wtorek, 24 lutego 2015

Rak czy nie rak?

Ostatnio znikam, na dłużej, wiem, że zaniedbuje otoczenie internetowe, ale po prostu czasem się inaczej nie da. 

Moja najlepsza koleżanka z pracy wylądowała w szpitalu. Strasznie to przeżyłam, pełno stresu. Ale jak zwykle zaczynam od końca. 

W sylwestra bawiliśmy się u Agi, było ok, ale przed północą pyta mnie czy nie mam jakieś no spy czy przeciwbólowego bo strasznie ją brzuch boli. Jak to zwykle - kobiece sprawy więc trochę zbagatelizowaliśmy problem. Za kilka dni ból się powtarzały. Zapisała się w końcu do lekarza. Oczywiście szereg badań - jako że ma pakiet w jednej z dużych prywatnych przychodni to w miarę szybko wszystko załatwiła. Wyniki nie były jednak zadowalające - okazało się, że ma zmiany w okolicy jajników. Tym samym od razu chciała się zapisać do szpitala na zabieg - konieczny w jej przypadku. O całej sytuacji od początku wiedziałam tylko ja i jej mama. Nikt Poza nami. 

Od samego początku szpital jaki wybrała mi się nie spodobał i próbowałam ją namówić na inny. Pech chciał, że udało jej się zapisać, co prawda wizyta była w niedługim czasie, jednak skierowanie na operację/zabieg w tak szybkim terminie nie było co liczyć. Panie z łaską zapisały na "wcześniejszy" termin pod koniec kwietnia (zapisywała się w styczniu). Nic innego nie pozostało jak oczekiwanie na ten kwiecień. W między czasie musiała jeszcze wykonać kilka badań przed operacją ale nie później niż, lub nie wcześniej niż...  Na jeden z takich zapisała się na wykonanie w prywatnej placówce. Nie musiała nawet odbierać wyników - pielęgniarki same zapisały na wizytę u specjalisty w najszybszym możliwym terminie czyli w ciągu 2-3 dni (zaleta prywatnych przychodni). Doktor wprost stwierdziła, że powinna być już, teraz operowana. Narośl jaka jej wyrosła miała 5 cm średnicy ! Ale oczywiście ze szpitala Pani doktor miała zinterpretować wyniki za bagatela 3 tyg bo wcześniej nie ma terminu. 

Ów termin s tygodniowy mija w najbliższy piątek. Jednak Aga jest już po operacji. W minionym tygodniu złapał ją taki ból, że mąż przyjechał i zawiózł ją do szpitala. Ona nawet nie była blada jak ściana, ona była zielona. W pracy od razu wszyscy pytają co jest?, a może Ci pomóc?, odprowadzić Cię? jednak do końca udało nam się utrzymać w tajemnicy wszystko. Przeczuwałam, że nie obędzie się bez operacji. I następnego dnia ją już miała. Razem z jej mamą podjęłyśmy decyzję, że nie ma co już nic ukrywać, trzeba powiedzieć prawdę jak ktoś zapyta. 

Cały nasz wydział, jest jak jedna wielka rodzina. Jak weszłam od razu padły pytania czy wiesz co się stało?, lepiej się czuje? Skutek był taki, że cała roztrzęsiona i w nerwach, prawie ze łzami w oczach przekazałam wszystkim co tak naprawdę się z Agą stało. Wszyscy byli w szoku. Ja zablokowałam komputer, nie mogłam nic zjeść. Wszyscy trzymali kciuki żeby było, ba po prostu będzie dobrze. 

Odetchnęłam, jak i wszyscy najbliżsi po tym jak było już po operacji i Aga nagle zgłodniała - już wiedziałam, że jest dobrze. Następnego dnia już była wypisana do domu a jeszcze kolejnego nawiedziliśmy ją z M. zobaczyć jak się czuje i podpytać co i jak. 

Przez ten cały czas strasznie się o nią martwiłam. Zdałam sobie sprawę, że może to każdego spotkać, jednak Aga jest dla mnie prawie jak siostra, której nigdy nie miałam. Jej dzieciaki, mówią do mnie ciociu, jej rodziców znam. I naprawdę już dawno o nikogo tak się nie martwiłam do tego stopnia, że moje myśli były cały czas wokół jednego - oby było wszystko dobrze. 

A jaki skutek owej torbieli, narośli czy jak kto woli nowotoru? Dowiemy się dopiero za 3 tygodnie. Ja jednak wiem już, że będzie ok. Po prostu musi być. A ja powoli wracam myślami do tego co wcześniej mnie otaczało, już ze spokojem na sercu. 

niedziela, 25 stycznia 2015

oj Franek, Franek

Temat franka chyba każdemu ostatnio dobrze znany. Ludzie pobrali na xx lat kredyty w walucie obcej tak zwanym "franku" no i wszystko było pięknie cacy, do momentu gdy kurs trzymał się nisko. W ostatnich dniach kurs drastycznie wzrósł. I wszyscy co wzięli kredyt w walucie zadrżeli. Każdemu by wyskoczyła gęsia skórka na wiadomość, że musi w kolejnym miesiącu zapłacić więcej niż musiał. Ale.... 



przecież ci ludzie mogli wziąć kredyt w złotówkach, ale oczywiście nie skorzystali bo był droższy. No co oni będą tutaj płacić te kilkanaście tysięcy więcej. Ci bardziej rezolutni jak już brali to nie szaleli, że np na 110%, bo trzeba mieć wszystko na tip top, no i oczywiście nie na maksymalny okres kredytowania, który chyba w rekordzie wynosił 40 lat (!). Poza tym chodzi nowe przysłowie "bierz kredyt w tej walucie w której zarabiasz" 

Sama posiadam kredyt, ale wzięty razem z rodzicami w złotóweczkach. Nie posiadałam zdolności kredytowej a raczej posiadana przeze mnie zdolność na dzień brania kredytu oscylowała w granicach zakupu mniej niż 15 metrów mieszkania. Oczywiście przy podpisaniu umowy przewertowaliśmy od wielkiej litery na początku do ostatniej kropki na końcu. Więc wiedzieliśmy co podpisujemy. Do tego rodzice wspomogli niewielkim ale zawsze wkładem własnym. Okres kredytowania - 20 lat z możliwością szybszej spłaty. 

A czy Ci ludzie co wzięli kredyt we frankach w ogóle czytali umowę? Czy po prostu w pełni euforii że niska rata, że niski kredyt podpisali umowę wiążąc sobie już na samym wstępie pętle wokół szyi. Każdy kredyt jest sporym obciążeniem, w szczególności dla tych co ledwo co wiążą koniec z końcem, ale pomimo tego wydają co do ostatniego grosika bo przecież trzeba żyć na poziomie. Co to jest 40 lat, przecież "się spłaci". Tylko co w wypadku np, straty pracy? choroby? problemów rodzinnych? A fakt... zapomnieli. 

Kulminacja nastąpiła kilka dni temu jak ów frankowcy wyszli na ulicę. Ale ja pytam: Po co? co chcą osiągnąć? czego żądają od rządu? Przecież byli chyba w 100% świadomi podpisując umowę, która z pewnością zawierała informację o ryzyku kursowym. Czemu żądają, żeby rząd im pomógł? Nam jakoś nikt nie pomaga, spłacamy kredyt powoli, co miesiąc ta sama rata, też nam nie jest łatwo, a oni? No sorry ale tacy ludzie pozbawieni są jakiejkolwiek wyobraźni sądząc, że przez 30-40 lat będą mieli jeden i ten sam kurs, wahający się jedynie o kilka groszy. 

Znam ludzi którzy co prawda wzięli kredyt w złotówkach, ale oczywiście 110%, 35 lat no i dopłata słynnej "rodziny na swoim". Przy rozmowie, okazało się, że ów rata już pomniejszona o ten rządowy rabat wynosi więcej niż ja wzięłam. Przy pytaniu co zrobicie za te 8 lat? gdzie rata wzrośnie im z ok. 1500 zł na 2300 ? Jaką otrzymałam odpowiedź, pewnie nikogo nie zdziwi - "będziemy się martwić za 8 lat" - czy takim ludziom, z takim podejściem w ogóle powinny być dawane kredyty? 

Inna znajoma, szukała jakiegokolwiek banku który da jej tylko kredyt, a zdolności miała niewiele więcej niż ja i co? i dostała na 300 tys ! 

Oczywiście banki też same w sobie są winne, bo przecież jeden przez drugi się prześcigały w ich dawaniu. Oby więcej sprzedać, oby więcej ludzi przyszło. A co tam te 20 lat czy 30 dajmy na 50 lat !, Te gorsze zapisy napiszmy małym druczkiem, żeby się ludzie nie doczytali. A po co im wkład własny? Niech biorą ponad stan, i tak jak coś to będziemy na plusie. 

No i branie ponad stan skończyło jak się skończyło. 

Nie żal mi ludzi, którzy bezmyślnie brali kredyt, żeby tylko wziąć. Trzeba było myśleć zanim podpisze się cyrograf. A teraz? Wzięliście to płaćcie i płaczcie. 

Alternatywy 4

Chyba, każdy zna ten serialowy klasyk, gdzie to mieszkańcy jak tylko mogli kombinowali aby mieszkać w swoim wymarzonym lokum, jednak gdy to się udało to zaczynała się lawina dziwnych rzeczy. Chociaż w tamtych czasach nic nikogo nie dziwiło. Dziś wygląda to trochę inaczej. 

