widzieliśmy... no cóż... ja dla niego prezent na Dzień faceta mam, zwykła koszulka. Ale coś. Zobaczymy czy on coś wymyśli...

czwartek, 7 marca 2013

Pierwsze M-2

Po przeprowadzeniu się do rodziców od ex-męża od razu zaczęłam myśleć o jakimś mieszkaniu. Miałam już swoje przyzwyczajenia, Oni swoje. Z mojego pokoju zrobili sobie sypialnie w której długo nie korzystali bo ok 4 mcy. No ale co zrobić. Grunt, że jest gdzie mieszkać. No ale z czasem to przeszkadzać mi zaczęło. Lato jeszcze jakoś przetrwałam bo co weekend bywali na działce. Ale zima była nie do zniesienia. I po tej zimie zaczęłam poszukiwania mieszkania. Dla siebie. Mogła być choćby minimalnych kształtów kawalerka. Był tylko jeden bardzo DUŻY problem... a nazywał się on "zdolność kredytowa" której u mnie brakło... 
W końcu moi rodzice postanowili wspomóc mnie trochę i stwierdzili, że razem ze mną wezmą kredyt. 

Poszukiwania mieszkania trwały... 3 dni!! Wiem, że ja wszystko chce na już i na szybko ale na coś takiego nie spodziewałam się w ogóle. No i umowa została podpisana. Nowe mieszkanie od developera. Nie kawalerka ale całe 2 pokoje. Układ jak dla mnie wymarzony. Takie mieszkanie chciałam.

W grudniu, przed samymi świętami, dzień przed owym końcem świata odebrałam klucze. Szczęścia było co nie miara. Mój facet równie wielce się cieszył co i ja (jak nie bardziej). Od razu oblaliśmy szampanem i zbitymi kieliszkami świeżutkie metry - oby się dobrze mieszkało. 

Od tych 2,5 miesiąca staramy się je wykańczać. Idzie nam mozolnie ale... Robimy wszystko sami. A raczej mój facet się tego podjął. Myśleliśmy, że wszystko jakoś szybciej ogarniemy ale chyba tak się nie da. W sumie przez ten czas mogę obmyślić co i jak chcę. Chociaż mi się dość rzadko zmienia koncepcja i większość rzeczy jakie zaplanowałam takie będą. 

Na stan obecny mamy pół łazienki. Większą połowę położonych płytek na ścianie, sufit podwieszany, działające WC i gładź na ścianach. Przeniesione grzejniki w łazience oraz pokoju, jak również przeniesione rury z wodą w łazience i kuchni i na tym się praktycznie skończyło. Lecz w mieszkaniu byliśmy za ledwie 23 dni. Więc to i tak chyba dużo jak robi to jedna osoba... sama nie wiem. 



poniedziałek, 4 marca 2013

brak kompetencji

W obecnej pracy jestem dość krótko bo niecałe pół roku. Jak wcześniej wspominałam - z poprzedniej zostałam zwolniona. I tak się stało, że pracuje obecnie w organizacji pożytku publicznego. Mój zawód to nic innego i podobno bardziej nudnego niż księgowa. Chociaż z tą nudą bym się trochę zastanowiła. Już nie raz koleżanka-przełożona stwierdziła "Gośka jesteś nienormalna" albo "ja już z tobą nie mogę wytrzymać (śmiech)". Ja po prostu chyba nie lubię nudy. Ponadto w pracy jest dużo miłych, sympatycznych i żartobliwych osób, więc tym bardziej można sobie czasem (często) pożartować. 

Wracając do tematu. Do połowy roku dokumenty prowadziło przez półtora roku biuro rachunkowe. Przekleństw których już użyłyśmy było nawet mało powiedziane, że wiele. Co się dotykałyśmy do jakiejś części, cząsteczki, kawałeczku to wychodziły błędy. Stwierdziłyśmy, że na koniec roku będziemy wszystko prostować. No i zaczęło się... znów przekleństwa. Po prostu nie rozumiemy jak takie "biuro" nie straciło licencji na prowadzenie księgowości. Błędy są od drobnych po naprawdę kolosalne. Nie wiemy zbytnio jak z tego wyjść. Naszych "firemek" jest 36 sztuk. Mniejszych i większych. Z tymi mniejszymi jest łatwiej bo mniej kont, bo mniej błędów. Ale z tymi większymi to chyba najlepszym pomysłem byłoby po prostu podpalenie wszystkiego i zaczynanie od nowa, od czystej kartki. 

