wtorek, 27 maja 2014

Przygoda z lekarzem

Już pewien czas temu stwierdziliśmy z M., że często chodzimy po lasach i przydałoby się jakoś zabezpieczyć przede wszystkim przed kleszczami, których jak wiadomo jest z roku na rok coraz więcej. Istnieje coś takiego jak szczepienie przeciwko kleszczowemu zapaleniu mózgu. Wiem wiem. Brzmi strasznie. Oczywiście nasze Ministerstwo Zdrowia zaleca szczepienie się osobom które przebywają często w lasach lub na terenach "bogatych" w kleszcze. Jednak jest jedno małe ALE. Szczepić trzeba się samemu - prywatnie. Oczywiście na jednej szczepionce się nie kończy. Druga jest przyjmowana ok 1-2 m-ce po pierwszej, trzecia po około roku no i później tylko przypominające raz na trzy lata... Bosko nie? :P

Ale do rzeczy. Wpierw wszystkiego dowiedziałam się częściowo przez przypadek. Mamuśka uświadomiła mnie, że u niej w przychodni jest to szczepienie, więc następnego dnia ochoczo ruszyłam do przychodni. I czego się dowiedziałam? Wszystkich praktycznych rzeczy co i jak. No i również tego, że w związku z tym, że należę do innej przychodni u nich się zaszczepić nie mogę. To znaczy mogę ale automatycznie mnie tutaj przepiszą. Więc bez szału. Pomimo, że mam do rodziców 1,5 km to należymy do różnych przychodni. U nich jest tylko lekarz pierwszego kontaktu. Tam gdzie ja się zapisałam jest cała przychodnia ze specjalizacjami. 

Tak więc... podreptałam do siebie. I czego się dowiedziałam? Muszę udać się na zwykłą wizytę. Oczywiście  nic innego jak:
a) stanie rano z moherowymi beretami po numerek 
b) próba dodzwonienia się rano do przychodni. 
c) zapisanie się na planowaną wizytę która odbędzie się nie wcześniej, niż za 2 tygodnie 
Jako, że pracuję od 7 to punkt A nie wchodził w grę, Punkt C niestety wychodziłby na "styk" z wyjazdem wakacyjnym. Więc pozostała próba zapisania się po numerek telefonicznie.

Dzwonię w poniedziałek ok 9, dodzwoniłam się (hurra!!), po czym pozostały na ten dzień numerki takie jak 13:00; 13:30 i 14:20... No nic podziękowałam (BUUU!) bo o tej porze to raczej faktury księguję. 
Dziś kolejna próba i się udało. Oczywiście na dziś 16:15. Nie pozostało nic innego jak podreptanie.Euforia była już mniejsza. Ale sam fakt, że się udało to cud. Na tą drugą wizytę zapisałam się już zgodnie z punktem C na początek lipca.  

Przychodzę 10 min wcześniej. Przede mną jedna osoba, kolejna już w gabinecie. No ok. Przyszła moja kolej. Doktor pierwsze co to wypisała receptę. Później dopiero zrobiła wywiad i wypisała skierowanie. Trochę na moją głowę to na odwrót ale ok.

Podreptałam do gabinetu zabiegowego podpytać się co i jak. (w tym cały jest ambaras, że muszę wykupić receptę i przydreptać się zaszczepić przez pielęgniarkę bo na stanie nie mają nic!) 
Owa pielęgniarka uświadomiła mnie, że nie dość że muszę wykupić receptę, to też mam na to uwaga.... 24 h czyli idealnie do godz. 16,30 dnia następnego. A co by było jakbym się nie wyrobiła? Szczepienia nie wykona tylko muszę iść znów do lekarza po zaświadczenie! Oczywiście na domiar złego niby gabinet zabiegowy czynny do 18 ale do 17,30 tylko kobita jest...(później chyba tylko szklanki myje). 
No ok. 

Lecę jak głupia do pierwszej po drodze apteki... Leku  nie mają na stanie, no i poza tym nie ma go w hurtowniach. Lecę do kolejnej apteki, dość sporej. I tam kobita dopiero mnie uświadomiła.

"Wie pani, nie sprowadzaliśmy tego, ale z tego co widzę, to nie ma tego leku w żadnej hurtowni w całej Polsce. Poza tym Pani nie wykupi tej recepty bo jest to recepta na leki narkotyczne" 

No i szok. To Lekarz nie wie co i jak wypisuje? Na tempo w samochód i do przychodni. Mówię pielęgniarce co i jak, ona leci do doktor. Mija chwila i wyłania się pani doktor z pytaniem czy nie wiem co mają w hurtowniach :P Oczywiście wypisała drugi lek na tej samej recepcie...No i :

Ja: Pani doktor ale to jest recepta narkotyczna
Doktor: Ale jak to?
Ja: Pani a aptece zwróciła mi na to uwagę, że i tam bym tego nie wykupiła bo zła jest recepta.
Doktor: Rzeczywiście. (zaczęła dzwonić do pielęgniarek po bloczek recept po czym przyznaje się przy pielęgniarce.) Wie pani, że dopiero jest pani pierwsza co zwróciła uwagę, a ja tak je od wczoraj wypisuję, ciekawe ilu osobom udało się coś wykupić.

Dla informacji zwykła recepta posiada w okienku do wypisana leku skrót RP  natomiast recepta narkotyczna która była wcześniej znana jako "różowa" skrót RPW.

Po ponad godzinie latania udało mi się zamówić w jednej aptece - chyba nie najtańszej - lek. Oczywiście na jutro bo na stanie nie posiadają. Cena? bagatela 143 zł. No cóż zdrowie najważniejsze. Najgorsze jest to, że lekarze niestety nie wiedzą, że wiele leków jest wycofanych i wypisują na to recepty. Zdarzyło mi się to już 2 raz w tym roku. 

A tak na deser. Trzeci raz niestety muszę sobie odpuścić zumbę. 
Raz - mamy urodziny, 
Drugi - moje urodziny, 
no i dzisiejszy trzeci - przez to że wyrżnęłam takiego orła w niedzielę na balkonie waląc kantem progu o piszczel, że boli mnie noga jak chodzę nie wspominając już o istnym wysiłku. Ale... na szczęście był M i mnie przywlókł do pokoju. Łzy same mi płynęły z bólu (nie proponuję go testować ;)) Okłady z mrożonek lekko pomogły. Oczywiście to wina M. Bo mi za dużo wody nalał do konewki i nie zrobił oświetlenia ! :D Tak czy inaczej rypnęłam jak stara... Ale mam zachowanie podobno alkoholika - nie wylałam wody z konewki :D 

No więc w niedzielę zachowanie alkoholika a dziś recepty narkotyczne... pięknie... pięknie ;)

poniedziałek, 19 maja 2014

Dzień przed

Raz w roku dzieje się taki dziwny dzień zwą go "dniem urodzin". Podobno jest wyjątkowy. Podobno jest przyjemnie w ten dzień. Jest on przepełniony niespodziankami, prezentami i życzeniami. 