Ostatnimi dniami zauważyłam, że takie Alternatywy to mój blok. Początkowo myślałam, że w każdym bloku są kłótnie, niezgody, złośliwości itd itp. Czemu uważam, że mieszkam w dziwnym bloku z dziwnymi ludźmi?

Mamy administratora który chyba nie wie jak się nazywa. Co do niego dzwoniłam to jakbym go dopiero obudziła. Głos niewyraźny, cichy jak nie dorosły facet ale jak mała nieśmiała dziewczynka. Wydawało mi się, że tylko ja tak mam ale nawet firmy które naprawiają tu i ówdzie to maja takie samo zdanie. Oczywiście, ma on pełno znajomości, ale nie takich co by wpływały korzystnie dla naszego bloku, raczej takie co są bardzo niekorzystne - np przeprowadzenie uliczki przez środek parkingu, bo inne developer chce wybudować blok (chyba dobry znajomy). 

W naszym bloku występują nader często problemy ze światłem. Czyli innymi słowy: brakuje światła na klatkach, na schodach bądź też jest go nadmiar przez wadliwie działające czujniki ruchu. Ostatnio nawet komuś spodobał się przełącznik i go sobie wziął... ot tak pozostawiając przy zejściu do garażu wolny dostęp do prądu.

Sąsiedzi... i tutaj to dopiero jest temat rzeka. Każdy zna swoje racje i ok, ale nikt nie chce przyznawać się do poczynionych błędów. W kółko komuś coś przeszkadza.
a to, że minutę po ciszy nocnej komuś szczekał pies w mieszkaniu,
a to, że w niedzielę jeden sąsiad wiercił dwa otwory,
a to, że ktoś chce wyłudzać odszkodowania,
a to, że chodnik za wąski,
a to, że ktoś sobie zabudował balkon lub przyczepił daszek,
a to, że ludzie palą papierosy na balkonach i dym innym przeszkadza,
a to, że ogrodzenie za niskie,
a to, że ludzie nie zamykają furtki,
a to, że dzieci biegają a nie daj bóg jeszcze coś mówią, albo broń boże grają w piłkę (czyt. odbijają ją od ... chodnika)
a to, że drzewa za duże, 
a to, że dozorca odśnieża o 5 (to był mój faworyt do momentu...),
a to, że samochody za głośno jeżdżą po ulicy :D
a to, że (...)

Nie wiem skąd tacy ludzie się biorą, ale przecież chyba wiedzieli gdzie kupują mieszkania i co więcej gdzie ich okna będą się znajdować. No czasem to ręce opadają. Ostatnio nawet jedna z sąsiadek nie zauważyła.... bramy garażowej i w nią wjechała. Nawet na ów forum napisałam, że jak to możliwe, to jeden z "sąsiadów" który ma najwięcej swoich racji, stwierdził, że nie każdy potrafi wspaniale jeździć.  Ale wjechać w bramę ??? 

Ostatnim czasem jednak był problem, kradzieży gum na schodach i otwartego śmietnika. Myślę, że to naprawdę jest problem porównywalny do globalnego ocieplenia - bo taka zagorzała dyskusja się wytworzyła. 

Jako wspólnota posiadamy też "księgowość". Jako, że księgowość to moje zboczenie zawodowe to na samym początku postanowiłam przetestować panią która zajmowała się rachunkami. Niestety chyba o podstawach rachunkowości to tylko słyszała, źle rozliczyła ludzi na koniec roku, przedstawiła błędny bilans co wg mnie jest karygodne. Ale cóż się okazało, że ów Pani po pół roku awansowała na Dyrektora Finansowego ;)  To tak jakby wziąć człowieka, który umie liczyć na kalkulatorze, powiedzieć mu jak rozróżnić wpływ na konto od jego wypływów i mianować dyrektorem ;) Ktoś chętny? 

Na osiedlu, pomimo szlabanu, nielegalnie parkuje 4-5 samochodów pod ogrodzeniem. Zarząd wpadł na genialny pomysł "namalujmy koperty" i na namalowaniu się skończyło, nikt nie wie po co są narysowane, jedna z pań (nie wiem czy to nie ta co wjechała w bramę) stwierdziła, że przecież na takiej kopercie ciężko będzie się zaparkować ;) Ten kto zna przepisy to wie, że na kopertach się nie parkuje. Nawet kilku mieszkańców zapytało o ów miejsca i płacenie za nie ze względu na brak innych miejsc. Zarząd - milczy - chyba go przerosło całe zadanie. 

Oczywiście jest zima, więc większość balkonów i okien jest pozamykana. Cuda dzieją się w lato, gdzie osoby mające wspólnie widok na patio zaczynają się wyklinać bo ktoś kichnął o 1 w nocy i innego to obudziło, albo ktoś puścił głośniejszego bąka (nie daj bóg zapach poleci do nosa jakiegoś sąsiada).



Naprawdę czasem się zastanawiam, że gdzieś nie ma ukrytej kamery :) Moje szczęście, że wybrałam tańsze mieszkanie od strony lasku (podobno było mniej atrakcyjne) i nie słyszę stękania sąsiadów czy wzajemnego się wyklinania. Za to mam widok, na lasek, ptaki, które latem pięknie ćwierkają, dziki, sarny czy inne zwierzęta :)

Zdjęcie oczywiście zrobione z okna mieszkania ;)

piątek, 16 stycznia 2015

"Przecież musi mieć gorzej niż JA"

Dzisiaj w pracy wytworzyła się pewna dyskusja..

B: Asiu, czy Twój syn nie jest już po sesji? (dla sprostowania, jej syn studiuje to samo i na tym samym roku co koleżanki syn i mój M.)
A: On dopiero teraz w weekend idzie więc się okaże.
Ja: A to jakoś mu się przerwa zrobiła, bo przecież pokrywały się im (M) zjazdy, a M to już zaczął się uczyć, żeby zaliczyć wszystko w pierwszym terminie. 
B: No ale to zawsze są poprawki.
Ja: Tak, ale trzeba za nie bulić, więc człowiek uczy się wcześniej, żeby kilka groszy zaoszczędzić w kieszeni.
B: A to Twoi rodzice nie płacili Ci, przecież mają Ciebie jedyną.
Ja: Nie bo chciałam się usamodzielnić poza tym to nie jest ich obowiązek, tylko moja wola co studiowałam. 
B: Ale to powinni Ci płacić. 
I: Ale co ma usamodzielnienie się do studiów.
Ja: Że człowiek uczy się samemu życia, bez pomocy rodziców.
I: No odezwałaś się, jak Ci rodzice płacą za mieszkanie.
B: No właśnie.
Ja: Owszem kredyt płacą, ale do opłat nie mają nic, wszystko sama opłacam, od nich nie biorę żadnych pieniędzy, poza tym ja nie miałabym już z czego spłacić kredytu.
B: No i uwiązałaś ich na 300 tys,. 
Ja: Jakie 300 tysięcy?! Raz, że jest dużo mniej, a dwa, że sami chcieli mi pomóc.

O co się konkretnie rozchodzi? 
Bożena ma dwójkę dzieci, którym wszystko opłaca. Syn - już stary koń, nie pracuje, studiuje zaocznie, i jak to ona twierdzi "nie może się przemęczać bo się musi uczyć". Z tego co mi wiadomo, uczy się ledwo co, taki obibok na garnuszku mamusi. Drugie z jej dzieci to córka, która wyszła za mąż w zeszłym roku, mieszkają z mężem u niej w domu, nie dokładają się nic a nic do jego utrzymania włącznie z jedzeniem. B. twierdzi, że musi pomagać dzieciom, tylko akurat to jak ona im pomaga dochodzi do tego, że oni nic nie potrafią zrobić, bo wszystko mama za nich zrobi. 

Iwona jest niewiele starsza ode mnie, ma męża i syna który poszedł do szkoły. Rodzice jej nic nie pomagają i sama jakoś musi dać radę. Z tą różnicą, że: wynajmuje mieszkanie od siostry, wydaje kupę kasy na ciuchy, kosmetyki, jakieś duperele (praktycznie nic mnie to nie obchodzi, ale głosząc to na całym forum sali nie da się nie słyszeć). 

Ja sama staram, się żyć na normalnym poziomie. Staram się ograniczyć wydawanie kasy na duperele, jak przycisnę pasa to umiem spełnić swoje jakieś małe marzenia. Moi rodzice nic nie pomagają mi w codziennym życiu. Czasem zrobią znienacka jakiś prezent, ale staram się ich odciągać już od takich pomysłów. 

O co tak wszystko chodzi?
O to, że mam mieszkanie, dzięki pomocy rodziców (jakbym była w stanie to bym spłacała ten kredyt).
O to, że mam samochód, który sama utrzymuję i faceta, który dużo przy nim umie zrobić. 
O to, że mam wykształcenie i to dość dobre w porównaniu z pozostałymi (ale nie myślcie sobie, że chodzę i to rozpowiadam...)
O to, że jestem w miarę zgrabna i faceci za mną się oglądają. 
O to, że nie robię problemów z niczego, jak mam gdzieś po coś poczekać to poczekam a nie marudzę, że ile to czekać, że to nie normalne.
O to, że umiem dogadać się z ludźmi.
O to, że mam pasje, hobby. 

Jednym słowem, o wszystko. Nie potrafię zrozumieć jak można wypominać komuś, że ma lepiej? Przecież każdy z nas jest kowalem swojego losu i to nie jest zależne od koleżanki w pracy czy sąsiadki. Jednak jak widać są nadal osoby które nam wszystkiego zazdroszczą o pewnie psioczą pod nosem "a niech jej się noga podwinie". 

