czwartek, 29 sierpnia 2013

Kupię prawo jazdy...

Jeżdżę do pracy samochodem. Z jednej strony trochę z wygody. Ekonomicznie to średnio wychodzi - bilet na autobus niby "tylko" 100 zł ale... nie jeździ 25 czy 30 min ale (wg rozkładu) ok 50-60 min, o korkach nie wspominając. Do tego w samochodzie zawsze mogę zajechać na jakieś zakupy, do koleżanki czy coś załatwić, z autobusem już tak łatwo nie jest. I chyba najważniejsze to to, że niestety ale mój organizm nie lubi autobusów - zaraz robi mi się słabo, uderzenie gorąca i zimny pot zarazem i prawie padam... Tak więc ze względów bardziej zdrowotnych wolę jeździć samochodem... 

Ale wracając do tematu... Prawko mam prawie 9 lat. Trochę się już najeździłam. Może jakoś super ekstra nie jeżdżę, ale wypadku nie miałam nigdy, policja zatrzymała mnie 1 raz (!) i to miesiąc temu jak jechałam z mamą i babcią na cmentarz... tzw. "rutynowa kontrola". Mandatu też nigdy nie otrzymałam. Więc chyba źle ze mną nie jest. Staram się myśleć za innych kierowców i przewidywać ich nieprzewidziane reakcje. No ale ostatnio przewidywanie reakcji kierowców jest wręcz nie możliwe. 

Mój facet nauczył mnie spokojniejszej jazdy. Zwykle miewałam ciężkawą nogę. Obecnie staram się jeździć przepisowo. Ale jak trzeba przycisnąć gazu to nie zapomniałam jak to się robi :) 

Z pracy wracam właśnie "przepisowo". Nigdzie mi się nie śpieszy. Czy przyjadę 5 min wcześniej czy później nie robi żadnej różnicy. Za to wielu kierowcom robi... Zwykle to aby być wcześniej. 
Nie da się ukryć że mieszkam w Stolicy i rejestracje jeżdżące po Wawce to 1/4 albo i 1/5 rejestracji Warszawskich i okolic a reszta to cała Polska. W większości przypadków jest tak, że niestety te "obce" rejestracje po stołecznych ulicach raczej nie umieją jeździć. To widać ...

Dziś wracając z pracy było kilka przypadków gdzie zastanawiam się czy oni na bank zrobili prawko czy zapłacili za nie aby je posiadać... 

Standard samochody typu bmw, audi, vw golfy.... młode cwaniaki. Prawy, lewy, zaraz znów prawy i oby szybciej. Do tego rzadkością jest używanie kierunków a jak już to jedno mignięcie i to chyba powinno wystarczyć... Ostatnio z rana takiego młodziaka zatrzymała policja (chyba jej nie widział). A jego mina i pozycja wyglądały dość charakterystycznie :) 


Inne sytuacje zwykle jak stoję w jakimś korku np. pas do skrętu w prawo, czy wjazd na wiadukt... też już standard, że znajdzie się mądry co się będzie wciskał na siłę. Mi w sumie szkoda samochodu żeby mi ktoś go przytarł. Ale z drugiej strony- przytrze i to będzie jego wina... a mi powoli wychodzi korozja... może nie ma co ich puszczać - w sumie i tak ich nie wpuszczam. 

Wracając do domu i zjeżdżając z mostu - są dwa pasy do skrętu w lewo. Są światła - wydaje się bezpiecznie. Zwykle jeżdżę lewym pasem bo wiem, że później on skręca w kierunku jakim i ja jadę. No ale najpierw trzeba skręcić w owe lewo z mostu... Nie wiem czy ludzie mają klapki na oczach, czy linie są mało widoczne. Codziennie ile razy bym nie jechała to Ci z prawego zawsze zjadą na lewy pas gdzie w tym momencie aby nie być obtartym trzeba przyhamować. Klakson używany jest u mnie w tym wypadku dość często w szczególności, że spokojnie można zrobić trochę większy łuk aby nikogo nie zahaczyć... ale po co... 