Tak się dzieję, że jutro taki dzień powinnam obchodzić. Czemu powinnam? bo jeszcze nie wiem co się wydarzy, jak się wydarzy. Wiem jedno. Ciasto będzie :) Dziś pichcę, obiecałam Agusi że dostanie ciacho. No a znów z jednym kawałkiem nie wypada. Więc przyniosę już blachę. Pół "szarpanej-mańki" i pół zwykłego z owocami - truskawkami.
Tak tak, róg szarpanej jest "nadgryziony" musiałam przetestować czy dobre wyszło ;)

W pracy wyżerka będzie. W domu ? Przyjedzie luby, przyjdą rodzice, więcej ludzi nie planuję. Zresztą urodziny jeszcze nie pełne, zera brak więc typowej imprezy też brak ;)

Od rodziców już prezent dostałam - pieniądze na wymarzoną szafę do przedpokoju, no i nawet udało nam się w weekend kupić drzwiczki :D
To tylko mniejsza wersja, która będzie u góry

Niestety, mój prywatny majster oznajmił, że szafa się zrobi po sesji, czyli w połowie czerwca. Może jakoś do tego czasu przeżyję. Bonusem do szafy będzie półka nad łóżko w sypialni. W sumie mieliśmy półkę zamawiać, ale ceny mnie załamały, no i moja pomysłowość przeszła wszystko - kupiliśmy parapet drewniany :)
Drewno to w końcu drewno, ma największy urok :)

Będzie on jak i drzwiczki tylko zaimpregnowane bezbarwnym lakierem. Dlaczego? Drewno samo w sobie jest ciepłe. W przedpokoju mam zimne barwy. Chciałabym trochę ocieplić to małe pomieszczenie. A czemu w sypialni? Meble mam wenge, podłoga jasny dąb, ściana czerwona. Tym samym jakbym władowała tam półkę wenge to nie dość że by mnie szlag trafiał jakbym w kółko widziała tam kurz , to chyba bym zbyt przyciemniła tą ścianę. Co prawda w przyszłości ma być tam również zabudowana szafa z takich samych drzwiczek ale białych. No ale liczę na swój gust i mam nadzieję że będzie dobrze :) 

Ponadto półka będzie wisiała na kutych wspornikach

i żeby wszystkiego było mało to planujemy zamontować w niej listwę ledową wyłączaną z dwóch stron ale to jest jeszcze wyższa szkoła jazdy bo zastanawiamy się jak to zrobić. No ale najważniejsze, że na czerwonej ścianie nie będzie rzucał się już w oczy biały kabel dyndający nad łóżkiem ;)

Wczoraj z lubym rozmawialiśmy o urodzinach. Jest on pełen zachwytu jak mi rodzice pomagają, że mogę na nich liczyć zawsze i wszędzie. Jednak on już niekoniecznie. Widzę, że go to boli, ale nawet nie mam możliwości pomocy. On nawet już nie liczy na pomoc w czymkolwiek. Ba... nawet się ostatnio dowiedział od własnego ojca, że to ja nastawiam go przeciwko rodzicom i że wszystko to moja wina. On się nie przejął tym bo wiedział, że kiedyś nastąpi dzień kiedy własny ojciec wytknie mnie palcami, dlatego też nie chciał długo aby mnie poznali, zresztą ja nie zamierzam ich często odwiedzać po takich tekstach...

Jednak mój M ma możliwość liczyć na moich rodziców. Oni zawsze pomogą, pogadają, pośmieją się. Nie zapomną o urodzinach i prezencie którym jest choćby sweter. Gdzie on co roku od swoich dostaje to samo... o ile nie zapomną to tylko życzenia, bo przecież to żaden wyjątkowy dzień. Widzę, że przy mnie i mojej rodzinie nauczył się doceniać wszelkie imprezy rodzinne. I bardzo mnie to cieszy :)

środa, 14 maja 2014

Jak wiatr w polu

Tak, dokładnie tak, jak wiatr w polu ucieka mi czas. Nie wiem kiedy, nie wiem jak.

Ostatnio moja mamuśka załatwiła mi fuchę, robota nie łatwa ale kasa za nią przyjemniejsza. Czym jest owa fucha? jest to rozliczenie słynnego wniosku VZM czyli wniosku o zwrot VAT-u za materiał budowlane. Robota do łatwych nie należy. Ona sama tego nie robi bo brakuje jej czasu a nad samymi fakturami trochę trzeba posiedzieć, przejrzeć, sprawdzić, poszukać w necie, później uzupełnić wszystko we wniosku co do grosika. Tak czy inaczej, kasę którą zarobię przeznaczę na wymarzoną szafę do przedpokoju :) Więc w końcu nie będzie już firanki która lekko przysłania baaałgan ale normalne drzwiczki :)

W miniony weekend zostałam zaproszona do koleżanki z pracy (Agusi co siedzimy koło siebie) na komunię w roli.... fotografa. Moje obawy jak to moje obawy - nie dam rady, nie zrobię odpowiednich zdjęć, zrobię za mało zdjęć, itd itp. Co prawda nie płaciła mi nic a nic, w związku z tym, że nie jestem profesjonalistą to kasy nie biorę. Za to w zamian otrzymałam pełnowartościowy obiad :) W sumie pierwszy raz w życiu poczułam się jak to jest być fotografem. I stwierdzam - dziwnie, i wiem już skąd oni mają tyle zdjęć. Raz to wprawa a dwa to nieznajomość ludzi co umożliwia robienie zdjęć a nie gadanie ze wszystkimi. Trochę na początku nie wiedziałam jak się zachować, znałam tylko Agusię i jej mamę która pracuje "dziurę dalej"  ale moje wygadanie nie stawiało żadnych przeszkód (podobno nawet się rodzince spodobałam ;) ). 

Samych surowych zdjęć było ok 270. wyselekcjonowanych zostało tylko 90. Z kilku sztuk jestem naprawdę zadowolona np. z Matki polki Agusi :)
Pół-portretu Patki

Albo z zwariowanej rodzinki 

Tak czy inaczej rozmawiając z Mańką (Agi mamą czyli Marysią): Słuchaj ja sprawdzałam ile zdjęć zrobiłam, bo oczywiście wzięłam aparat, żeby wnusi zrobić zdjęcia. I dobrze że byłaś, bo ja miałam tylko 3 zdjęcia. Oczywiście świadczy to o tym jak to człowiek jest przejęty w danym dniu, że nie myśli o zdjęciach tylko o tym aby czas ten spędzić z rodziną, którą zwykle widuje się na imprezach rodzinnych.

Jedyne z czego nie byłam zadowolona to zdjęcia z knajpy. Był to dwór. Urządzony w iście średniowiecznym stylu. No i styl owy nie pozwolił na wykonywanie zdjęć w środku. Pomimo obiektywu z dobrym światłem bez dobrej lampy nie szło robić zdjęć. Oczywiście lampy jeszcze się nie dorobiłam. Ale jakoś udało mi się całą rodzinkę sfotografować na jednym wspólnym zdjęciu :)


Ale ze wszystkiego najważniejsze, że Adze zdjęcia się podobały, mężowi też (nawet nie musiałam oddawać kasy za obiad - a miało to nastąpić jakby było za mało zdjęć ;)) ). Byli też w wielkim podziwie jak w kościele (do którego uczęszczam dość rzadko przez swój rozwód) skakałam i się przepychałam, a że byłam jedną z niewielu kobiet fotografów i do tego w sukience - przepychanie się nie stanowiło problemu, baaa panowie sami miejsca ustępowali :D

No i Agusia już się zapowiedziała, że za dwa lata też mam fuchę - tym razem komunię będzie miał jej syn :)

środa, 7 maja 2014

Forum prawdę Ci powie

Miałam po nadrabiać wszelkie zaległości, sporo wolnego czasu, piękna pogoda, i niestety na tym się skończyło. Nie miałam weny nawet czytać innych wpisów, miałam (i nie wiem czy nadal nie mam) huśtawki nastrojów, złe samopoczucie itd itp. Zaczęłam się zastanawiać czy przez przypadek nie jest to spowodowane "nowymi" proszkami jakie przepisała mi pani ginekolog. Poza tym, jestem prawie nietykalna, strasznie mnie wysypało na twarzy (co chyba jest moim najgorszym utrapieniem) no i strasznie mi się waha waga ciała. 