Staram się olewać takie rzeczy, jednak jedno co się zmienia po takich "akcjach" to zaufanie i szczerość do tych osób. 

Człowiek chce tutaj, być wobec drugiego szczerym i miłym a tu takie akcje ;)

p.s. nawet po ostatnich akcjach jakie zrobił kolega, chciałabym z nim w miarę normalnie współpracować... dlatego próbuję mu dawać kolejne szansy na zmianę tego co zrobił i robi... 

niedziela, 11 stycznia 2015

Łazienki Królewskie


Zamek Ujazdowski

To chyba będzie nasza rodzinna tradycja, że na początku roku wybieramy się do Łazienek Królewskich na noworoczny spacer. W tym roku postanowiliśmy wybrać się w wolny dzień - 6 stycznia. Była odrobina śniegu, co mnie zadowoliło, bo okazji za dużo nie miałam, a bardzo chciałam coś pokombinować. Jako, że dzień był wolnym od pracy to ludzi też było dużo więcej niż przewidywaliśmy. Naprawdę były tłumy, przez co wiewiórki i sikorki były już przejedzone. Co prawda zdjęć wiewiórek nie mam ale mam to co udało mi się sfotografować, czyli powrót do zdjęć, z dużo mniejszym opisem niż zwykle ;)

Pałac na Wyspie

Pałac na Wyspie

Pałac na Wyspie

Pałac na Wyspie

Pałac na Wyspie

Pierwszy plan - Amfiteatr, drugi plan -Pałac na Wyspie

Trawy przy mostku dzielącym Staw Południowy na Górny i Dolny

Pałac na Wyspie

P.s. Z kolegą trochę sobie wyjaśniliśmy. Przyznał się, że zakochał się w nieodpowiedniej kobiecie, że podobno często tak robi. Póki nie przekroczy pewnych granic, to nie mam za co jego olewać. Postanowiliśmy, że było i minęło. On wie, że źle zrobił, wie jak wyglądam jak jestem zła. Za to ja dowiedziałam się, że mam adoratora, który jest w stanie nawet dostać w pysk od mojego lubego.... 

wtorek, 6 stycznia 2015

Kolega

Długo mnie nosiło, żeby tutaj się pojawić, to nie przez to, że święta, że sylwester itd itp. Przed samymi świętami wydarzyło się coś co naprawdę musiałam mocno przetrawić i zastanowić się jak dalej postąpić. W czym rzecz?

Wcześniej wspominałam, że najpierw zgłosiłam się do pewnego projektu w pracy, później zostałam kierownikiem dalszej części tego projektu. Miałam sobie stworzyć grupę, jednak pozostali prawie Ci wszyscy  którymi wcześniej się tym zajmowaliśmy. Zmiana nastąpiła u mnie w wydziale między dwoma chłopakami - jeden z nich po prostu nie mógł fizycznie uczestniczyć. Jednak cała historia wiąże się z tym drugim - B. 

Od początku pracy B. był skryty, jednak po pewnym czasie zauroczył się w koleżance, która miała już i męża i nastoletnią córkę. W sumie wszyscy się trochę śmiali i trochę podpatrywali, bo on sam patrzył na nią jak na obrazek i spełniał każdą jej prośbę. Jednak po roku koleżanka musiała odejść. Znalazła lepszą propozycję no i bliżej domu. Rozmawiałam z nią i wiem, że się bardzo wahała, bo żal jej było nas opuszczać. Jednak z owej rozmowy dowiedziałam się jeszcze czegoś... kolega naprawdę się w niej zauroczył. Kręcił nawet z jakąś dziewczyną i ją zostawił dla niej (!) dlatego sama też stwierdziła, że dobrze dla niego, że odchodzi, że może on się w końcu ogarnie, bo w końcu do typowej młodzieży już nie należy będąc na półmetku drogi do 4 z przodu. 

Od momentu rozpoczęcia projektu musiałam zacząć chcąc czy nie bliżej współpracować z owym kolegą. Na początku były to miłe słowa - zresztą "on zawsze jest miły, chyba aż za miły i za grzeczny, materiał na męża z niego kiepski" - tak stwierdziłyśmy z moją Agusią. No ale wszystko było w normach. Zresztą każda kobieta chce aby być adorowana z każdej strony przez każdego faceta (co w większości mi się udaje ;) ). Kolega chętnie oglądał zdjęcia jakie miałam przy sobie, stwierdzał, że są one bardzo ładne (tutaj jestem nadal krytyczna dla siebie), a to, że mam dużo energii, że ładnie wyglądam, takie tam gadanie głupot. Przełom nastąpił od momentu wigilii w pracy.... od owej sukienki bardzo zalotnej o której wspomniałam wcześniej ...

Jak się dowiedziałam, następnego dnia, że ów kolega nie patrzył z zauroczeniem na jakąś tam blondynkę tylko właśnie na mnie !, że wyglądałam cudownie, ładnie. przyjęłam to do wiadomości i tyle, bo cóż mogę powiedzieć. Jednak jego adoracja się wzmożona. A ja jak to ja to olewałam. Ponadto kolega bardzo chciał odgadnąć kolor moich oczu. było, że zielone i szare jednak ja mam niebieskie ze złoto-żółtym pierścieniem wokół źrenic... gdzie tylko mój M. był w stanie to odgadnąć (nawet ex mąż nie wiedział jaki mam kolor oczu  - głupia ty... dobrze że do zostawiłaś)

W poniedziałek przed świętami dowiedziałam się, że pewna piosenka jest o mnie (tzw. "zwariowana Gocha") nie znałam słów poza tym, że "Gocha strzele focha"  na co stanowczo zaprzeczałam. Dopiero jak odnalazłam tekst piosenki to skumałam o co naprawdę chodzi. Piosenkowa Gocha olewa faceta - coś w podobnie jak i ja kolegę, jednak on-piosenkowy chce jej wytłumaczyć i przekonać że naprawdę to ona jego kocha - i tutaj zapaliła mi się lampka, ba to nie lampka to była latarnia na autostradzie.  Dotarło do mnie, że ta znajomość idzie nie w tym kierunku co powinna. 

Kulminacja zdarzeń nastąpiła jednak następnego dnia - dzień przed wigilią. Jako, że było nas niewiele, może z połowa, to postanowiliśmy się podzielić opłatkiem. Gdy B podszedł do mnie to czułam się nieswojo, a u mnie to rzadkość. A czego mi życzył? "Życzę Ci, żebyś znalazła nową miłość to znaczy mnie" - ej no zatkało mnie totalnie, oczywiście moja odpowiedź to to, że ja miłość swoją już znalazłam i innej nie potrzebuje a ten brnął. Na koniec próbował mnie pocałować gdzie robiłam dość dobre uniki, Naprawdę mnie zatkało. Przez cały dzień go unikałam. Przyznał się, że był zazdrosny jak z Michałem sobie buziaki w policzek daliśmy, ale kurna policzek a usta? 

Wkurzył mnie totalnie. Ale do już dobrze palącego się ognia dolał jeszcze benzyny. na sam koniec dał mi prezent w pracy w podłużnym opakowaniu, gdzie siedziałam z koleżanką i robiłyśmy raport dla dyrektorstwa. I tutaj przegiął dopiero na maxa. Nie dość, że podrzucił mi go jak jakiś małolat to dał to w pracy, gdzie mamy etykę i nie możemy prezentów przyjmować powyżej jakiejś tam kwoty. No i się zmył, a ja prezent zaniosłam z powrotem na jego biurko. 

Zanim wróciłam do domu to zadzwoniłam do Mojego Paskudnego, dowiedział się o tej sprawie. Z jednej strony był wkurzony i powiedział wprost, że chyba będzie musiał z nim pogadać, jednak z drugiej stwierdził, że mu go żal, że się zakochał i na duży problem. No a z głównym problemem zostałam ja sama. Dobrze, że przez święta ochłonęłam, w poniedziałek unikałam jego, nie chciałam mieć nic wspólnego, żadne tematy osobiste, wyłącznie służbowe. We wtorek jako, że musiałam zanieść do podpisu dla dyrektora nadgodziny to poprosiłam go o wykaz....

... no i zapytał czy się a niego obraziłam. Jak w wieku prawie 30 lat można się obrażać, po prostu wkurzył mnie i tyle. Za co on stwierdził, że wie że przegiął, że nie powinien, że zachował się jak małolat ble ble ble.... chciał mi dać na przeprosiny prezent - ten z wigilii ale nie chciałam, niech da go komuś innemu - to się dowiedziałam, że był wyłącznie dla mnie. 

No i teraz pytanie zagadka, kto naważył więcej piwa ja czy on? od momentu kiedy mnie przeprosił w pracy nie byłam, jednak w środę w niej się stawię i na dzień dobry mamy razem spotkanie... 4 godzinne... mam mieszane uczucia jak mam go traktować. Sami podśmiewaliśmy się z mojej poprzedniczki (chociaż jej mąż o niczym nie wiedział) a teraz ja sama zostałam z problemem. 

Chyba powinnam wszystko jeszcze raz przemyśleć jak to było od początku to książkę bym napisała i trochę kasy przy okazji zarobiła :P Ale na serio to mam z tym człowiekiem mętlik w głowie... se babo narobiłaś!



piątek, 19 grudnia 2014

Pewność siebie

Wiele osób chciałoby być bardziej pewnymi siebie, inni znów mają pewności za dużo i tracą odpowiednio do tego. Sama jestem pewna siebie, oczywiście w pewnym granicach i pewnych kwestiach... 