Dziś coś mnie tknęło... Migała babeczka, że chce zjechać... Wpuściłam ją. Zaczął się korek. A ona... Nie zauważyła, że samochody stoją. Nie mam pojęcia jak można tego nie zauważyć. Słońca oślepiającego nie było. No ale cóż. Przywaliła dość nieźle w stojące przed nią volvo... Do tego stopnia, że odpadł zderzak. 
To jest jedna z sytuacji gdzie się nie przewidzi czy ktoś mało rozgarnięty nie przywali we mnie. Nie wiem czego się po ludziach spodziewać, teoretycznie ci co jeżdżą mało prawidłowo czy się zagapią to naruszają podstawowe przepisy, których każdy kto chodził na kurs i zdawał egzamin to powinien znać. Ale z tego co widzę to dużo ludzi tego nie zna. Ba! jeszcze mają np do mnie pretensje, że ich np nie chcę wpuścić. Myślenie takich ludzi zwykle wygląda tak: "ja jadę, chcę skręcić to masz mnie wpuścić"...  no ale ja nic nie muszę... po czym prawie zostaje wyzywana... Trochę przepisy znam i wiem na co mogę sobie pozwolić... 

 Cóż... jazda po "wawce" nie należy do prostych... 

środa, 21 sierpnia 2013

"(...) jutro będzie słonecznie (...)"

No takie słowa pogody zawsze nastrajają człowieka pozytywnie. Żeby nie było - pogodę oglądam rano, przed samym wyjściem do pracy - chyba według mnie jest najbardziej realna. No i co dziś mówili? 

"Rano mogą wystąpić opady deszczu, które po południu przeniosą się w kierunku wschodnim. Po południu powinno wyjść słońce. Temperatura w ciągu dnia ok 23 stopni C".

 Tak więc takim sposobem - ubrałam się dość lekko. Lekka spódnica, bluzka z krótkim rękawem no i lekki sweter - jak by to inaczej w lato. Ale przed wyjściem - wyglądam przez okno - pada jakby jakiś mały deszczyk, no ale zapowiadali słońce. Więc japonki na stopy i parasol w rękę.
Droga do pracy jak to zwykle bywa w deszcz - jak wjechałam dalej w miasto to coraz to bardziej padało... - zrobiły się korki, ludzie jeździć w deszcz nie umieją... Oczywiście, wręcz standardowo - wypadek. W strategicznym "rozgałęzieniu" drogi... Na szczęście nie spóźniłam się do pracy - jechałam tylko 2 razy dłużej. 

No i jest południe... powoli przestaje padać. Trochę cieplej. Jest szansa. No ale wychodzimy dotlenić się w pracy przed 15 a tu zaczyna padać i robi się zimniej. 
Wychodząc z pracy godzinę później termometr w samochodzie wskazywał 16 stopni... W związku, że jechałam do lubego, to w kierunku jazdy do niego deszcz się nie oddalał - wręcz nasilał... 

Wróciłam do domu. Leje deszcz, bo nawet już nie pada... Nie wiem skąd oni biorą te prognozy pogody... może wróżą z kałuż, czytają z kamieni czy inne cuda wianki. 23 stopni nie widziałam ani nie czułam. Za to czułam zimno. Nogi sobie w kałużach ubrudziłam (na mycie nóg to musiałaby padać kranówka a asfalt musiałby być czysty jak stół operacyjny). No i na domiar złego jest mi zimno i zaczyna mnie pobolewać gardło.... 
Dziękuję synoptycy, meteorolodzy i inne pogodynki.... 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Czas płynie jak rzeka

Nie wiem w którym momencie minęło tyle czasu od ostatniego posta. Nie wiem czemu nic nie pisałam, może przez to że dość dobrze miałam "zorganizowany" czas, lecz nie zawsze po mojej myśli był on organizowany. 

Pierwsze co było to ślub brata. Cywilny. Bez wesela. Bez obiadu. Tylko lampka szampana i kawałek tortu. Może i jest to jakieś wyjście, ale chyba nie w wypadku jak się zaprasza z 30 osób... Jak dla mnie to chociaż ten obiad powinien być. No ale cóż... chcieli jak chcieli i zrobili jak zrobili... Jedyne co to ładnie wyszli. Ale dopiero na koniec. Młoda była cały ślub bardzo zdenerwowana, mało się uśmiechała - szkoda bo by było dużo pięknych zdjęć, a tak to tylko jest ich garsteczka. Ale oby im się dobrze żyło... 

foto: Mał(a)gosia
p.s. szkoda, że ja nie mam takiego zdjęcia....