Ale zaczynając od początku. Przez spory czas brałam te same od kilku lat proszki. Wszystko było po nich ok. żadnych skutków ubocznych, świetne libido, okres super regularny praktycznie co do godziny. Problem się zaczął jak się okazało, że produkcja została wstrzymana bo jakaś partia była nie halo. Tym samym moja doktor przepisała mi inne. Ogółem nie lubię zmian w szczególności że nic mi nie było. No i przeczucia się sprawdziły. Dostałam jakieś tam proszki po których w ciągu 2-3 mcy przytyłam z 3 kg ! libido spadło do zera... hm... a może jednak było ujemne? Więc od razu decyzja o zmianie. 

Dostałam kolejne -obecne. Niby na początku było w miarę. Jednak obecnie po 3 opakowaniu zauważyłam dziwne zmiany w moim organizmie. Pojawił się trądzik. Fakt miałam kiedyś problemy z nim ale udało mi się uporać i moja cera była "dopuszczalna do ruchu" codziennego. W ciągu bodajże 2 dni wyskoczyło mi tyle dziwnych rzeczy że wyglądałam gorzej jak nastolatek w okresie dojrzewania. Na początku myślałam, że może to jakieś uczulenie na kosmetyki, ale nie. Bo odstawiłam a stan się nie poprawił. Teraz cerę leczę wodą utlenioną, starym jak świat kremem nivea i naturalnymi maseczkami (Jest niewielka poprawa).

Kolejnym problemem była i jest chyba waga. Nie wiem jak to możliwe żeby w ciągu niespełna tygodnia masa ciała miała wahania 0,7kg. To jest coś nieprawdopodobnego, w szczególności, że w tym okresie siedziałam w domu a ja - jak to mało normalny człowiek - bardzo mało jem jeśli w nim jestem, starczało mi śniadanie, i jakiś niewielki obiad na cały dzień. Od dzisiaj zaczęłam sprawdzanie swojej wagi 2 razy dziennie - rano i wieczorem - aby przy kolejnej wizycie mieć prawidłowy obraz tego co się dzieje z moim ciałem. 

Wcześniej wspomniałam jeszcze o wahaniach nastroju, złym samopoczuciu, senności czy"nietykalności". Sprawiło to wszystko, że postanowiłam poszukać czegoś w internecie, czy może ktoś miał podobne objawy, co się z daną kobietą działo, itd itp. Tak po prostu światopoglądowo. 

I jakie wnioski wysnułam? przede wszystkim forum to źródło wszelkiej informacji. Dlaczego ? Główne pytania jakie padały brzmiały:
1. Jaką macie cenę proszków....?
2. Gdzie można kupić najtaniej?
3. Lekarz mówił ale nie jestem pewna....?
4. Boję się skutków ubocznych...
5. Zapomniałam wziąć tabletki, co mam zrobić?
6. Biorę proszki od ... miesięcy i jeszcze się zabezpieczamy prezerwatywą.....
7. Spóźniłam się godzinę z tabletką - czy mogę być w ciąży? 
i oczywiście wiele innych. 

Poziom intelektualny mnie zaskoczył. Było tylko kilka wpisów na naście stron opisujących skutki zażywania tabletek, oczywiście pomimo tego, że wątek dotyczył opinii jakie są reakcje organizmu. Wiele dziewczyn nie czyta, albo im się nie chce po prostu czytać ulotek w których jak wół napisane są wszelkie informacje. Uważają, że na forach są sami doświadczeni ludzie, że każdy może być lekarzem nie tylko ginekologiem, ale i alergologiem, urologiem czy okulistą. I oczywiście większość wpisów to były totalne bzdury. Sama na własne życzenie weszłam na różne aby sprawdzić czy po prostu możliwe jest to że mam takie a nie inne skutki uboczne, bo przecież nie od dzisiaj wiadomo, że każdy organizm reaguje inaczej na te same proszki. 

Mówi się że w internecie jest wiele przydatnych informacji. Owszem, jeśli do danej rzeczy nie przyczepi się chmara nastolatek wypisujących totalne bzdury. Wtedy nie dość, że informacji żadnej się nie dowiesz, a dwa zaśmiecone do granic możliwości forum.Ale chyba ze wszystkiego najgorsze jest to, że jedna drugiej w te głupoty wierzy. Stąd chyba też te słynne pytania "czy przez pocałunek można zajść w ciążę?" Może i jest to śmieszne, ale też i przerażające. Zero kompetentnej wiedzy, zero myślenia. Na jednej stronie dziewczyna co założyła wątek kilka razy upominała, że nie chodzi jej o ani o cenę i ani o inne tabletki ale to na nic się zdało "forumowiczki" nadal pisały swoje - jak grochem o ścianę. 

Przez to wszystko moje pytania zostały bez odpowiedzi. Nie pozostaje mi nic innego jak siebie samą obserwować a fora omijać szerokim łukiem. Ewentualnie czytać je dla rozrywki. 


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Oaza ptaków



sorcia za jakość - nagrywane z aparatu i zapomniałam że tam też się ostrość ustawia ;)


Czas

W sumie nie wiem kiedy przepłynął mi między palcami ostatni czas. Zaniedbałam bloga - wiem. Jakoś nie umiem się ogarnąć. Pogoda ładniejsza. Oczywiście ładniejsza jak M idzie do szkoły no ale cóż. A co się u mnie działo? 

1. W pracy dużo roboty, święta świętami ale pracy nie ubywa, załatwianie różnych dziwnych spraw. Do tego piątek przed świętami wolny bo wcześniej odpracowany więc trzeba było spiąć poślady i do roboty.

2. Przed samymi świętami wyszła dość ciekawa sytuacja z ową zapomogą o której wcześniej wspomniałam. Otóż, zapomogi nie otrzymał nikt, gdyż komisja stwierdziła, że starały się o pieniądze osoby którym dość dobrze się powodzi, a osób naprawdę potrzebujących było mniej niż niewiele. Oczywiście to same informacje nieoficjalne bo oficjalnych zabrakło. Oczywiście Ci co się starali to wściekli a Ci co nie to tylko mówili "a nie mówiłam że tak będzie", " no to sobie zebrali kto ile chce wyciągnąć".