Jedną z kwestii gdzie moja pewność siebie jest 100% jest uroda i to jak wyglądam. Tak to prawda - nie mam kompleksów nad którymi się rozczulam. 

Mam brzuch? no dobra niech będzie. 

Przytyło mi się w dupsku? Kurna największy problem to że nie mieszczę się w spodnie, ale są kiecki w gumki i leginsy :D 

Cera? Ujdzie, w szczególności że wiele kobiet ma jakiś problem. 

No ale nie w tym rzecz. 
W dniu wczorajszym mieliśmy w pracy a raczej po pracy "wigilię" w hotelu. No więc postanowiłam ubrać się ładniej. No bo kurcze do hotelu **** nie pójdę w dzinsach... No więc kupiłam sobie kieckę w jaką obecnie jestem  w stanie się zmieścić - jak na mnie dość skromną (jak to M obejrzał to też stwierdził, że dość skromna), włosy odnowione u fryzjera (wróciłam do brązu, aaale mam ombre :D) no i do tego lekkie smokey eye :) 

Cóż się w pracy okazało? Jak to Bożena powiedziała"Weź się kurna zakryj, bo faceci chodzą i na ściany przez ciebie wpadają, pracować przez to nie mogą, nawet dyrektor" . Wiedziałam, że dobrze wyglądam, ba że zajebiście jak zwykle wyglądam, gdzie panowie oczywiście to zauważyli. Kobiety zresztą też, czego skutkiem było obgadywanie mojej dupy. 

I tu pojawia się moje pytanie: o co chodzi kobietom, że inna wygląda lepiej? bo nie umiem tego pojąć. Przecież same też mogły lepiej się postarać i lepiej umalować czy uczesać nie tak jak codziennie. Ale nie. One tylko "lepsiejszy" ciuch założyły i oczekują, że faceci będą się nimi zachwalać. 

Wydaje mi się, ze ich taka reakcja to jakieś podbudowanie się. Chociaż nie jestem do końca pewna bo tak sama nie reaguję. Moja reakcja na jakąś naprawdę fajnie ubraną dziewczynę i ogarniętą na głowie to bardziej - "wow, jak ona to zrobiła, świetnie wygląda. " i między tymi słowami nie ma  zło -życzenia żeby się np wyrżnęła na posadzce (prawie mi się to udało, ale wybrnęłam :D). Pojawia się iście wredna zazdrość i wredota. 

Tak czy owak, ja się czułam dobrze w swoim ciele, nawet jakbym przytyła z 10 kg to zawsze można się ubrać tak, żeby wyglądać seksownie, wystarczy Chcieć ! 

Więc dziewczyny przestańcie obgadywać innym dupy a weźcie się za siebie. o ! :)

piątek, 12 grudnia 2014

Kierownik

No mój post jest ściśle powiązany z poprzednim, w którym to wspominałam o Reni i trzech projektach w jakich brałam udział. Co się wydarzyło przez ten kawałek czasu? 

W pierwszym projekcie, który związany był ściśle z moją pracą, a raczej upadłym "projekcie" nastąpił przypadkowy mały przełom, gdy nagle windykacja chciała się ot tak spotkać i podsumować wyniki "pracy". Cóż się dowiedziałyśmy?
- nie ma poprawy w zmniejszającej się ilości korekt - problem polega na tym, że niestety windykacja nie bierze salda wszystkich operacji jakie występują po dwóch stronach, tylko po jednej- tej co kontrahent ma nam płacić.
- nie pracujecie wystarczająco dobrze, macie za mało ludzi - no cóż... najlepiej jest oceniać ludzi nie znając zupełnie ich wkładu pracy w daną rzecz.
- no i perełka - jeśli nie wykonamy projektu to nie dostaniemy żadnych gratyfikacji w formie premii. - tutaj prawie wybuchłyśmy śmiechem, i miałyśmy ochotę zapytać "pre...pre.... preco? co to jest ta premia?" ale się powstrzymałyśmy.
Sprawa nabrała dość sporych rozmiarów bo okazało się, że dziewczyny z drugiej części księgowości niż ja, poszły na skargę do dyrektorki a ta zaciągnęła nas do dyrektora, żeby sprawę wyjaśnić i to co inny wydział o nas myśli i za co w pewnym sensie nas uważa.


W projekcie "księgowość w księgowości", najpierw przez początek grudnia przychodził naczelnik innego wydziału podpytywać mnie o rzeczy związane z RAKS-em na którym owa księgowość ma być prowadzona. Jakież było moje zdziwienie jak temat ucichł a przez przypadek dowiedziałam się od dziewczyn z jego wydziału, z którymi dobrze żyję, że mnie i Dorci w nim nie ma, a najwięcej wrzucałyśmy pomysłów i propozycji. Trochę się człowiek wkurzył ale cóż poradzić? Nawet miałam przy okazji powiedzieć co nie co ale.....

Ale... przerwał mi trzeci projekt tzw "kontrahent". Na początku grudnia, gdzie myślałam, że będę miała spokój, nawet organizowałam sobie czas tak by spokojnie móc iść na szkolenie 3-dniowe z excela, aż tu nagle zostałam zwołana do dyrektorki z "kolegą Piotrem". Prośba była taka by zrobić prezentację, a raczej napisać to co najważniejsze, wszystkie założenia i gdybania o tym jak możemy wszystko robić, żeby łatwiej nam się pracowało. Oczywiście termin wynosił 2 dni. Oczywiście udało w większej mierze mi się to zrobić bo kolega nie miał czasu.

Na początku tygodnia, a dokładnie w poniedziałek, zostałam wezwana do dyrektora przez swoją naczelniczkę, pytałam czy chodzi o te założenia a ona nie i że zobaczę. Naprawdę nie brzmiało to dobrze, a na dodatek widząc dyrektora i dyrektorkę to już nawet nie wyglądało dobrze. Cóż się po ponad pół godziny okazało? Dostałam propozycję bycia w dalsze części projektu kierownikiem projektu Kontrahent. Doznałam małego szoku. Nie wiem czemu ja zostałam wybrana. Wiele osób mówiło mi, że to przez to, że nie dałam sobie wejść na głowę "koledze Piotrowi", inni, że mam dużo determinacji, a np moja Asia, że wiedzą, że ja jako jedna z niewielu poradzę sobie z tym wszystkim. Tak czy owak musiałam sobie zorganizować ekipę pracowników, którzy pode mną będą pracować za dodatkowe pieniądze, jednak również zakres moich obowiązków automatycznie się zwiększa i przy okazji będę miała okazję poznać wiele spraw jakie z tym wszystkim mogą się wiązać a które do tej pory dla mnie nie istniały.

Oczywiście się zgodziłam, chcę spróbować, spróbować się wykazać. Wiem, że jeśli pokażemy całą grupą, że możemy coś zrealizować to tylko nam to może otworzyć kolejne furtki. Co prawda dyrektor generalny (wiem, dużo tych dyrektorów ;) ) chciał by to było skończone przed świętami, co nie jest możliwe w realu, w szczególności, że terminy jakie zostały zaprezentowane w założeniach kończyły się ledwo co w sierpniu, ale tak czy inaczej, chcemy pokazać, że możemy dużo. W związku z tym wszystkim musiałam zrezygnować ze szkolenia, które podobno będę mogła odbyć w późniejszym terminie.

A jak wygląda teraz moja praca? :)
Pracuję zwykle po ok 12 h. Większość z moich "podwładnych" również siedzi i robi co należy. Ja oczywiście mogłabym zwalić pracę na innych a sama sobie iść do domu, ale nie zamierzam zostawiać ich na lodzie. Chcę aby wiedzieli wszyscy, że nie olewam nikogo. Pracy bieżącej dużo nie wykonuję, bo chcę zrobić jak najwięcej z projektu, gdzie mogę sobie na to pozwolić bo mam być podobno inaczej oceniana niż reszta wydziału.
(NIE)stety tak się wzięliśmy do roboty. że ze strony zobowiązań będziemy w stanie prawie wyczyścić wszystko co założyliśmy do końca roku. Gorzej jest po należnościach, gdzie pracy jest 2 razy więcej oraz potrzebujemy dużo większego wsparcia innego wydziału. Ale jak ogarnę swoich chłopców to zacznę pomagać z drugiej strony.

Naprawdę chętnie bym posiedziała i nadrobiła zaległości, jednak patrzenie na ekran monitora przyprawia mnie o mdłości. Dziś wyjątkowo postanowiłam sobie napisać tego posta. Jednak nie zmienia to faktu, że w domu tylko zjem, obejrzę serial, myję się i kładę się spać.

Pozdrawiam wszystkich co tutaj zaglądają. :) 

sobota, 29 listopada 2014

Renia

Wszystko co zapoczątkowało ostatnie moje zamieszanie w życiu a raczej w pracy zamieszana jest Renia. Kim jest Renia? Renia jest duchem, duchem kobiety która mi się śniła i z nią rozmawiałam jak z normalnym człowiekiem. Było to z ponad miesiąc temu. Zdziwiło mnie to, że nie obudziłam się z lękiem. Było wszystko jak normalny sen. Jako, że go zapamiętałam, to sprawdziłam co oznacza:

widzieć ducha kobiety: czeka cię awans
widzieć białego: opanowanie, harmonia, spokój
rozmawiać z nim: miłe, dobre wrażenia

Zwykle nie przejmowałam się tym, co mi się śniło, ale ten sen był inny. No i ta Renia. Wiedziałam, że coś to oznacza, ale jeszcze dokładnie nie wiedziałam co. 