Kolejną dość ważną rzeczy jest to iż dokonaliśmy niemożliwego. W sumie sama siebie podziwiam bo w większości to moja zasługa. Udało nam się (prawie) skończyć pokój w niecały tydzień. Może, jakby zsumować godziny spędzone w mieszkaniu to by wyszły z 4 dni. Sami siebie podziwialiśmy. W sumie zagipsowaliśmy cały pokój, dotarliśmy go, pomalowaliśmy oraz ułożyliśmy podłogę. Praktycznie brakuje teraz listew przy panelach i wyposażenia, które faktycznie stoi gdzieś w przedpokoju w pudłach. 
Ściany mają kolor "kwiat magnolii" oraz "bukiet róż". Co prawda - spodziewałam się tej magnolii trochę mniej różowej. No ale jak nam nie przypasi do końca to po prostu ją przemalujemy na coś jaśniejszego. 




Co prawda to jeszcze zostało nam sporo do zrobienia - niestety... Brakuje przede wszystkim złożonej kuchni oraz sprzętu agd. no ale już zawsze bliżej niż dalej. W miniony piątek nawet już zakupiliśmy drzwi :) wyboru dużego nie mieliśmy, gdyż jak to by było inaczej - sami je będziemy montować. Wyszło dużo taniej niż z montażem. W sumie dowiedzieliśmy się ile tak naprawdę kosztuje montaż... 
źródło i kupno: Castorama 

A tak faktycznie mieszkanie opóźni nam się przez to iż mój samochód odmówił na tyle posłuszeństwa, że przestał jeździć. Padło sprzęgło. Dość poważna usterka. W sumie nigdy nikt mi nie powiedział co i jak. I w sobotę zobaczyłam pierwszy raz jak wygląda owe sprzęgło...



Nawet na mój rzut okiem coś było tu nie tak. Owy "drut" widoczny na drugim zdjęciu powinien być zwinięty i znajdować się w gumie. Poza tym było wszystko przepalone. Co do ostatniego zdjęcia to się okazało że tarcza jest totalnie zjechana i wyląduje w regeneracji bo powinna być z 2-3 razy grubsza (!). No nic. Po prostu zmywarka będzie musiała poczekać. Teraz jest remont samochodu. Za pewne nie wcześniej jak w najbliższą sobotę dopiero będzie zrobiony. No ale tego nie da się przeskoczyć. Owszem mogłam oddać samochód do mechanika a nie do mojego lubego na działkę gdzie sam będzie z ojcem to robił... ale.... Mechanik by wziął kupę kasy a ja niestety się zaczynam liczyć z każdym groszem. Poza tym mój facet - jak zauważyłam również sama - lubi się bawić w mechanikę samochodową więc jest dobrze :) 
Co ciekawsze - kilka dni wcześniej padł samochód moim rodzicom... tak więc pozostaliśmy teoretycznie bez środka transportu, ale praktycznie -mój facet użyczył mi swojego na tydzień :)

Mam nadzieję, że więcej przygód nie będziemy mieć w najbliższym czasie. No i w końcu się wprowadzimy do Naszego (mojego) M2 :)

poniedziałek, 29 lipca 2013

Jak mróweczka w mrowisku

Nie wiem czy wspominałam - zmieniłam pracę. Odeszłam z poprzedniej. Chyba dobrze zrobiłam. Tak mi się przynajmniej jak na razie wydaje. Minął tydzień jak już nie jestem z poprzednią ekipą i chyba się w tym utwierdzam coraz bardziej. Pracy mają coraz więcej. Fakt, że przyjęli dziewczynę na moje miejsce, dobrze, że "głównej" się to udało, bo by została sama. No ale dziewczyna musi się nauczyć co nie co, wiem, że jej to zajmie trochę czasu, jak nie więcej niż trochę.
Odchodząc zaproponowałam, że mogę przyjeżdżać do nich na zlecenie - po pracy - i pomagać im wprowadzać dane, bo wiem jakie to jest skomplikowane i ile pozostawiłam roboty niezrobionej. Oczywiście nie było winą naszą, że są duże zaległości lecz tego, iż potrzeba była wprowadzić najpierw najstarsze dokumenty z 2012 roku. Na początku był optymizm, że "oczywiście", "porozmawiamy jak będziesz już pracowała to ustalimy co i jak". A jak wyszło w praniu? "Niestety Gosiu, na razie nie możemy Ciebie przyjąć, jak coś to się odezwiemy" - przyczyną tego wszystkiego jest tylko i wyłącznie kasa, a raczej jej brak. No cóż. Ja nie zarobię. Oni nie będą jak zwykle na bieżąco tylko standardowo będą wielkie zaległości.