3. Koleżanka z pracy J. Im bardziej ją obserwuję tym bardziej stwierdzam, że ja to w ogóle jestem kulturalna i wyrozumiała. Rozmawiając z nami na śniadaniu co drugie słowo to ... przekleństwo... Tym samym obrazuje się jako dziewczyna z obrzeży województwa, prosta i wulgarna ale również pracująca w stolicy i uznająca się za wielką panią. Była sytuacja jak wyklinała koleżankę ze studiów bo... zmieniła kilka zdań w jakiejś wspólnej pracy. Czyli zrozumiałam to tak, że współpracować nie potrafi - jeśli na studiach ktoś za kogoś odwalił jakąś robotę to było to prawie jak całowanie po rękach... ale nie w tym przypadku. 
Owa koleżanka chce być oczywiście jeszcze wszechwiedząca, chociaż ostatnio ją zgasiłam gdy opowiadałam o chorobie kleszczowej psów i mówię o babeciozie (babeszjozie) a ona że to borelioza to ją uświadomiłam, że właśnie się myli - ucichła. 

4. Jak wyżej wspomniałam o kleszczu. Przed samymi świętami siedziałam u rodziców i zauważyłam dość sporego opitego kleszcza u ich suki. Mama nie mogła go wyjąć ze względu na wielkość i umiejscowienie - na uchu w miejscu rozdwajania się płatka. Ojciec oczywiście po piwie, opieprzyłam go z góry na dół. Z psem na jednej nodze do weterynarza. Sama doktor się bała wyciągać, od razu pobieranie krwi do badań i ok 24 pilnie telefonować czy z psem nic się nie dzieje. Dzięki bogu nie wyszło nic. Z rodziców psem trzeba szybko reagować ze względu na jej wielkość - york miniatura - 1,8 kg. Wszystko przechodzi dość szybko więc i reakcja powinna być szybsza. 

5. Przed świętami również miałam zadanie specjalne - odebrać babcię ze szpitala. Babcia miała wykonywany zabieg zaćmy. Jednak chcąc czy nie była tam 2,5 dnia więc ktoś musiał pojechać. Ktoś czyli albo ja albo ojciec. Ojciec nie mógł. Pojechałam ja. Babci trochę się kręciło w głowie jak wyszłyśmy na zewnątrz. Oczywiście czuła się na tyle na siłach że wszczęła awanturę w aptece bez powodu za co ja ją jak małe dziecko skarciłam słownie. (Po udarze babcia stała się bardzo agresywna i twierdzi, że wszyscy są przeciwko niej). Wzrok dużo lepszy niż wcześniej - ku mojemu zdziwieniu, wypis ze szpitala, napisany tą taką standardową albo mniejszą czcionką przeczytała bez okularów (!) to nawet moja matula nie ma takiego dobrego wzroku. Obecnie z babcią jest dobrze. Uspokoiła się trochę. 

6. Tydzień po babci zabieg zaćmy a raczej operację miał mojego M Tata. Tak tak on to nazywa operacją. W sumie miał to samo co babcia. Jaka była różnica? Babcia normalnie funkcjonuje. Zadowolona że lepiej widzi. Ojciec M? Ze poważna operacja, że nie może nic robić, oczywiście ma zakaz tv i kompa i co zrobił? Zakleił sobie w okularach jedną stronę i korzysta z "dobra cywilizacji", tylko nie wiem czy on jest świadomy, że właśnie w tym momencie osłabia sobie strasznie drugie oko. 

7. Dowiedziałam się, że moja koleżanka z którą znamy się od dzieciństwa bierze ślub na jesieni, chociaż chyba jeszcze nie jesieni ale ostatnich dniach lata. Wahali się chyba z 3 lata. Nie wiem tego od niej oficjalnie lecz od swojej mamy, która wie to od jej mamy :D Tak czy inaczej postanowiłam uszyć (o ile mi się uda) sukienkę w stylu pin-up :) Jak na razie udało mi się zakupić podszewkę znaczy się 2 wielkie t-shirty męskie z bawełny (dostanie 100% bawełny jest niemałym problemem). Jak ją stworzę to oczywiście się pochwalę :) Chociaż już wiem, że uszycie górnej części będzie nie lada wyzwaniem. 

8. W końcu po jakiś 2 tygodniach udało nam się zrobić "moskitierę" na balkonie. Nie raz wspominałam, że mój balkon wychodzi na stary kanał deszczowy/zalewowy i mieszka sobie w nim w lato taka chmara komarów. Chcieliśmy zapobiec wiecznie zamkniętym balkonem i się udało :) Stworzyliśmy  w pewnym sensie małe terrarium :) W przyszłości powstanie tutaj jeszcze ławko-sofa ze skrzynią w miejscu fotela (pożyczonego od rodziców) oraz w miejscu szyby oddzielającej nas od sąsiadów stwierdziłam, że zabudujemy do sufitu ten kawałek drewnem :) Niestety obecna szybka nie pozwala na poczucie się intymnie na własnym balkonie gdy słyszy się o czym dokładnie rozmawiają sąsiedzi. 
A nasze terrarium wygląda tak :)



9. Prócz balkonu, wpadłam na pomysł zrobienia szaf w przedpokoju i sypialni. Nie będą to zwykle przesuwne drzwi które mi nie leżą. Będą to drewniane drzwiczki ażurowe :) Więcej pokażę jak uzbieram trochę kasy i je zrobimy :)

10. Na zakończenie dodam, że obecnie jestem na małym majówkowym przymusowym urlopie. W pracy wpadli na genialny pomysł wdrażania nowej wersji systemu od 25 do 30 kwietnia. W związku z tym system który jest podstawą całej centrali do pracy nie będzie działał. 3/4 ludzi pobrało wolne, jak i ja. Więc zaopatrzyłam się w 9 dni do odpoczynku a po odpoczynku będzie więcej pracy niż nam się wyobraża. 

Z pewnością ominęłam niektóre momenty np jak wpadła mi zapomniana wsuwka do kibla i mój M rycersko ją wyciągał aby się nam wc nie zapchało :P czy piękne ćwierkanie ptaków nie tylko w dzień ale i w nocy z naszej dżungli (kiedyś może je nagram i tutaj wrzucę), ale obecnie postaram się zaległości sobie nie robić. 

czwartek, 10 kwietnia 2014

Zapomoga

Jakiś tydzień temu w pracy otrzymaliśmy maila, że w związku ze świętami osoby o ciężkiej sytuacji mogą starać się o zapomogę. Innymi słowy - kiedyś była podobno premia na święta, a obecnie otrzymują pieniądze tylko ci "najbardziej potrzebujący". Czemu napisałam to słowo w cudzysłowie? To opiszę poniżej... 

Zapomoga zwykle kojarzy się każdemu z tymi osobami i rodzinami których sytuacja nie wygląda za ciekawie, ledwo co wiążą koniec z końcem. Tak mi się wydawało do tej pory. W pracy każdy może złożyć taki wniosek jednak musi go dość dobrze uzasadnić. Czyli jakby standard urzędowy. 