Do końca nie wiemy kto wpadł na "genialny" pomysł przekazania prowadzenia księgowości i kadr takiemu tworowi jak biuro rachunkowe. Oczywiście nikt do błędu się przyznać nie chce. Ale tyle pracy co my już włożyłyśmy w wyjaśnianie, to powinni oni już co najmniej miesięczną kwotę faktury nam zwrócić... Z drugiej strony zastanawiałyśmy się jak można tak na odpierdol prowadzić księgowość, że nic a nic się nie zgadza. Błąd na błędzie, błąd pogania... Że taka na przykład im kontrola nie wpadła z urzędu skarbowego... No ale domyślamy się, że pracują tam osoby bez jakichkolwiek kompetencji, a niestety takie w księgowości są potrzebne.

Dziś już nawet nie chciałam płakać, ani kląć, po prostu zaczęłam się śmiać z głupoty. Koleżanka spojrzała na mnie  jak na głupią. Nie wiedziała co się dzieje. Ale jak jej powiedziałam to sama zaczęła się uśmiechać. Ale znów czego my oczekujemy?

Jakieś 3 miesiące temu byłyśmy we trzy i mamy nadzieję że ten stan za jakiś czas powróci. "Koleżanka" która była "kompetentna" bo przecież miała certyfikat a to o czymś świadczy! Narobiła tyle błędów, że ich poprawka zajęła nam następne 3 tygodnie. No ale w końcu stwierdziłyśmy, że trzeba kogoś przyjąć. Żeby było nam łatwiej. Żebyśmy były zgraną ekipą. No i poszukiwania przerodziły się w płacz, śmiech i inne zachowania na które same nie wiedziałyśmy czy dobrze reagujemy. W ogłoszeniu pomimo, że było wyszczególnione "wykształcenie ekonomiczne" (nawet nie pisaliśmy, że wyższe) "doświadczenie w księgowości" oraz "znajomość programu ...". Wydawało się proste. Ale niestety... W stercie CV były takie osoby jak: instruktorka fitness, dyrygent, psychologów cała masa, tak jak i socjologów, politologów itd itp. Ekonomistów garstka. Więc z tej garstki wybierałyśmy. Wybrałyśmy Agatę. Doświadczenie ma. Wykształcenie - może nie do końca ale chodzi na kurs do stowarzyszenia głównych księgowych. Program zna. IDEALNA.  I po godzinie czar prysł. Z księgowością może miała tyle wspólnego co ja z ZAKONNICĄ. Nawet nie potrafiła podzielić kosztów, nie umiała zaksięgować najprostszej rzeczy jaką jest wyciąg bankowy, nie wspominając, że nawet nie rozumiała jak się jej tłumaczyło łopatologicznie daną rzecz.  Była 2 dni. Dzięki bogu sama zrezygnowała. Kolejne 2 dni poprawiania po niej. 

Tak więc same doświadczyłyśmy, że o osoby z odpowiednimi kwalifikacjami jest ciężko, bardzo ciężko, trudno, chyba w kamieniołomach jest łatwiej. Siedzimy we dwie. Było kolejne ogłoszenie. Zgłosiły się podobne osoby do poprzednich. Do nikogo nie dzwoniliśmy. Pewnie niedługo wyjdzie kolejne ogłoszenie.

Czasem się zastanawiam po co ludzie kłamią w rekrutacji? Przecież to i tak wyjdzie za jakiś czas. No chyba, że chodzi i biuro rachunkowe do którego za pewne tego dyrygenta przyjmą, żeby tylko "wklepać dane".

sobota, 2 marca 2013

Mężczyzna moich marzeń

Nawet się nie spodziewałam, że właśnie Jego spotkam w tak mało oczekiwanym momencie w życiu. Pojawił się zanim jeszcze rozwiodłam się z mężem. I to co nas po pewnym czasie przywiązało do siebie to to że uwielbialiśmy ze sobą rozmawiać. Ja mogłam cały czas słuchać jak ciekawie opowiada o sobie i swoim życiu jak również on potrafił wysłuchać tego co ja mówię. Jego zachowanie było zupełnie inne niż pozostałych znajomych których tam poznałam. On się wyróżniał. Na tyle wyróżniał że zostaliśmy w końcu parą. Oczywiście nie planujemy żadnych ślubów i dzieci. Chcemy poczekać. Niech wszystko potoczy się w swoim tempie. 

A jaki On jest?
Na modela nie wygląda. Nie jest wysoki, ale szpilki założyć mogę. Jest trochę umięśniony ale też ma brzusio, ale brzusio przyjemne, taka poduszeczka do której można się przytulić. Czasem jak mnie przytula tymi swoimi umięśnionymi rękami to czuję się bezpiecznie, a nawet bardzo bardzo bezpiecznie. 

Ma duże poczucie humoru. Nie smuci się z byle powodu. Zawsze potrafi mi poprawić humor. Nie tylko zresztą mi. Moi rodzice go uwielbiają. Dalsza rodzina również. To typ człowieka, którego nie da się nie lubić. 