Na pożegnanie ekipy z którą współpracowałam, przyniosłam trochę słodyczy. W zamian dostałam książkę. W sumie się nie spodziewałam żadnego prezentu. Ale miło mi się zrobiło :) Książkę wiem, że wybierała Olcia. Chyba osoba z którą jako jedyną będę miała dość dobry kontakt, może dlatego, że często rozmawiałyśmy sobie nie tylko o pracy ale o wszystkim, o życiu, o problemach.

Mam nadzieję, że w końcu jak skończę mieszkanie wykańczać to wezmę się za tą lekturę :)

Co do nowej pracy. Pracuję już tydzień. Wszystko jest jedną wielką niewiadomą. Jest to jakby korporacja. Zatrudnia baardzo dużo ludzi. Ma kilka spółek-córek. Obecnie poznałam osoby co tak jak i ja zostały przyjęte i same nie wiedzą czego się spodziewać. Ale w sumie są sami mili i młodzi ludzie. Siedzieć będziemy porozrzucani po całym piętrze po kilka osób w open-space-ach. Chyba mi się podoba takie "Mrowisko". Jakby nie patrząc to nowe doświadczenie dla mnie jest. Mam nadzieję, że będzie dobrze i w końcu znajdę pracę która odpowiada mi pod każdym względem. Za pewne jak się dowiem coś więcej to będę pisać. A na razie "moje mrowisko" przedstawia się następująco :)


niedziela, 21 lipca 2013

Samotny obiad

Kryzys jaki ostatnio przeżywała chyba mija, tak mi się przynajmniej wydaje. Bynajmniej na stan obecny wszystko sobie powiedzieliśmy i jest ok. No ale sielanki było niecałe pół dnia. Wyjechał dziś na szkolenie. Moi rodzice pojechali na urlop - 2 tygodnie. Zostałam sama. Nie lubię przesiadywać sama w domu, ale nic na to nie poradzę. Stwierdziłam, że nie będę się zapychać na obiad byle czym. Tym samym obiad jaki wyczarowałam wyglądał ot tak

Jego ugotowanie zajęło mi ok 30 min. Więc można zaliczyć go do szybkich. Podstawą był makaron - ale ciemny (podobno zdrowszy), no i na makaron poszedł sos - czyli
- pół kalafiora
- 4 pieczarki
- 2 pomidory
- odrobina salami
- ząbek czosnku
- zioła prowansalskie
- łyżka mascarpone
- olej (ewentualnie oliwa - której nie posiadałam)

Oczywiście kalafior ugotowany w osolonej wodzie- ale już w małych kawałeczkach (szybciej się gotuje :)).
Następnie do garnka wlałam odrobinę oleju, następnie wrzuciłam pokrojone pieczarki, chwilkę poddusiłam, dodałam posiekany czosnek (wolę go posiekać nożem niż wyciskać przez praskę i tracić cały jego smak i aromat), następnie pokrojone w kostkę pomidory. ok 5 min się dusiło - dodałam łyżkę mascarpone i zioła prowansalskie, a na koniec trochę pokrojonego salami. Później wszystko fru na talerz i póki ciepłe należy zetrzeć odrobinę sera żółtego :)

Szybkie, smaczne i pożywne :)

P.S. Jutro idę do nowej pracy. Pierwszy dzień, nowi ludzie, dużo nowych ludzi, trochę chyba mam stresu, bo nie wiem co mnie czeka. Ale wszystko okaże się jutro :)

środa, 17 lipca 2013

Czy to jest miłość?

Ostatnio w moim związku jest kryzys. Nie mały, raczej taki większy. Nie wiem skąd to się wzięło. Mam wrażenie, że mój wybranek coś się zmienił, ale nie wiem do końca jak. Zaczął mi przygryzać, olewać mnie, zachowywać się jak dorastający nastolatek który sprzeciwia się rodzicom. Oczywiście on wszelkie zarzuty odrzuca, gdyż to ja sobie coś podobno w głowie uroiłam. 