Teraz po ponad miesiącu już wiem co to oznacza. 

W pracy biorę udział w ... 3 dodatkowych projektach. W sumie jeden to tak jakby nazywa się po prostu bo jest to coś co robię cały czas. Jednak do pozostałych dwóch, już jestem jako ochotnik. 

Jeden z nich to prowadzenie księgowości w księgowości. Czyli po polskiemu, moja firma robi takie jakby biuro rachunkowe. Z całego wydziału jest nas 5 osób w nim uczestniczących. Właśnie na dniach się dowiedziałam, że ruszamy od stycznia. 

Drugi to czyszczenie kontrahentów. Zgłosiłam się, bo nie lubię nudzić się w pracy. Chociaż nie spodziewałam się, że będę ledwo co chodzić na nogach. Spędzałam w pracy ok 12h. Godziny ponad normę mamy mieć zapłacone - co mnie ucieszyło bo każdy grosik jest cenny :) Obecnie jeden etap udało nam się zakończyć - przeprowadzenie wstępnej analizy i przygotowanie prezentacji za którą już byłam odpowiedzialna osobiście. Kolejny etap jeszcze nie wiem kiedy ruszy, jednak możemy się tego spodziewać nawet jeszcze pod koniec roku. 

Inną sprawą jest to, że zostałam znów wybrana w pracy do szkolenia z Excela. Szkolenie 3 -dniowe na poziomie średnio zaawansowanym. Dużo przydatnych rzeczy się dowiem, jednak są też takie co znam je. Ale to nic. Zapisana byłam, również na poziom zaawansowany jednak o tym jeszcze nic nie wiem. 

Ponad to, w końcu udało mi się unormować moje sprawy hormonalne. Obecnie noszę plastry które są meeega wygodne - bo pamięta się o nich tylko raz w tygodniu :) 
Finansowo, też jako tako daję sobie radę. 

Jak widać, to jednak był, sen który przepowiedział mi to co oznaczał. 

Mam nadzieję, że Renia będzie nade mną czuwać :) 

sobota, 15 listopada 2014

Storczyki

Ogólnie przez czas na który "znikam" dużo zaczyna się u mnie dziać. Jednak dziś nie o marudzeniu. Wpis będzie chyba dość krótki. 

Storczyki to chyba największa ilość kwiatów jaka przeważa u mnie w domu. Nawet mogę stwierdzić, że w jednym pomieszczeniu. Wszystko zaczęło się od mojej mamy, która na imieniny w czerwcu podarowała mi pierwszego - dość obwitego w kwiaty. Jako, że moja pamięć bywa zawodna to nie zawsze pamiętałam kiedy został "podlany". obecnie wypuścił kilkanaście pąków. Dopiero kilka dni temu rozkwitło kilka. Jednak cały urok jest w jego kolorystyce. :)


Kolejne były kupowane w różnych okolicznościach. a to promocja w LM. 

albo zakupy - przypadkowe w IKEA (chyba zawsze są przypadkowe;) )

Niestety stał w miejscu bez słońca i opadły prawie wszystkie kwiaty - prawie bo zostały 3 ;)


Tutaj znów jest podobna miniatura do tej co jest wyżej jednak z białymi kwiatami - oczywiście źle ustawiony i opadł z kwiatów 

Jeden z ostatnich nabytków IKEA-wskich - miniaturka z jednym wielkim pąkiem - kupiony przez M. który stwierdził, że woli kupić mi storczyka niż cięty kwiat bo dłużej postoi :)
Kolejny zakup przez M. jako kwiatek w doniczce :)

- A to mamusia oddała mi jednego który cudotwórczo się podwoił. A prawda była taka, że wypuścił pęd, którego mamuśka nie zauważyła i złamała, po pewnym czasie pojawiła się nowa odnóżka z ów złamanego pędu. Są już rozsadzone z miesiąc i żyją. Nawet oba w równym czasie wypuściły pędy :D

tzw. matka ...

... i córka 

Ostatnim nabytkiem była zakup w promocji w Lidlu storczyka dwupędowego. Już odchodziłam, jak M. powiedział, że ten jest trzy-pędowy i sam mi go kupi ;) No i weźcie się tu nie skuście :)

M stwierdził, że kupi mi jeszcze kilka, tylko jest ciekawy gdzie je postawię ;).
Cały parapet w sypialni wygląda ot tak: (przepraszam za nieostre zdjęcie - czego wcześniej nie zauważyłam). 

A co się dzieje ze mną na prawdę? Złapałam dodatkowo płatne zadanie specjalne w pracy, na którym mi bardzo zależy - kasa się przyda w szczególności, że powinnam pilnie zrobić w samochodzie rozrząd, wymienić czujnik temperatury oraz zregenerować turbinę, ot taki mały momencik motoryzacyjny ;)

p.s. strasznie dużo piszecie postów i nie wiem czy uda mi się to ogarnąć :)



sobota, 25 października 2014

Ślubuję Ci... że nie będę Ciebie szanować...

Ostatnim czasie spotkaliśmy, że z moją koleżanką i jej nowym nabytkiem w postaci miesięcznego męża, aby wręczyć im głównie zdjęcia i prezent w postaci fotoksiążki - taki ot na pamiątkę. Zdawało by się, że spotkanie przerodzi się jak ostatnio - w ciekawe dyskusje, śmiechy, żarty i ogólnie miłą atmosferę. Tak mogliśmy twierdzić po tym jak byli u nas z zaproszeniami i atmosfera była naprawdę miła. 

Z góry założyłam, aby przyjechali prosto po pracy, ja chętnie przygotowałam pizzę pomimo mojej rozlazłej choroby, do tego oczywiście ciacho. Na samym wejściu usłyszałam od męża koleżanki "widzisz nie musimy się o nic martwić bo tu jest co jeść". Trochę zbaraniałam, no ale zapowiadałam, aby przyjechali na jedzenie, więc puściłam słowa trochę pomiędzy uszy i odpowiedziałam, że przecież mówiłam aby nie jedli obiadu, na co usłyszałam "no ja jadłem ostatnio śniadanie więc zjem wszystko". No ok, przynajmniej nic nie zostanie. 

W między czasie mój M. robił drinki sobie i znajomym, ja jako, że za wódką nie przepadam to miałam możliwość odmówienia, z racji brania proszków ;)
Po jakiś 2 drinkach zaczęło się... zaczęłam pytać co tam ciekawego, co się zmieniło, no byliśmy ciekawi jak po ślubie, czy coś zmienili u siebie itd itp. 
Już podczas rozmowy mąż koleżanki nie mówił do niej po imieniu tylko określał mianem "ONA", nie żona, nie Karola ale ONA. Widać było, że nie za bardzo jej się to podoba i zwracała mu uwagę, jednak on dalej szedł w zaparte i "ona". W pewnym momencie chyba poziom kulminacji jej nerwów sięgnął zenitu i zaczęli do siebie mówić jak to "młode małżeństwo"...
"Ty lamusie"
"bo Ty bawić się nie umiesz i odpier***sz jakieś dziwne fochy"
"weź spierd***j"
"co Ci k**wa odpier***ło"
"jak spotkasz się z .... to Ci całkiem odpier***a, poje***o Ciebie z nim..."
"po co k**wa to mówisz, kogo to obchodzi"
oczywiście są to odzywki w ilości bardzo znikomej jaką usłyszeliśmy.

Nasza reakcja? Zamurowało nas, jedyne na co było nas stać to zrobienie głupkowatego uśmiechu i patrzenie na siebie, naprawdę nie wiedzieliśmy się jak mamy się zachować. Wydawało nam się, że po 9 latach związku i początku małżeństwa wygląda to inaczej. Zresztą sama trwałam w 7 letnim związku z czego 2 lata były małżeństwa i nigdy tak się nie odzywałam do męża przynajmniej nie przy znajomych. W obecnym związku nie licząc tego, że mówimy do siebie po imieniu to mamy do siebie szacunek, z tego co mogliśmy porównać to mamy baaaaaardzo duży szacunek do siebie. 

W ciągu całego spotkania okazało się, że owe małżeństwo jest (może będzie) fikcją. Nadal, ze sobą nie mieszkają. Widzą się tylko piątek - niedziela. Więc po co im było to małżeństwo? Sami jak jeszcze nie mieszkaliśmy razem to widzieliśmy się częściej niż oni. Wiem jak Karola wspominała, że rodzina ją męczyła, żeby przed 30-stką wyszła za mąż, no i to zrobiła, pytanie cy dla siebie i przyszłego męża czy dla rodziny? Zresztą zamieszkanie razem uczy nas całokształtu tego jak druga osoba się zachowuje, a chyba do końca sami się nie znają...