Myśli bardzo realistycznie, co czasem mi przeszkadza, bo ja jak każda kobieta lubię czasem pomarzyć, polatać w chmurach a on mnie momentalnie sprowadza na ziemię. Może to i dobrze, bo ten jego realizm spowodował, że coraz rzadziej jestem z jakiegoś powodu rozczarowana. A też częściej mogę się cieszyć że jednak coś mi się udało i on mnie w tym wspierał niż się niemiło rozczarować. Do tego wszystkiego potrafi się cieszyć razem ze mną. 

Jest do tego szczery, czego brakowało mi przy poprzedniku. Dzięki temu mogłam mu zaufać bo wiedziałam, że mnie nie zawiedzie, że nie okłamie, tylko powie prawdę, nawet najokrutniejszą. Wielu takich ludzi nie ma. Teraz każdy na każdym kroku okłamuje siebie, swoją rodzinę czy znajomych. Wie, że kilku znajomych stracił właśnie przez to, że usłyszeli prawdę o sobie. Po prostu wyraził swoje zdanie. A jednak to się w ludziach powinno cenić. Prawdziwą szczerość, która jest praktycznie na wyginięciu. 

Do tego wszystkiego jest "złotą rączką". No może nie potrafi zrobić np paznokci żelowych (bo nigdy nie próbował, a wszystko jeszcze przed nim :) ) ale w samochodzie wszystko wymieni, w mieszkaniu też dużo zrobi, komputer też nie jest dla niego większym wyzwaniem. A jak wiadomo często się zdarzają ostatnio "faceci" co nie wymienią żarówki w żyrandolu bo "się pobrudzą", albo "nie wiem jak to się robi". Mi mój facet części rzeczy nie pozwala robić, gdyż mieszkając z mężem byłam bardzo samodzielna w wielu dziedzinach, po prostu nie mogłam na niego liczyć, więc musiałam tylko na siebie. Gdy się On pojawił stwierdził "jesteś bardzo samodzielna jak na kobietę, ale ja to zmienię, bo niektóre rzeczy powinien wykonywać facet a nie kobieta". I faktycznie jak powiedział tak zaczął robić. 

A do tego wszystkiego jest przytulańcem :) Gdzie wielu mężczyzn woli publicznie nie okazywać uczuć swojej wybrance. On jednak nie patrzy na innych tylko na nas. Nawet ostatnio szliśmy za rękę ze znajomymi (dwoma małżeństwami), koleżanka do męża "może i my pójdziemy za rękę?". A on spojrzał na nas, potem na nich i stwierdził "to nie ten wiek i lata" (dodam, że są starsi o jakieś 2-4 lata). 

No i która nie chciałaby takiego faceta? A raczej która by chciała takiego znaleźć? Kochającego, czułego, z poczuciem humoru, w miarę przystojnego, szczerego i takiego który zrobi wszystko w domu? Normalnie jak facet marzeń. I mi się udało takiego cudaka odnaleźć :)

czwartek, 28 lutego 2013

Coś o mnie

Gosia, Małgosia, Gośka, Małgonia, Małgorzata....
Różnie mnie poszczególne osoby nazywają. Chyba zwykle zależne jest to od wieku danej osoby. Chyba jednak najbardziej nie lubię "Małgorzaty" brzmi to strasznie poważnie, czuję się wtedy jak taka pani 50-letnia a mam tylko 26 lat (albo aż). Faktem jest, że czuję się, i zawszę się czułam dość młodo. Kilka razy się nawet zdarzyło ze mając 22-23 lata zostałam osądzona że mam tylko 16 lat, w sumie to może i dobrze, jakieś lepsze geny może odziedziczyłam :)

No ale wiadomo, że Mała Gosia kiedyś dorasta. Niby w tym dorastaniu była zakochana, spotykała się z pewnym facetem 5 lat. po tym czasie wzięli ślub... I po równo 2 latach i 1 dniu od ślubu nastąpił rozwód. Nigdy się tego nie spodziewałam, że to akurat na mnie trafi. Że to ja będę osobą co zawyża statystyki rozwodowe. Ale to była chyba jedna z najważniejszych decyzji w moim życiu. Po prostu w pewnym momencie stwierdziłam "ja też mam prawo być szczęśliwa". I słowa zaczęłam zamieniać  w czyny. Odeszłam od (jeszcze) męża, a on nawet mnie nie zatrzymał, nawet nie zawalczył. Pozwolił odejść. Przy zabieraniu swoich rzeczy nie zapytał mnie czy damy sobie szansę ale "mam nadzieję, że rozwód będzie bez orzekania o winie". I właśnie te słowa utwierdziły mnie w tym, że podjęłam odpowiednią decyzję. W między czasie pokazał swoje prawdziwe JA, które tak skrycie zatajał przez te 7 lat przede mną. A ja tylko chciałam być szczęśliwa. Czy to tak wiele? Widocznie dla niego tak, gdyż on i jego zachcianki się liczyły bardziej niż druga   "ukochana" połówka.