A kto naprawdę składa te wnioski? Kilka przykładów:

1. Koleżanka D. Niby matka samotnie wychowująca. Tylko niby, bo żyje od kilkunastu lat z facetem którego nazywa nawet swoim mężem. Po prostu nie mają ślubu, a mają dziecko. On raczej dobrze zarabia. Widziałam jakimi samochodami jeździ  (moja 10 letnia meganka to przy tym złom). Mieszka w dużym domu, niedaleko stolicy. Zatrudnia sprzątaczkę (!). Stać ją na narty, wakacje itd itp. Czyli przykład idealnie dobrze prosperującej rodziny. Wniosek o zapomogę? złożyła, czym uzasadniła teoretycznie? Że jest właśnie samotną matką, że musi utrzymywać niepełnosprawną matkę, że dziecko musi iść do dentysty... a praktycznie?  potrzebuje kasy na zrobienie sobie implantów do zęba. SOBIE. Czyli dziecko pominięte, matka pominięta, "mąż" pominięty. Nawet się chwaliła, że musi wydać ok 10 tys. 

2. Koleżanka J. Matka 3 dzieci, męża posiada i oczywiście dom tym razem w mniejszej miejscowości. Z tego co wiem, to mąż też raczej dobrze zarabia. Ona pracowała wcześniej na poczcie i teraz ma się za wielką panią pracującą w dużej firmie (nawet miała do mnie pretensje, że mam wyższy wskaźnik wynagrodzenia niż ona, szkoda tylko, że nie wzięła pod uwagę mojego wykształcenia i poprzednich etatów - zgodnych z obecnym zatrudnieniem). Oczywiście wniosek złożyła. Nawet pytała koleżanki D. co ma w nim napisać? Teoria?: uczy się, musi dzieci wysłać do ortodonty, że ma ciężko w życiu. Praktyka? Pochwaliła się, że będą z mężem wymieniać w domu elewacje bo ta co mają... im się nie  podoba. 

3. Pozostałe koleżanki (faceci się nie kłapili do tego) przychodziły z pielgrzymkami do koleżanki D. i pytały co mają wpisać bo też chcą kasę, i oczywiście dentysta dziecka (jakieś to modne...)

Obserwowałam to wszystko i sobie analizowałam. Ja zgłaszać się nie zamierzałam. Nie chcę być uważana, za kogoś nienormalnego, pomimo tego, że żyję dosłownie od pierwszego do pierwszego, i to w dodatku jedząc obiady u rodziców. Nie rozumiem, nie jestem w stanie pojąć, jak można tak kłamać aby tylko kasę wyciągnąć? Jest to dla mnie nie do pojęcia. Zamiast zostawić te kilkanaście groszy więcej dla osób które naprawdę mają ciężko to nie... wyciągnijmy kasę "bo ja też chcę!!" 

Nie wiem co z tymi ludźmi się dzieje. Jem z tymi dziewczynami śniadanie i coraz bardziej się zastanawiam czy do nich pasuje, bo jestem zupełnym przeciwieństwem. A tak nawet na logikę. Biorąc dochody takiej J. miejsce zamieszkania i jej koszty jakie ponosi co miesiąc i porównując moje (gdzie ja sama nie mieszkam w domu ale w małym mieszkaniu - 37,5 metra) to ciekawe która z nas miałaby gorzej. Każdy z nas wie, że mieszkając daleko od większego miasta koszty utrzymania są dużo niższe niż w samej Warszawie. No ale cóż. Nie umiem kombinować i się nie nauczę. 

Ostatnio rozmawiałyśmy jakoś na temat środków czystości i przypomniało mi się, że miałam się odezwać do kolegi co jest w stanie załatwić mi za 1/3 ceny tabletki do zmywarki. I wiecie co usłyszałam od D? "ooo to i mi załatw" SZOK. Po prostu mnie zamurowało, żadnego pytania, czy mogę, czy nie tylko rozkaz. No ludu... Dobrze, że nic jej nie odpowiedziałam, bo mogłaby się znajomość bardzo ochłodzić. Zachowanie jak dla mnie nie do przyjęcia. 

Rozmawiałam też z innymi koleżankami. Stwierdziły jednogłośnie, że głupiej nie będą z siebie robić i składać wnioski naciągane jakimiś wydatkami. Starcza im kasy i nie potrzebują, żadnej łaski a tym bardziej zapomogi. Poza tym w kadrach też dokładnie przeanalizują wnioski i zobaczą kto tak naprawdę wyciąga ręce po kasę a kto po prostu chce pracować spokojnie. 

Naprawdę ludzie schodzą na psy. Każdy tylko kasa i kasa. Nie ważne zdrowie, rodzina czy inni ludzie, najważniejsza jest kasa. 

Chyba żyję w niewielkim odsetku ludzi tych dla których pieniądze nie są jeszcze na tak ważnym miejscu w życiu... 

środa, 9 kwietnia 2014

Aparat

Post jaki dziś stworzę jest specjalnie napisany dla Dziewczyny z Tatuażem :) A będzie dotyczył on sprzętu jaki posiadam i jakim obecnie fotografuję (zaczynałam oczywiście od zwykłych "małpek").


Otóż... 3,5 roku temu otrzymałam w "prezencie na rocznicę ślubu" od ex-męża aparat. Nikon D5000. Byłby to prezent gdyby nie to, że zapłacił za niego jak za złoto to raz a dwa, że z 30 rat zapłacił... 2 (słownie: dwie) raty. Więc urządził mnie dość pięknie (Cena kompletu pod koniec 2010 roku wynosiła ponad 3,5tys. za amatorską lustrzankę). Oczywiście jak odchodziłam nie zamierzałam już mu go oddawać, w szczególności że zapłaciłam kilka rat więc czułam, że jest mój. Tak więc stałam się posiadaczką Nikona z obiektywem kit-owym 18-55. 



Po pewnym czasie jednak pojedynczy obiektyw nie wystarcza. Jest on dobry dla zwykłych "klikaczy" na trybie automatycznym (zarówno dobór przysłony, światła, ostrości itd itp). Zakupiłam tym samym drugi obiektyw 55-200. Z przeznaczeniem na robienie zdjęć z wycieczek, gdyż czasem brakowało tego przybliżenia jakiegoś elementu, budynku. Zakupiłam go za ok 700 zł. (body razem z tym obiektywem waży ok 1,5kg ;) )


Oczywiście moje zwykłe pstrykanie przeobraziło się w wielką pasję. Więc zaczęłam dokupywać małe dodatki czyli tak zwane filtry "szkiełka". Komplet filtrów kosztował mnie ok 100 zł

 Filtr połówkowy szary - przydatny jeśli chcemy przyciemnić część zdjęcia np zbyt jasne niebo. 

Filtr połówkowy pomarańczowy (tabaczkowy) - używany do "wyciągania" kolorów z zachodów słońca 

Filtr połówkowy niebieski - używany zwykle do nieba, wody (aby kolor był bardziej niebieski)

Filtr polaryzacyjny, używany jeśli nie chcemy aby był poblask, odbicie w szkle, w wodzie, na samochodzie. 

Filtrem którym często używam jest nakładka makro. Niestety obiektywy typowe dla makro kosztują zbyt wiele na moją kieszeń tak więc poratowałam się czymś tańszym ;)

Przydatną rzeczą jest również pilot. Jest to dość prosta rzecz. Przydatna przy zdjęciach wykonywanych nocą gdzie czas naświetlania musi być długi a aparat nie może nawet drgnąć aby wyszło dobre zdjęcie (oczywiście na statywie). Cena pilota była dość śmieszna ok 15 zł. Statyw to koszt ok 100-150 zł. 