Okazało się, że Sławkowi po trochę większej ilości alkoholu puszczały hamulce, nie przejmował się zbytnio tym co mówi. 
"przechrzciliśmy łóżko rodziców, pamiętasz?" 
"byliśmy u świadka na ślubie, miał 2 razy więcej gości a zebrał tylko kilka tysi więcej"
"jak ja kocham swojego kumpla... z którym zaliczyłem najlepsze akcje (alkoholowe)"
"no teraz mamy tyle mieszkań do wyboru, i dwa na ... i u mojej babci, i działkę...." (Tutaj pragnę dodać, że pierwsze "dwa" to są domy, gdzie mieszkają rodzice koleżanki a drugi to dom gdzie mieszka babcia)
"a po co coś gotować jak mamy restauracje" 
"ojciec chciał wymacać tą w białym (ciotkę koleżanki)"

Ogółem odnieśliśmy wrażenie, że:
- mąż koleżanki to raczej nie należy to tych "świętych", do tego nadużywa alkoholu, zna w mieście (skąd jest mój M., jak również były mąż) prawie samych gangsterów,
- mąż Karoli- podobnie jak i mój - dzieli majątek rodziców koleżanki, czyli co może z tym wszystkim zrobić. Tylko ciekawe czy o tym wszystkim wiedzą rodzice ...
- podczas oglądania zdjęć był zachwycony wyłącznie sobą i tym jak wyglądał, nie powiedział nic z stylu "kochanie wyglądałaś pięknie"  
- cały czas dokuczał "jej", pomimo sprzeciwów, że nie chce aby tak robić to robił coś jeszcze bardziej i bardziej, aż w końcu na niego się darła
- cały czas przerywał jakąś dyskusję mówiąc o czymś zupełnie innym, nie na temat, a zwykle tylko z nim związanym.

Ten ton ich wypowiedzi, zachowanie wobec siebie i w ogóle całokształt nie wyglądało na to aby byli szczęśliwi - chociaż może tak lubią i są. Najbardziej jednak zmartwiło nas to jak się do siebie odzywają. Jej rodzice, całe życie szanowali się, byli grzeczni, no ideał małżeństwa, podobno jak kłócili się to tak aby nikt nie widział i nie słyszał, co miało zostać między nimi to zostawało. W przypadku ich córki jest zupełnie odwrotnie.Co prawda sama Karola nie zachowywała się jakoś dziwnie, pewnie jakby sama przyjechała to byśmy spokojnie posiedzieli, napili się po kieliszku wina, pośmiali i pogadali. Jednak w wypadku jak przyjechała z mężem wydawało się jakby dopiero co się spotkali a mieli siebie już dość. Dla nas samych był to wielki szok i nie wiedzieliśmy się jak się zachować we własnym domu. 

Przed samym ich wyjściem miałam już wizję, jak jej mąż robi mi totalny pierdzielnik w domu, z czego to mi się wzięło? Ze ściany którą "zaorał krzesłem", wylewaniem drinka na siebie, kanapę i podłogę, i rzucaniem się na ciasto, nie patrząc gdzie jego kawałki lądują...W końcu chyba i Karoli puściły nerwy, po tym jak się zachowuje jej mąż, bo zadzwoniła po taksówkę i zwinęli się do domu. 

Nie wiem do końca co o tym myśleć. Znam ją od urodzenia, wiem, że lubi dobrą zabawę i towarzystwo, ale chyba sama bez męża. Oczywiście zaprzeczała, że jest zła i że oni tak zawsze, ale czułam i widziałam, że oszukuje samą siebie. Mam nadzieję, że trochę obydwoje zmądrzeją i zaczną się szanować tak na poważnie. 

Zmiany - oczywiście na lepsze :)

W końcu się doczekałam! Nastąpiły w moim życiu zmiany, oczywiście na lepsze z mojego punktu widzenia i siedzenia. Ponad rok mojemu M. marudziłam, że sama mieszkam, że on nigdy się nie wprowadzi. 


W zeszłym tygodniu zaczęło mnie "coś brać", a raczej szarpać - znaczy się to był kaszel. Jak to pani doktor odpowiedziała na pytanie "co mi jest" - "No wirus, wirus". Zanim się jednak wybrałam do lekarza to dzień wcześniej najpierw poinformowałam M., że nie ma po co przyjeżdżać bo jestem chora - więc i tak nie pojedziemy, więc może zostać u siebie (rodziców). On jednak stwierdził, że jest już w drodze i nie chce mu się zawracać. Oczywiście zrobiło mi się miło, że chociaż te kilka godzin zaopiekuje się mną. Zrobiłam jakiś mini obiad. Przyjechał, zjedliśmy, po czym dostał telefon. Dzwonił kolega i umawiali się na rano. Tutaj, pomimo wyłączenia się większej ilości mózgu, zapaliła się jednak lampka. Zaczęłam wiec pytać:
- umawiałeś się na rano?
- no tak  z Łukaszem.
- z tym Łukaszem co byliśmy.... 
- no tak
- ale moment on nie mieszkał w ...
- no mieszkał, ojjj... bo przeprowadził się tutaj bliżej, będziemy razem jeździć
- ???
- no od dzisiaj mieszkam  z Tobą
- żartujesz czy nie?
- no nie bo on mieszka .... no i w ogóle wiedziałem o tym już z 3 miesiące temu, ale chciałem Tobie niespodziankę zrobić. 

Naprawdę się ucieszyłam. W końcu się doczekałam wspólnego leniuchowania i spędzania ze sobą każdej chwili. 
Z związku z tym wyciągnął mnie jeszcze na zakupy do IKEA - chciał sobie koniecznie kupić biurko. Wiedział, że ma kącik w sypialni ale sam musi go urządzić bo ja nie potrzebuję biurka tylko on sam. No i pół przytomna, ale nadal w euforii pojechałam. Kupiliśmy biurko, półki, w gratisie dostałam piękną orchideę, którą wybieraliśmy wspólnie (zdjęcie wyżej) :) 




Minęło półtora tygodnia, uczymy się po trochu jak żyć wspólnie każdego dnia - bo z doskoku to nie to samo. W domu praktycznie nie korzystam z komputera - to co nas obydwoje ucieszyło - koniec z komunikatorami. Jeszcze się nie pozabijaliśmy, wiemy, że w niektórych kwestiach musimy się dotrzeć, sama nie jestem przyzwyczajona, że codziennie ktoś jest w moim domu, to znaczy w naszym domu jesteśmy razem :) . Moja koleżanka z pracy na tą nowinę stwierdziła, że trzeba to opić,  no ale będziemy opijać bardziej jej przekręcenie się licznika z 2 na 3 :) 

Zaczyna się wszystko powoli układać. No może jakaś podwyżka w pracy by się przydała i było by w ogóle cacy :) 

p.s. żeby nie było, zdjęcie orchidei nie było w żadnym gramie przerabiane - takie ot surowe :)

wtorek, 14 października 2014

Michał

W moim wydziale pomimo trzydziestu osób siedzących w jednym pomieszczeniu, znajduje się w nich trzech rodzynków. Dwa Michały i Bolek. Jeden z Michałów siedzi naprzeciwko mnie, za tzw. "ścianką". Czemu o nim postanowiłam napisać? Jest tak specyficzny, tak dziwny i chamski że postanowiłam podzielić się tymi spostrzeżeniami. Pragę dodać, że chłopak jest w moim wieku, nawet te 2 miesiące starszy...

Każdy z nas wie co to jest pedant, czyli osoba która notorycznie utrzymuje chorobliwy porządek wokół siebie. Michał jest pedantem. Wszystko na biurku ma poukładane pod linijkę. Bożena która siedzi koło niego jest jak ogień i nie patrzy co jak i po co tylko słychać po niej świst powietrza. Michał ją ustawia - że weszła na jego część biurka, albo przesuwa jej rzeczy tak by było widać granicę łączenia się biurek. W samym biurku podobno ma tak samo wszystko poukładane. Nie można zmienić układu, że np temperówka będzie leżała 1 cm dalej niż powinna, czy podając koleżance miętusy i owinęła je 3 razy gumką to zwrócił uwagę że powinno być tylko dwa bo coś tam... Nigdy z taką osobą nie miałam do czynienia, ale jest to strasznie męczące. 

Kolega jest również leniwy. Ale nie chodzi o leniwość taką, że położy się na łóżku i poleży. On wymiguje się od każdej pracy gdzie trzeba użyć mózgu (faceci go oszczędzają?). Pracuje tyle samo co ja i wiele rzeczy nadal zwala na swoją koleżankę bo twierdzi "ja tego nie umiem, Ty szybciej zrobisz i lepiej niż ja". Zwykle jak mi ktoś przekazywał informacje to słuchałam i nawet podpytywałam aby nauczyć się jak najwięcej ale nie Michał. 

Chamstwo - oj tego czego nie lubię, jak chyba większość. U Michała jest to cecha chyba wrodzona. Nie ma umiaru. Nie wie kiedy ugryźć się w język, mówi co mu ślina na język przyniesie nie myśląc przy tym (znów nie używa mózgu - może go nie ma?). Jakieś przykłady? Ostatnio zaczęłam na to zwracać bardziej uwagę. Przy dyskusji na temat przedszkoli przy firmach - gdzie wszyscy opowiedzieliśmy się, że to byłby naprawdę krok w kierunku polityki pro-rodzinnej, ów kolega wyleciał z tekstem "to wy do przedszkoli chodziliście?" No my chórem - no a jak inaczej miało być, i co w tym złego, sama dodałam, że nawet przytrafiło mi się chodzić do żłobka i nie czuję się jakoś gorsza... a co w odpowiedzi usłyszałam? "to Ciebie rodzice nie kochali jak chodziłaś do żłobka"  No, żesz.... jak można powiedzieć coś takiego? To, że cała rodzina pracowała to źle? Jakoś naprawdę na umysł mi nie padło przez to że z rok chodziłam do żłobka. No ale wczoraj wystartował z lepszym tekstem. Jako, że nasza sunia miała operację, koleżanka z pracy wypytała co i jak. To mówię że w miarę ok, nie ma skutków ubocznych, kontrola za kilka dni, no ale koszt operacji dość spory prawie 1200 zł. Co kolega odpowiedział? "Nie taniej było kupić nowego psa?". Oczywiście ton jego wypowiedzi - śmiejąc się nie zmienia faktu, że jest to chamstwo w czystej postaci. 