Tak więc rozwód się odbył bez orzekania o winie, chociaż żałuję bo mogłam wnieść o całkowitej jego winie., gdyż to nie ja okłamywałam, oszukiwałam, zatajałam itd itp... ale było i minęło. Co mogłam zabrałam z mieszkania, ale chyba jednak za dużo mu zostawiłam. Nie potrafiłam być bardzo wredna oraz bezuczuciowa i zostawić go w tzw. majtkach. Chciałam się rozejść w pokoju. To on zdecydował, że obecnie nie zamierzam z nim mieć żadnego kontaktu. Jego wybór. Nie wie co stracił...

Obecnie mam swojego M. Chyba pierwszy raz w życiu poznałam co to znaczy miłość. Nawet nie wiedziałam, że można się aż tak zakochać. Myślałam "ta... niby się zakochała, ale miłością się przecież nie da żyć. Musi być praca, znajomi, życie codzienne a nie tam przytulania się i słodkie słówka", zresztą takiego myślenia nauczył mnie Były. A tu masz... strzałą w serce i to jeszcze i w moje i jego serce. "Dwa zwariowane osobniki zostały ustrzelone" - pomyślał Amor... chyba mu się udało :) 

Praca.
Niecałe pół roku temu straciłam pracę, w najmniej oczekiwanym momencie. Z jednej strony już wcześniej szukałam pracy ale nic nie znalazłam, w końcu jak sobie powiedziałam że na wiosnę 2013 ją zmienię - gdy wykończę swoje mieszkanie (o tym też wspomnę :) ), to zacznę szukać pracy. Nie zdążyłam. Z jednej strony był płacz i łzy. Bo jak się utrzymam. Kryzys na rynku pracy, a żyć z czegoś trzeba. A z drugiej cieszyłam się, że nie będę musiała oglądać snoba, który nazywał się szefem i nie miał, żadnego szacunku dla człowieka. 

W ciągu 2 tygodni dostałam jeden telefon. Od obecnego pracodawcy. Okazało się że zostałam wybrana z ponad 700 CV !!. Tak, tak... tyle CV było złożonych, ba... nawet je widziałam. W obecnej pracy jestem naprawdę szczęśliwa. I najważniejsze co może być w niej to normalne zachowanie ludzi w niej się znajdujących. Zero krzyków, zero stresu. dużo śmiechu, dużo przyjaznych ludzi. Praca wręcz marzeń :) Za pewne będę opisywać co się w niej czasem dzieje.

W sumie przez cały ten ślub i rozwód podjęłam kilka głupich decyzji w życiu. No ale który człowiek nie uczy się na własnych błędach? Dopiero teraz zaczynam się odbijać od dna. 

Rok temu kupiłam mieszkanie. Mam kochającego faceta. Praca jak dla mnie marzenie. Więc czego chcieć więcej? Samo szczęście które chciałam osiągnąć i w ciągu niecałych 2 lat zaczyna się ono "aktywować" :) a JA zaczynam znów być sobą, Małą Gosią, która jest z lekka zwariowana, rzadko się przejmująca błahostkami, ciesząca się z życia i z tego co jest :) 

środa, 27 lutego 2013

Początki

Witam,

Już pewien czas temu się przekonywałam do założenia bloga, ale jakoś zrezygnowałam. Może nie byłam jeszcze na to gotowa? Może trzeba mieć odpowiedni wiek czy odczuć jakiś przeżyć żeby go założyć? Może też przyczyniło się to że chwalić się blogiem nie trzeba, że można pisać w internecie wszystko a on to ze spokojem i czystym sumieniem przyjmie (nie tak jak np przyjaciel, który potrafi mieć humorki). 
Wiem , że dla mnie chyba nastał ten dzień. 

Blog będzie jak pamiętnik.Będę opisywać w nim swoje życie, to co się wokół mnie dzieje, z czego się cieszę i z czego smucę, co mnie złości a co raduje, co mi sprawiło przyjemność a co przykrość. Taka mała chęć zaistnienia (bądź też nie) w internecie. Zobaczymy czy mi się to uda. Mam nadzieję, że w jakimś małym stopniu tak. Chociaż szału i wielkiej sławy nie oczekuje, w końcu jestem jedna z setek, tysięcy, milionów ludzi którzy pewnie myślą podobnie, bynajmniej mi się tak wydaje. 

Z czasem okaże się jak mi to blogowanie wyjdzie na dobre. Za pewne w pierwszych postach trochę opiszę o sobie. A, że jestem w życiu realnym gaduła to i tutaj może mi się to przenieść.

Tak czy inaczej. - Pierwsze koty za płoty :)