Zaczęło się od głupoty. Tego że miałam, a raczej mieliśmy zwariowany dzień, wróciliśmy, no i wiadomo - zmęczenie. Ja zwykle jak jestem zmęczona to prawie jakby mnie nie było, więc się zbytnio nie odzywałam - co jak na mnie jest rzadkością. Później kolejny dzień i kolejny, próbuje rozmawiać ale gadka się nie klei. W końcu nastąpił dzień ślubu znajomej i podobno to ja się obraziłam. Nie wiem w którym momencie, nie wiem jak. Było ok. Mieliśmy później wziąć pierwotnie tydzień urlopu ale stanęło na 3 dniach - bo on nie dostałby więcej urlopu - oczywiście przesuwaliśmy 2 czy 3 razy te wolne. Po czym się dowiedziałam w ostatnim momencie, hm... nawet chyba nie dowiedziałam ale dostałam wiadomość "mam o 14 jutro spotkanie". Nic więcej. Nic, że nie dostanie na ten dzień wolnego. Nic, że musi być, bo ma zawaloną pracę. Po prostu jak informacja na centralnym typu "pociąg pośpieszny odjedzie z peronu 4". Trochę mnie to wkurzyło. Człowiek chce coś zaplanować i nie może. Fakt może i trochę wybuchłam, ale to że stwierdził po mojej wiadomości, że się "wybielam" - wkurzyło mnie kompletnie (Ostatnio to słowo jest u niego na topie, bo non stop go używa, nawet nie można podać jakichkolwiek argumentów bo to jest już "wybielanie się")

Przyjechał, traktował mnie nawet nie wiem czy okropnie, olewał, omijał - czułam się jak trędowata. W końcu nie wytrzymałam i zapytałam się go "kim dla Ciebie jestem" - jego odpowiedź mnie zbiła z tropu "nie wiem" - czyli co? nie kocha mnie? jest ze mną, żeby po prostu być, mieć kogoś, mieć z kim seks uprawiać? Cała rozmowa a raczej jego zachowanie wywołało we mnie takie emocje, że nie mogłam przestać płakać. Nawet w niektórych momentach się śmiał - co stwierdziłam, że w tym wypadku nie traktuje mnie poważnie. To ja myślałam, że znalazłam miłość, że mam kogoś kogo ja kocham i ta osoba mnie kocha a tu takie zachowanie... Po dłuższej "rozmowie" było jakoś tak w miarę. Wiem po sobie, że po takich sytuacjach po prostu zamykam się w sobie i mało mówię, nie potrafię rozmawiać, po prostu tak mam. 
Nawet gdy wróciliśmy do moich rodziców to sama moja matula stwierdziła, że się mnie czepia za bardzo. 

No ok, wrócił do domu. Już, na wstępie zaznaczył, że cały tydzień się nie widzimy bo ma spotkania, bo może dostanie awans, że musi się starać, zostawać po godzinach itd itp. - OK. W poniedziałek jedzie do Szczecina na jakieś szkolenie. Niech jedzie. Chociaż chyba dla niego najważniejsze było to,że "nigdy nie byłem w Szczecinie, więc w końcu tam będę"... jakoś ja też nigdy nie byłam, i pewnie w najbliższej przyszłości raczej nie będę ale nie rozpaczam z tego, a jakbym miała nawet jechać to się tym aż tak nie podniecam. Zwykle myślę o nim na pierwszym miejscu, ale on chyba o mnie już nie... 
Kolejną sytuacją było to iż stwierdził, że ze wszystkimi się kłócę, że nie potrafię rozmawiać - tak ni z gruszki ni z pietruszki. Patrze na monitor i nie wiem co odpisać. W końcu się go zapytałam co się z nim dzieje, bo zachowuje się właśnie jako nastolatek, że jak minie mu to żeby się odezwał do mnie. 

Nie wiem czy ja ostatnio się zmieniłam, chociaż ja tego nie zauważyłam, poza tym, że na prawdę się jakoś wyciszyłam. Czy on się zmienił przez to że szef obiecuje mu jak zwykle gruszki na wierzbie (dotychczas, żadnego swojego postanowienia nie spełnił) a ten lata za nim i myśli, że coś z tego będzie. Ja wiem, że ani mu za nadgodziny nie zapłacą, ani podwyżki nie dostanie - więc nie wiem czego oczekuje. Co ciekawsze sam mi jakiś czas temu truł, żebym zmieniła pracę bo mało zarabiam, bo nic tutaj nie osiągnę. Teraz ja mu podobnie zaczęłam gadać i jest wielkie halo, że co ja chce.