Ostatnim zakupem jaki mi się przydarzył jest obiektyw do zdjęć portretowych.

Główną jego zaletą jest możliwość ustawienia niskiej wartości przysłony. Standardowo w aparatach jest f4,5 w tym natomiast obiektywie najniższa możliwe wynosi f1,8. Naprawdę jest to bardzo dużo. Chętnie chciałabym zaopatrzyć się w same obiektywy z taką wartością przesłony. Minusem dla osób "automatycznych" jest brak możliwości ustawienia automatycznego doboru ostrości - trzeba to po prostu zdobić ręcznie. Oczywiście można zakupić obiektywy z automatyką jednak ich cena dość drastycznie wzrasta. Udało mi się go kupić za jakieś 570 zł.(?)

Posiadam jeszcze zapasowy obiektyw 18-55 - ale bez automatyki, zakupiony był głównie przez to, że kitowy się rozleciał, a na szybko potrzebowałam obiektywu na wyjazd. Więc kupiłam używany za jakieś 120 zł.

W najbliższym czasie chciałam zakupić konwerter do wykonywania zdjęć o szerszym kącie aniżeli widzi je aparat. Oczywiście jest to dodatek podobny do tego od filtra makro. Cena konwertera - ok 200 zł.
Jeszcze jedną rzecz jaką chętnie bym kupiła są pierścienie makro. Obecnie filtr makro spełnia swoją funkcję wyłącznie na obiektywie 18-55. Zastosowanie takich pierścieni daje dużo większe możliwości (podobno) bez zastosowywania filtra. Ale nie wiem do końca bo nie zakupiłam jeszcze. Cena różna od 30 do nawet 200 zł w zależności z czego są wykonane.

Miałam "przyjemność" korzystania z serwisu Nikona. W związku, że jak wcześniej wspomniałam kitowy obiektyw się posypał (słychać było jak się potrząsnęło "akukaraczę"). Niestety jeśli zakupi się komplet to trzeba cały komplet oddać do serwisu, łącznie ze wszystkimi kabelkami, zasilaczami itd itp. Na naprawę obiektywu czekałam... 8 tygodni !. Gdyby nie moje wydzwanianie do serwisu trwało by to z dwa razy dłużej. Więc serwis PORAŻKA.

Ogólnie podsumowując cały sprzęt kosztował mnie ponad 5 tysięcy. Jest to dużo. Nawet bardzo dużo. Obecnie za tą cenę można kupić już Canona ale nie amatorskiego ale zaawansowanego z dwoma obiektywami. Wg mnie Nikon nie robi wrażenia. Rozpowszechniona jest po prostu nazwa. Jeśli się popatrzy to większość fotografów którzy z tego się utrzymują nie używają nikonów, a jeśli już to sprzęt raczej z tej ostatniej półki cenowej.

Wada Nikona - ból jest dla mojego faceta - ma on wadę wzroku i nie jest możliwością aby idealnie dobrał ostrość manualnie. Pomimo różnych ustawień po prostu nie da się. Więc jeśli ktoś ma wadę wzroku to może być ciężko.

Kolejną wadą jest dość drogi sprzęt do nikona. Obiektywy są kilkanaście/set złotych droższe niż do innych aparatów. Jest to ból dla człowieka. Jednak jest to raczej celowe - bo kto z amatorów zamierza kupować lepsze obiektywy?

Jakiś czas temu przymierzałam się do kupna czegoś innego bardziej zaawansowanego i sprzedanie tego sprzętu jednak ja mam do takich rzeczy sentyment więc prawdopodobnie już przy nim zostanę (chyba, że wygram w totka i kupie nowy :D). Żałuję jednak, że chcąc coś zakupić muszę naprawdę spory czas odkładać kasę.

NO ALE... Fotografem nie czyni Ciebie aparat jaki posiadasz lecz umiejętności :)

p.s. Wszystkie zdjęcia sprzętu wykonałam... telefonem :D

niedziela, 6 kwietnia 2014

Zegrze


Ostatnio jakoś rzadziej tutaj zaglądam, może przez pogodę, może przez zabieganie i załatwianie przeróżnych spraw. Ale zaległości już nadrobiłam, ślad po sobie zostawiłam :)

W sobotę udało nam się spotkać piękną pogodę, a jest to nie lada wyczyn, jak mój Potwór chodzi do szkoły co dwa tygodnie i zwykle jak jest w szkole to jest pogoda. Jak nic złośliwość losu. 

Plan opracowaliśmy sobie z rana. Dzień wcześniej nie miało sensu bo znów pogoda pokazała bym nam cztery litery i tyle by było z wycieczki. Kierunek niedaleki - Zegrze. Głównie dlatego, że jest tam nic innego jak Twierdza Zegrze :P więc znów nas zaczyna nosić po opuszczonych miejscach. 
Najgorsze ze wszystkiego było to, że sporo obiektów było słabo dostępnych, głównie przez ogrodzenia czy ogródki działkowe które gdzie tylko były możliwe to zostały pozakładane. Zanim doszliśmy do jakiegokolwiek zabudowania to mieliśmy sporawy spacer. Chcieliśmy pierwotnie dotrzeć do Małego Umocnienia, jednak dostęp jest to niego bardzo ograniczony. Samo dojście do jeziora to był nie lada wyczyn.
W końcu natrafiliśmy, idąc brzegiem jeziora na pierwszy budynek - prochownię . Oczywiście za ogrodzeniem, czyli nie wejdzie się, nie zajrzy do środka. A kusiło.


Kawałek dalej był już kolejny budynek




Jednak nadal było nam mało, chcieliśmy iść brzegiem jeziora aby dojść do Umocnienia Dużego. Po drodze natknęliśmy się na Pałac Radziwiłłów zachowany w pierwotnej bryle. 


Każdy element zachwycał pięknem.




W końcu doszliśmy do skarpy przy ulicy, trzeba było zejść po dość stromym zboczu. Żeby przejść na drugą stronę musieliśmy przejść spory kawałek wzdłuż jednej strony ulicy a następnie wrócić - chociaż wydawało nam się, że da się przejść pod wiaduktem, niestety wiaduktu w tym miejscu nie było ;) Oczywiście przyszedł etap, chodzenia między krzakami po wcześniej udeptanej ścieżce, która po kilkunastu metrach kończyła się... w ogrodzeniu. Trochę się wahaliśmy czy przejść czy nie. Podwójny wojskowy płot z drutem kolczastym. Ale zdecydowaliśmy się. No i już po kilku metrach natrafiliśmy na pierwszy budynek.


Do końca nie wiemy czemu miał służyć, w środku niego była woda, głównie przez to, że leżał nad samym brzegiem wody. Może to była prochownia, może stanowiska bojowe? Nie wiemy. Chociaż natknęłam się na informację, że jest to łaźnia :D ktoś chyba miał niezłą wyobraźnię. 


Przechodząc przez część budynku aby udać się na drugą stronę, czuliśmy jakbyśmy przechodzili przez jakieś "biuro przepustkowe". Głównie dlatego, że był korytarz na wprost, po obu stronach były również okna. A wewnątrz był niewielki murek prawie po całej długości...