Karierowicz - czemu karierowicz? Jest niby raperem. Niby słynnym. Jakoś nigdy nie słyszałam o nim. Tak też zachowuje się w pracy. Myśli chyba, że wszyscy go znają z estrady. Mierzy sobie wysoko - już by chciałby być prezesem najlepiej. Chyba zadatki na niego ma - to lenistwo i najchętniej zarządzanie wszystkimi. W pracy odkąd patrzą na nasze "słupki" to też wybiera sobie pracę. Bierze tylko to co daje najwięcej punktów a te rzeczy co nie dają ich wcale albo dają bardzo mało to stara się podrzucić komuś innemu. Jego "partnerka" ponad tydzień na zwolnieniu. Koleżanka obok miała mu pomagać. No i dawał jej to czego albo nie umiał, albo to co daje mało punktów. Tylko czasem duży słupek nic nie pomoże jeśli wiedzy jest totalna pustka. 

Imprezowicz - wiecznie by bawił się. Ostatnio wsłuchując się w to co mówi wywnioskowałam, że użytki dla niego to nie nowość. Ba! stosuje je nawet często. W pracy tylko chce się "integrować" na piwie, tylko nie rozumie tego, że wiele osób ma rodziny, dzieci, czy jakieś inne sprawy czy plany i na pstryknięcie palcami nie pójdą na piwo. Nie raz się nasłuchaliśmy na jakiej to nie był imprezie. Pamiętam nawet jak na wiosnę nie było go z tydzień czy dłużej, jak się później okazało, jacyś ludzie od tak go pobili. Jak to twierdził - nie chcieli nic, ani pieniędzy, ani telefonu, tylko tak sobie pobić. Hm... z tego co pamiętam to nawet na wpi***ol trzeba sobie zasłużyć. 

To jest tylko kilka sytuacji przytoczonych jakie pamiętam i jakie nasłuchałam. W większości staram się aby moje uszy unikały jego słów, zdań bo nic do życia ciekawego nie wnoszą. 

Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że koleżanka z którą się zaprzyjaźniłam, coraz częściej trzyma jego stronę i twierdzi, że się czepiam, że jestem jak babcia i nic mnie nie śmieszy. Przestaje się ozywać. Szkoda tylko, że nawet jej mama nie śmiała się z tekstu o nowym psie, powiedziała jej prosto "A jak y ta sprawa dotyczyła naszego psa to też byś się tak śmiała" , jej mina zrzedła i odpowiedziała "no nie". 

niedziela, 12 października 2014

Dłonie - piękno kobiety.

Jak wiadomo, dłonie to wizytówka każdej kobiety. Powinny być one zadbane, miękkie i w ogóle och i ach. 

Wspominałam chyba już, że stylizacja paznokci jest jedną z moich pasji. Długi czas miałam paznokcie żelowe. Zdobione nie tylko French-ami ale i hologramami, cyrkoniami, czy kwiatkami akrylowymi. Był nawet czas, że chciałam zacząć nauczyć się robić akrylowe ale jakoś się na to nie złożyło. Oczywiście jak to ja - na żadnym kursie nie byłam, samouk po raz kolejny. Ponad rok temu zdjęłam paznokcie z prostego powodu - skończył mi się żel i jakoś nie miałam okazji go zakupić ;)
Wykańczanie mieszkania, ciągłe wyprawy - brakowało czasu na nie dość że zakup, to i na ich zrobienie ale też środków pieniężnych na sfinalizowanie zakupu - żel jakiego używam należy raczej tych z wyższej półki. 

W ostatnim tygodniu postanowiłam powrócić do swojej pasji, z małą różnicą - robiąc sobie paznokcie akrylowe. Po ponad roku przerwy wyszłam trochę z wprawy. Dopiero przy drugiej ręce wprawa powoli powracała, ale to nie to samo co kiedyś. Wyszły trochę nieudolnie. Miały byś skromne. Pomimo, że są dość krótkie to ciężko mi się przyzwyczaić. 

Tutaj postanowiłam też zrobić mały test pierścieni pośrednich które współpracują tylko z moim jednym obiektywem. Chyba jak będą przymrozki będę musiała się z tym kompletem wybrać w plener na zdjęcia mrozu :) Oczywiście muszę jeszcze potrenować. 


Proszę nie bić za zakrwawioną skórkę - wycięłam za dużo i miałam problem z zatamowaniem krwotoku. 


W miniony piątek ukochana Zuzanna rodziców miała operację o której wcześniej wspominałam. Na razie jest wszystko dobrze. Została przecięta po całej długości, od przednich łap do tylnych. Przez prawie dwa dni nic nie jadła. Nie chciała się kłaść bo wszystko ją bolało. Nie dała się dotykać. Tak nam szkoda jej było. Wczoraj był przełom i w końcu coś zjadła i dała się wziąć na kolana, więc są postępy. Jakoś we wtorek jedziemy na kontrolę a za tydzień zdjęcie szwów. 

U weterynarza mama dostała wybór czy chce wiedzieć czy zmiany guzków są w 100% nowotworowe i jeśli tak to jakie. Oczywiście zgodziła się na wysłanie próbek do badania. Miała wybór Polska (120zł) oraz Niemcy (180zł). Różnica spora, ale i spora w otrzymaniu wyniku bo w Polsce piszą "rak" i nic więcej, w Niemczech może i dłużej trwa ale piszą dokładnie co i jak. Nie muszę pisać którą wersję rodzice wybrali. Naprawdę szkoda nam tego maleństwa. 



p.s. mam ochotę iść na zdjęcia porobić jakieś portrety ale osób chętnych brak i pogoda zaczyna przypominać iście jesienną.

wtorek, 7 października 2014

Zawirowany jest ten październik

Miało być spokojniej, miałam nadrobić zaległości. Tymczasem nie mam czasu przeczytać nawet postów. 

Ni z gruszki ni z pietruszki wyskoczył nam wyjazd do rodziny. Oczywiście nie byliśmy w stanie odmówić aby nie pojechać do Ciechanowa. Mój M przekonał się, że jest to rodzina bardzo gościnna, wesoła i spotykająca się zawsze w komplecie. Poza tym nie widzimy się na co dzień tylko maksymalnie kilka razy w roku. Tak czy inaczej. Chętnie się wybraliśmy. 


W rodzinie są dwa maluchy. Jeden - Maciek - syn "wujka i cioci". Ma chłopak 5 lat i już wiem, że będzie w przyszłości przystojny. Starali się o niego 7 lat, aż w końcu jak zrezygnowali okazało się, że Beata jest w ciąży. Chłopak bardzo ułożony. Grzeczny. Na każde wymienienie jego imienia zwraca uwagę. Chodzi do przedszkola integracyjnego i widać tego skutki. Jest bardzo opiekuńczy. Podobno rozumie, że inne dzieci zachowują się inaczej bo są po prostu chore. 



Drugi to - Konrad - syn siostry ciotecznej Anety i Mirka. 2 latek. Istny diabeł wcielony. Nawet nie tyle rozrabia, że nie nadążają za nim ale to darcie się, rzucanie zabawkami, a nawet próby bicia brata nie wskazują na to aby był aniołkiem. Jednak siostra nie za bardzo się nim zajmuje, w ogóle nie widać aby była jego matką. Tak dziwnie. Jeszcze Mirek jakoś ratuje sytuację i opiekuje się nim. Oczywiście zaczął się temat - kiedy ja. Aneta nawet stwierdziła, że powinnam wziąć ich Kondzia na kolana bo podobno skutkuje ciążą. Ale po tym jak widziałam jak się zachowuje to odmówiłam, wolałabym jednak mieć spokojniejsze dziecko ;) 


Po sporym obiedzie wybraliśmy się całą rodziną na małą wycieczkę do zamku książąt mazowieckich. W sumie mieliśmy jechać wcześniej ale oczywiście mój M tak się grzebał, że się nie wygrzebał i nie wyrobiliśmy się. Dobrze, że chociaż do ciotki się nie spóźniliśmy. Ale w sumie z dwojga złego na dobre nam to wyszło. Zdążyliśmy pół godziny przed zamknięciem zamku. Na basztę już nie weszliśmy. Jednak połowa zamku jest cały czas w remoncie. Więc w większości były rusztowania. Dobrze, że na zewnątrz był już odnowiony.


Zdjęć rodzinnych oczywiście nie brakło :)




Po zamku przeszliśmy się na również odnowiony - Rynek.


Nie wiem czemu te wizyty w gronie rodzinnym tak szybko mijają i zaraz trzeba się zbierać do domu. 


Nie zdążyłam dokładnie wrócić myślami do Warszawy gdzie okazało się, że sunia mojej mamy - Zuzia - musi mieć pilnie operację. Miała jakieś niewielkie guzki przy sutkach. Okazało się, że są to niestety zmiany nowotworowe. Ponadto lekarz pytał rodziców kiedy byłą sterylizowana. Na co moi rodzice - oczy jak 5 zł, bo przecież nie była sterylizowana. Okazało się, ze ma pełno cyst wokół macicy wypełnionych wodą. Ogólnie - bardzo zaburzoną ma gospodarkę hormonalną. Z tego wszystkiego w piątek będzie miała operację - wycięcie wszystkiego czego być nie powinno. Samej cudem udało mi się wolne wziąć w pracy bo mam zamknięcie miesiąca a jestem sama. Ale wiem, że Zuzia jest dla rodziców wszystkim. Mam nadzieję że będzie dobrze. 