Sama nie wiem w jakim to kierunku wszystko zmierza. Nie wiem co myśleć. Nie wiem co robić. Czuję się jakbym była w kropce. Czy faceci mogą przechodzić jakieś zmiany, które "owocują" dość dziwnym zachowaniem? Czy to po prostu jakiś etap w ich życiu, że właśnie się buntują jak nastolatkowie? 
Wiem, jedno - jeśli taka sytuacja się dłużej utrzyma to nie wiem jak to będzie z naszym związkiem, a naprawdę go kocham i nie wiem jak wszystko mam sama "uratować"

wtorek, 9 lipca 2013

Ach... co to był za ślub

W miniony weekend nastąpił wielki dzień dla mojej koleżanki M. i jej partnera K. My jako tako się wyszykowaliśmy, oczywiście kilka razy się wracaliśmy bo to a to wino zapomniane (zamiast kwiatka), a to koperta (kilka groszy im się przyda), a to buty na zmianę dla mnie... No ale że mieliśmy bardzo blisko do kościoła to spokojnie mogliśmy się "cofać".

Pod samym kościołem, kilak znajomych twarzy - głównie dziewczyny które poznałam na panieńskim. Siostra pana młodego przyleciała od razu się wycałować :) Młodzi już byli. Ludzi może nie dużo, ale wystarczająco do tego kościoła - sama w nim brałam ślub, więc klimat jest w nim niesamowity. 

Młodzi przyjechali do ślubu czymś niezwykłym. Warszawą. Pięknie się prezentowała, skromnie udekorowana, ale to jest cały styl M. - zawsze była skromna. 




Sama ceremonia ślubna odbyła się w zabytkowym kościele. Kościół jest maleńki - mając nawet ok 50 osób zaproszonych na ślub będzie się wydawało że są tłumy. Ale sam klimat w środku robi naprawdę duże wrażenie. Nie jest to jeden z "odpicowanych" na maxa wnętrz kościelnych. Wszystko raczej starają się trzymać w tym, starym stylu. Oczywiście, żeby zrobić w nim zdjęcie naprawdę trzeba mieć dobry sprzęt, który poradzi sobie z raczej dość ciemnym wnętrzem. 


Po ślubie wyruszyliśmy w drogę - też dość krótką, ale zawiłą - do sali weselnej. Krótka bo niby ile można jechać 10 km. A zawiła bo się okazało, że przebudowali główną drogę więc trochę było kręcenia żeby skręcić w odpowiednim momencie, a jak już skręciliśmy to napotkaliśmy na roboty drogowe. Niewiele brakowało i byśmy się spóźnili. A za nami - jak to na weselach bywa - sznurek błądzących aut ;)

Co do samego wesela i całej otoczki. Stoły były trzy. Młodych i świadków, rodziny i znajomych. Na każdym miejscu stała karteczka z imieniem i nazwiskiem. Rozmieszczenie osób wydaje mi się że zaplanowali dość dobrze bo nikt się nie przesiadał :) Co do jedzenia to na stołach jego dużo nie było, aleee... porcje ciepłych posiłków były tak duże i smaczne, że ciężko było je przejeść. Nawet mój M. nie miał problemu jak powiedział, że niestety nie je mięsa - chwile później kelnerka przyniosła specjalnie danie dla niego. 



Zespół również był świetny. Nawet śmiem stwierdzić, że nie byłam na weselu, żeby ktoś tak dobrze grał i śpiewał, i to różnego rodzaju muzykę. Tak, że muzyka dopisała do zabawy. Typowych oczepin nie było. Może 3 czy 4 spokojne konkursy.Z tego co wiem, to nawet młodzi nie chcieli, żadnych dziwnych akcji. 

Ale chyba najważniejsze, że młodzi się wybawili, byli zadowoleni i było widać to jaka ich łączy miłość :)  

czwartek, 4 lipca 2013

Zachowania ludzi

Nie zrozumieć kogoś to wcale nie jest sztuka. Wystarczy użycie innego słowa, czy powiedzenie innym tonem niż by się wydawało. Gorzej jest jeśli ktoś obwinia "mnie" że coś zrobiłam a tego faktycznie nie zrobiłam. 