Oczywiście idąc dalej szliśmy pomiędzy dwoma ogrodzeniami. Sami nie wiedzieliśmy czy to jest teren wojskowy - ale tabliczek informacyjnych nie było. No ale bez powodu nikt ogrodzenia nie naprawia. Nieopodal pierwszego budynku natrafiliśmy na dwa kolejne. Z pewnością ten pierwszy to były już stanowiska ogniowe. 



Drugi natomiast był budynkiem z długim korytarzem, za pewne łączący cały fort ze sobą. Jednak z braku posiadania dobrych latarek i wyprawy tylko we dwoje nie weszliśmy do środka.


Od jednego budynku do drugiego był korytarz za wysokim murem, ja ciekawska chciałam wejść i zobaczyć jak tam wygląda wszystko i oczom ukazała nam się skrzynka z czasów okupacji - z napisami po rosyjsku - w której znajdowały się najprawdopodobniej .... telefony 


Na tym etapie nasza wycieczka się zakończyła. Głównie ze względu na brak dobrego sprzętu aby wejść gdzieś dalej, za małej liczby osób no i pory dnia - późne popołudnie. Ale  spacer trzeba zaznaczyć, że zrobiliśmy dość porządny - ok 7-8 km :)


p.s. dziś miał być Modlin po raz kolejny ale coś pogoda się popsuła :(

niedziela, 30 marca 2014

spódnica (nie)ślubna

Z tydzień temu podjęłam decyzję o wykorzystaniu swojej sukni w jakiej poszłam do ślubu. Była ona z tiulu. Niestety podczas zabawy weselnej dół spódnicy został zniszczony. Tak więc opcja sprzedaży nie wchodziła w grę z prostego powodu - nikt by nie kupił zniszczonej sukni. Poza tym każda przyszła panna młoda chce mieć taką wyjątkową i niepowtarzalną suknię więc to był kolejny powód czemu nawet nie próbowałam jej sprzedawać. 

Nawet nie wiem w którym momencie wpadłam na pomysł jej przerobienia. Był to po prostu impuls. Może też dlatego, że miałam ją w planach po prostu wyrzucić, jednak szkoda było. Pomysł się zrodził w głowie dość szybko. W związku, że jest dużo tiulu, a jest on coraz bardziej modny na co dzień, to zrobię spódnicę z tiulu. 
Przy rozpruwaniu jej chyba nic nie sprawiało mi tak ogromnej frajdy jak właśnie jej "niszczenie". Proste to to nie było. Wiedziałam, że jest te 5 warstw tiulu, ale nie miałam pojęcia w jakiej długości i sposobie są przyszyte. Cały jeden wieczór spędziłam na wypruwaniu tiulu w taki sposób aby do nie uszkodzić. 

Już po wypruciu - przecież białej kiecki sobie nie zrobię. Więc postanowiłam ją zafarbować. W sklepach są gotowe i niedrogie barwniki do ubrań. Jak komuś się znudziła np biała bluzka może sobie ją spokojnie za 2 zł zafarbować na kolor jaki chce. Ja zakupiłam 2 opakowania "dzikiego różu" oraz "amarant" 
Pierwsza opcja - czyli ta z instrukcji, czyli gotowanie w garnku przez godzinę materiału. Oczywiście przebrnęłam przez 5 gotowań, jednak efekt nie był zadowalający. Powstały plamy które były widoczne. Dobrze, że pozostawiłam sobie odrobinę amarantu. Postanowiłam następnego dnia zafarbować tiul w wannie. Jednak trzeba dobrze uważać i stosować rękawiczki gdyż barwnik silnie farbuje nawet skórę :)
Wcześniej przed farbowaniem, wyłożyłam wannę workami tak aby nie zafarbować wanny. Podgrzałam pozostałą część (której nie wylałam po farbowaniach w garnku) barwnika oraz dosypałam pozostałą część dolewając najgorętszej wody jaką znalazłam w kranie. W sumie wyszło jakbym kogoś zamordowała w wannie :)

Dzięki bogu, maczanie w ciepłej wodzie z dodatkiem octu pomogło mojemu tiulowi zafarbować się na malinowy róż. 

Może się wydawać,że farbowanie jest ciężkie. Jednak cięższe było uszycie podszewki, którą dostałam dopiero w czwartek wieczorem. Postanowiłam uszyć całość z suwakiem,gdzie nigdy tego nie robiłam. Jest to trochę cięższe jednak wygląda dużo lepiej, aniżeli wszyta gumka. 

Uszycie podszewki chyba trwało najdłużej. Później wszywanie poszczególnych warstw tiulu też zajęło trochę czasu, chociaż chyba dłużej trwało ustawienie jednej linii do wszywania. 

Później tylko obcięcie tiulu i wszycie tasiemki -  założyłam, że będzie ładniej i efektowniej, poza tym jak jest suwak i tasiemka to i guziczek musi być :)

Suknia w pierwowzorze wyglądała ot tak:

Po przerobieniu wygląda tak (jednak z 5 warstw tiulu zrezygnowałam, gdyż wyglądałam jak primabalerina :) dlatego też są tylko 4 warstwy, chociaż zastanawiam się czy nadal nie jest zbyt unosząca się:



W planach mam jeszcze uszyć dużo skromniejszą spódnicę z koła ale z dzianiny wiskozowej. Także to by było na tyle w ten weekend :)

p.s. opalajcie się na balkonach :)

piątek, 28 marca 2014

Ewelina

Postanowiłam podzielić się dość śmieszna i zarówno dziwną sytuacją, jaka miała miejsce przed chwilą. 

Wspominałam kiedyś, że koleżanka obraziła się na mnie chyba za to, że nie dałam jej wszystkich zdjęć jakie zrobiłam. Do tego olała mnie jak się spotkałyśmy - jednym słowem potraktowała jak powietrze - no trzema słowami :)

Dziś siedzę w pracy i otrzymuje na fb wiadomość od owej koleżanki. Poniżej CAŁA fascynująca rozmowa 

Ewelina: hej mam pytanie obraziłaś się na mnie czy jak,że się nie odzywasz?

Ja: Hej. Ja na Ciebie? Czy Ty na mnie. Po ostatniej zumbie to olałaś mnie totalnie a ja nie wiem za co.

Ewelina: to Ty sie dziwnie zachowywałaś zadzwoniłam do ciebie a ty z jakimś fochem powiedzialas ze nie idziesz na zumbę. to uznałam że nie będę na siłę się odzywać

Ja: No to ze nie poszlam na zumbe i odpowiedzialam Ci w innym tonie to jest powod do olania kogos i nie zalatwienia sprawy jak dorosly czlowiek? Poza tym ja sie nie "fochuje" bo nie mam zwykle za co i jest to dla mnie glupota obrazac sie jeslj jest sie doroslym.

Ewelina: dobra nie ma tematu,właśnie pożałowałam że się odezwałam do Ciebie

Ja: ok.pa.

Czy ktoś mi może powiedzieć czemu człowiek który ma 28 lat na karku zachowuje się jak przedszkolak?
Poza tym, że cała wina to jest moja sprawka, z czego ja nawet nie wiem o co chodzi, to jeszcze jestem najgorsza :)
Wcześniej nie raz pisałam, że nie zamierzam nikomu mydlić oczu i go okłamywać, ale jak widać - inni wolą kłamstwo i do tego udają świętych. 