Oczywiście to nie koniec "niespodzianek". Dostałam wezwanie z urzędu celnego :/ Czego chcą? Obfotografowania całego mojego samochodu w związku z tym, że było to nabycie "wewnątrzwspólnotowe". Jest tylko jedno małe ale. Ja go we Francji sama nie kupiłam tylko handlarz, ale o tym nie wspomnieli, a ja nie nabywając za granicą nie mam obowiązku dawania im czegoś. Co innego jakby wspomnieli o tym człowieku a tam ani słowa. A sprawa tyczy się czy zakwalifikować go jako ciężarowy czy osobowy... Paranoja... No ale zadzwonić zadzwonię bo mam tydzień na to... Z drugiej strony - ciekawe czy jak im prześle zdjęcia w RAV-ach to je otworzą? :D (rav-y to oczywiście oryginalne zdjęcie z aparatu, którego nie da się podrobić, ale też większość programów ich nie obsługuje:) )

Jednym słowem zamieszanie jak to zwykle u mnie bywa. Sama nie wiem jak to się wyplątać z zaległości. Oczywiście nie wspomniałam - nie czytam postów, gdyż w pracy jestem sama. Koleżanka wzięła 2,5 tyg urlopu i nie mam zbytnio czasu kiedy odpalać neta. Za tydzień już wraca więc może jakoś się unormuje. 

P.s. Dziewczyno z tatuażem - prosiłaś o jakieś wskazówki co do zdjęć miejsc, ale sama nie wiem jak to zrobić. Sama staram uwiecznić się to co najważniejsze i najciekawsze. Może jest to w większości spowodowane, że jestem wzrokowcem i za bardzo nie myślę jak robię zdjęcia :) Wszystko wychodzi w praniu, więc najlepiej jak zdjęcia pokażesz swoją duszą i sercem do fotografii :)

p.s.2. Ukazałam Wam kawałek mojej rodziny, bo jednak rodzina jest najważniejsza :)

poniedziałek, 29 września 2014

Ślub, wesele i powrót do domu o normalnej porze.

Już wcześniej wspominałam, że wybieram się na ślub koleżanki którą znam od pieluchy. Jak wiadomo - panieński udał się dość średnio. No ale przeżyłam. Przyszedł czas na ślub z weselem. Oczywiście jak to u mnie w rodzinie bywa - ojciec wyszykował się tak, że ledwo co wyrobiliśmy się do kościoła! Ale oczywiście on zawsze ma czas. 


Ślubu w kościele chyba nie trzeba komentować bo wszędzie zwykle bywa taki sam. No może poza małym faktem gdy Sławek miał głosik chłopca 5-letniego a Karolina zaczęła płakać przy przysiędze. Po wyjściu z kościoła, żadnych kwiatków, grosików, ryżu i innych bajerów. Od razu przeszli pod ścianę i przygotowali się na życzenia. Gości dużo nie było. Zauważyliśmy, że większość odchodziła od kwiatów i dawała alkohol. W sumie sama wiem po sobie, że później z wielką ilością kwiatów nie ma co robić i się rozdaje po kolei ludziom. 



Młodzi jechali do ślubu i na salę Warszawą. Co prawda, żaden tam zabytkowy samochód, ale ładnie zadbany. Niestety, świadek już się do środka nie zmieścił i musiał jechać autokarem :D Ale prawda była taka, że wiele osób nim jechało, bo zarówno z jednej jak i z drugiej strony bardzo dużo ludzi jest nie jeżdżących... 

Sala Daleko nie była. Ojciec oczywiście żeby za nimi jechać, jednak ja jako osoba robiąca sporą ilość zdjęć i wyglądająca głównie w ten sposób:


chciałam być wcześniej aby wszystko zarejestrować. Sala na uboczu samej Warszawy. nie słychać żadnej ulicy, wokół pola i kanałek :P Cel oczywiście został zamierzony i goście złapani jak zaczęli się zjeżdżać.  

No i wszystko zapowiadało się w miarę dobrze. Chyba wszystko przez te moje przeczucia które miałam kilka dni wcześniej - że będzie lipa i szybko się zwiniemy.


Już po chlebie i wodzie z wódką nastąpił moment, jak to Pan Młody (chociaż już nie taki młody) przenosi Pannę Młodą (też już nie taką młodą) przez próg. No co jak co ale tradycja to tradycja. A tu zonk!. Obydwoje przeskoczyli próg, co wiele osób naprawdę zdziwiło. No dobra ale to był każdy w stanie jakoś jeszcze zaakceptować, bo obydwoje do lekkich nie należą i może nie chcieli jakiejś wtopy. 

Na sali przygrywał DJ. Zapowiadało się naprawdę dobrze... zapowiadało. Okazało się, że niestety grał muzykę do trzepania dywanu, nie szło wyłapać rytmu, i do tego grał wyłącznie disco polo ale nie takie przeboje jak kiedyś, takie jakieś niszowe "przeboje". Naprawdę na parkiecie bawiło się niewiele osób. Chyba najwięcej było na samym początku jak to każdy był spragniony tej zabawy. Tym samym nie miałam zbytnio momentów aby uwiecznić zabawę za równo gości i młodych. Chociaż Ci ostatni to raczej się nie bawili..


Nam samym udało się zatańczyć 3 razy do w miarę znośnej muzyki. Problem bywa w tym, że mój M. nie trawi w ogóle disco polo i rytmu trzepaka, więc ta ilość była i tak zaskakująca. Nie wiem czemu, w momencie jak my zaczęliśmy tańczyć to zaczęła fotograf nam robić zdjęcia... Jedynym, no może dwoma logicznymi argumentami były:
- tańczyliśmy trochę inaczej jak wszyscy - w końcu ukończyliśmy pierwszy - podstawowy kurs Disco Samby, a zamierzamy iść dalej i dalej. 
- moja spódnica w tańcu naprawdę sprawdziła moje najśmielsze oczekiwania. Wszystko udało się uszyć jak tylko mogłam wymarzyć :) 


Poniżej zdjęcia tańca w "wujkiem", który stwierdził, że dobrze tańczę i że może pozwoli sobie na więcej i mnie.... podrzuci... - zrezygnowałam  :P 
 


Zabaw, które zwykle wyciągają ludzi zza stołu praktycznie nie było. Jedyne co było to "pociąg" ze stacjami. Wiedziałam czym to może skutkować, bo na własnym weselichu DJ zatoczył takich stacji co najmniej dziesięć. Więc chętnie poszliśmy. Niestety... Skończyło się na.... 2, słownie: dwóch. Rozczarowanie gości - powinnam je uwiecznić na zdjęciu. Więcej zabaw nie było. Jedyną "rozrywką" jaka była to tak zwana Fotobudka - fajna sprawa - gość przywozi coś jak budka na dworcu robiąca serię zdjęć i do tego jest dużo akcesoriów. Chyba dzięki temu minęło nam trochę czasu. 

Niestety więcej zdjęć nie wrzucę bo mój M by mnie chyba zabił ;) Ale musicie uwierzyć na słowo - wyszły genialne. Oczywiście nie tylko te z budki, ale i te z których sobie jajcowaliśmy z moimi rodzicami :)

Dotrwaliśmy do tortu... Jak tort to i podziękowania dla rodziców i oczepiny, tak w teorii oczywiście. Tortu niestety nie jadłam. Był czekoladowy z pijaną, bardzo pijaną wiśnią, a że jako byłam kierowcą to dużo go nie skosztowałam. 


A co z oczepinami i podziękowaniem dla rodziców? Podziękowanie dla rodziców było takie z lekka na odwal się. Dali prezent pocałowali się i nara. Oczepiny? Było rzucanie welonem i krawatem. Ponad to było latanie wokół krzesełek, których zwykle było o jedno mniej niż uczestników i zdobywanie np. papieru toaletowego aby zaliczyć zadanie. No i trzecią zabawą był "test" na znajomość młodych ale z dość mało przyzwoitymi pytaniami, np. "kto zwykle jest na górze", takie pytanie było dobre na panieński, gdzie były znajome, a już cała rodzina nie koniecznie musi znać takie szczegóły. 

I praktycznie na tym się wszystko zakończyło. Moje przeczucia sprawdziły się (bycie czarownicą bywa czasem przydatne).Wróciliśmy do domu o 1:30. Zabawa była z lekka nijaka. Wszystko zrobione na zasadzie "weźmiemy ten, ślub ale dajcie nam święty spokój". Chociaż wiem też, że dużo ciała dał DJ, który jak się dowiedziałam, zawiódł też i samych młodych bo był podobno "sprawdzony". 

Na zakończenie dodam tylko, że młodym tak łatwo zdjęć nie damy. Zamierzamy zrobić im na pamiątkę mały fotoalbum, głównie ze zdjęć jakie sama zrobiłam. Oczywiście nie ze wszystkich, Wszystkie jakie są dopuszczalne dla ludzkich oczu dostaną na pen-drive. Taki ot od nas dodatkowy prezent.

p.s. Wesele było pierwszą okazją gdzie mogłam przetestować nowo zakupioną lampę do aparatu która stanowiła równowartość czynszu za mieszkanie ! ;)