Agniesia z pracy sama była w szoku po tym co Ewelina odpisała - też nie potrafi tego zrozumieć. 

Tak czy inaczej - chyba mnie usunęła ze znajomych - jakże mi przykro :)

niedziela, 23 marca 2014

Czerwińsk, Płock

Jeszcze trochę i pownnam zmienić formę bloga na fotobloga :)

Jako, że w mijający weekend pogoda była iście wiosenna, postanowiliśmy to wykorzystać. Co prawda tylko sobota okazała się ładniejszym dniem, niedziela już pozostała bardziej wiosenna- deszczowa. Więc plan zrealizowaliśmy tylko w 50%. W niedzielę chcieliśmy po raz kolejny podbić Modlin jednak mżawka padająca od rana nie pozwoliła nam na wyprawę. Ale mam nadzieję, że w najbliższym czasie to nadrobimy. 

W sobotę stwierdziliśmy, że siedzieć w domu to nie ma co. Długo nie musieliśmy myśleć gdzie się wybrać. Padło na Płock i po drodze na Czerwińsk. Dlaczego Płock? Dobrze zachowany zamek książąt mazowieckich. Nawet lepiej niż dobrze bo jest nadal użytkowany. Ale może od początku :)

Jadąc w kierunku naszych wypraw przez piękne Mazowsze natrafiliśmy po drodze na kościółek. Niewielki, ale bardzo urokliwy. Znajduje się w Chociszewie. Obecnie nie ma wielu takich drewnianych kościółków. Obecny kościół został wybudowany skromne 180 lat temu. Przetrwał do dziś. Niestety do środka nie weszliśmy bo był zamknięty - łącznie z ogrodzeniem. Więc pozostało zdjęcie zza płotu :)


Następnie wyruszyliśmy do Czerwińska. Tyle o ile pamiętałam, że byłam na jakiejś szkolnej wycieczce tam i na tym byłby koniec. Każdy z nas z pewnością kojarzy "Czerwińsk nad Wisłą" ale co tam jest? 

Jest tam klasztor którego początki sięgają XII wieku. Często w tym miejscu przebywali książęta mazowieccy i dostojnicy kościelni. Na przełomie kolejnych wieków kościół i sam klasztor zostały przebudowywane/dobudowywane. Nie dało się zauważyć ważnych symboli jak orzeł,

 krzyże oraz podpis pod nimi "bóg i ojczyzna" (tak wielkie słowa dziś już bardzo nie funkcjonujące..),


dzwonnica, która z początku wyglądała jak jakiś mały ołtarz. 


pomnik Jezusa niosącego krzyż z Matką Boską, 


czy grób księdza, który naprawdę wyglądał imponująco. 


Tym samym w obecnym stanie istnieje piękny kościół oraz park wokół niego (ze zwiastunami wiosny - krokusami) :) 


 z widokiem na dość szeroką w tym miejscu Wisłę. 


Oczywiście nie mogło zabraknąć mnie iście kolorowo ubranej ale to nowością u mnie nie jest jakimś odświętnym strojem :)

Wnętrze pozostawiliśmy sobie na przysłowiowy deser. Najgorsze jest w sumie to, że nie lubię w kościołach czy muzeach robić zdjęć. Jest to w jakimś sensie miejsce gdzie powinno się zachować w miarę cicho i kulturalnie. Dlatego też nigdy w takich miejscach nie używam błysku. Środek kościoła zachwycał - złotem ;)

Jedyne co to psuł widok zamontowany telebim :/

Dalej wyruszyliśmy w drogę do Płocka. Pierwsze co nas zaskoczyło i to bardzo pozytywnie były koło świateł wyświetlacze z odliczaniem czasu do końca czerwonego światła oraz do końca zielonego światła. Coś znakomitego. Ludzie którzy tam mieszkają są dość przyzwyczajeni do tego bo jak jest 1-2 sec do końca czerwonego światła - czyli zaraz się zapali zielone - zaczynają ruszać. O korkach nie było mowy, czy o tym że ktoś zaśpi w między czasie :)


Nie mieliśmy, żadnych problemów do trafienia do centrum miasta, wszystko było ładnie oznaczone. Chociaż my i tak się zagubiliśmy, ale i dobrze bo zauważyliśmy już jadąc zakon mariawitów. Jego kolor był niesamowity - błękit jakich nie widziałam. 



Jest to dość "świeży" zabytek bo sprzed równo 100 lat. Pomimo jego otwarcia w czasie wojny pełnił on funkcję szpitala dla rannych w walkach. Obecnie widać niestety, że jest zaniedbany, cały tynk zaczyna odpadać. 

Następne udaliśmy się na spacer wzdłuż plaży - tego chyba w Warszawie brakuje. Plaża i do tego jeszcze molo więc można się poczuć prawie jak nad morzem :)

Można powiedzieć, że spacer zrobiliśmy sobie niezły. Drugi plus Płocka jaki zauważyliśmy to czystość jakiej nigdzie nie widziałam. Nie było praktycznie żadnych potłuczonych butelek, żadnych śmieci. Po prostu porządek. Nawet graffiti na murach wyglądały na czyste :) 

Idąc w kierunku zamku natknęliśmy się na pomnik Bolesława Chrobrego (nie wymazany niczym !)

Po pewnym czasie ukazał nam się zamek wraz z kościołem.


Sam zamek na duże znaczenie dla Płocka, gdyż to dzięki niemu powstała tutaj pierwsza osada.Obecnie w zamku znajduje się Opactwo Benedyktynów.

Zamek jednak w całości nie przetrwał do dzisiejszych czasów z prostego powodu - stał on na skarpie (wzgórzu Tumskim) która się osunęła wpadając tym samym do Wisły. Jednak W murach opactwa można zauważyć elementy które związane są z pierwotną architekturą zamku. 





Na terenie zamku, a raczej w jego murach stał kościół - bazylika katedralna. Można sobie wyobrazić wielkość samego zamku jeśli na jego terenie był tak znacząco wielki budynek. 

Sama Bazylika była kilkanaście razy odbudowywana i przebudowywana. Obecny jej kształt nawiązuje do renesansu. Jej wielkość jest zaskakująca. Nawet aparat nie mógł jej w jednym zdjęciu objąć. 



Oczywiście nie zapomniano o detalach. 

Niestety nie weszliśmy do środka. Jakoś nam to umknęło, może przez to, że była naprawdę piękna pogoda i wszyscy wychodzili na zewnątrz a nie do środka pomieszczeń :) 
Obok samej bazyliki-kościoła znajduje się muzeum diecezjalne - wydaje mi się, że jest trochę młodsze od samej bazyliki, jednak forma zachowana jest taka sama 


Wokół bazyliki, ba terenie byłego zamku zrobiono park. Chyba częściowo "dosypano" i umocniono wzgórze tak aby wszystko można było sobie wyobrazić jak wyglądało wcześniej. 


Na wzgórzu znajdowało się ogrodzenie, a w ogrodzeniu nic innego jak herb Płocka. Niby niewielki detal ale dodawał uroku miejsca. 


Spacer był spory, teren do przejścia również. Jednak jesteśmy świadomi, że sporo rzeczy nas jeszcze ominęło. Więc kiedyś może to nadrobimy. 

Na koniec dwa elementy "wandalizmu" które nam się spodobały.