Prosta sytuacja - z sąsiadką przyszłą i chyba niestety niedoszłą. Napisałam jej że mi się zrobiło przykro z pewnego powodu. Ale prawie od razu wyszło że "się sfochowałaś" czy "obraziłaś". Nie wiem czemu ludzie od razu łatki przypisują, że jak się ktoś nie odzywa czy właśnie jest mu przykro to od razu jest obrażony. Fakt ja ręki nie zamierzam wyciągać pierwsza, nie ze złośliwości czy coś, ale po prostu to chyba ona powinna zrozumieć (chyba nawet szybciej niż ja bo jest starsza) że trochę się nie zachowała fair wobec mnie a pomimo tego ma jeszcze pretensje. Boli mnie to, że na początku było fajnie, dogadywaliśmy się itd itp. Po czym się właśnie dowiedziałam, że nie mamy wspólnych tematów, czy zainteresowań... Trochę wygląda to jak "celowe usprawiedliwianie się" - bo chyba tak to naprawdę wygląda. Przecież można powiedzieć czy napisać wprost - wybacz ale mam inne zdanie na ten temat. Ok. Przecież po to jest demokracja i wolność słowa, żeby każdy miał prawo mieć inne zdanie. Tak czy inaczej nadal jestem rozczarowana zachowaniem "sąsiadki".

Z innej beczki. Po namowie mojej "przełożonej" (do której jesteśmy na "TY") zaczęłam szukać pracy. Ona szuka już pół roku to i mi poradziła żebym szukała bo tutaj kokosów nie będzie. Do tego wszystkiego ostatnio nawet nie wiemy kiedy wyjdzie pensja. Więc typowe koczowanie z miesiąca na miesiąc. No ale za słowami koleżanki zaczęłam wysyłać CV. Może nie w jakiejś hurtowej ilości, ale na wybrane i odpowiadające mi oferty pracy. 
W zeszłym tygodniu odezwała się do mnie pani z większej spółki, zaprosiła mnie na rozmowę na wtorek. No nie mam co tracić więc jadę. Tyle, że z pracy urwać się muszę trochę bo bym się nie wyrobiła. Jak to powiedziałam owej "koleżance-przełożonej" to szczęścia w jej oczach nie widziałam. Raczej coś na zasadzie zazdrości, zawiści. Chyba nawet wiem skąd to pochodziło. Sytuacja za pewne miała być taka, że to ona znajdzie szybciej pracę i zostawi mnie z całym pierdzielnikiem i będę musiała się z tym bujać. Nie wzięła pod uwagę tego, że może być odwrotnie. No ale cóż... Stwierdziłam, że chyba powinnam się przestać przejmować innymi a zająć się sama sobą i własnym życiem. 

Jak wcześniej wspomniałam, rozmowa odbyła się we wtorek - akurat w dzień kiedy zaczął się upał. Dostałam mały teścik - 5 pytań. Szybko przeczytałam i rozwiązałam, aż Panie rekrutujące były w szoku. 30 min rozmowy i do domu. Uczucia - mieszane. Nawet nie wiem jak wypadłam. Ale dość szybko przestałam myśleć o tym bo jechaliśmy po meble. Wieczorem siadam do maila i czytam od Pani co mnie zaprosiła maila "... jednocześnie miło mi powiadomić, że jesteśmy zainteresowani współpracą z Panią. Jeszcze w tym tygodniu otrzyma Pani informację odnośnie szczegółów zatrudnienia". Byłam w szoku. Zrozumiałam, że się dostałam. Jakoś po najbliższych nie było widać tej radości co mnie najbardziej chyba zabolało. W pracy również nie powiedziałam nic że przeszłam rekrutację. Tyle co opowiedziałam jak było na spotkaniu, i że wyniki mam dostać za tydzień. Od Pani H. usłyszałam "jakby Ciebie chcieli przyjąć to by od razu Ci to powiedzieli tego samego dnia" - no fakt powiedzieli/ napisali ale one o tym nie wiedzą. Jestem ciekawa ich reakcji jak się dowiedzą co ich czeka. Chociaż będzie za pewne podobnie jak przy tym jak powiedziałam, że idę na rozmowę. 

Moja Matka nie wyrażała radości z tego, że mi się udało, no ale cóż. Całe życie mnie traktują oschle. Ale wczoraj wracając do domu gnębił ją jeden wątek - ILE będę zarabiała - odpowiedziałam jej, że nie powiem, że nie chcę (Zrobiłam tak,  z tego względu, że za dużo zawsze o mnie wiedzieli, jak coś chciałam zrobić to miałam milion pretekstów żeby nie robić czegoś po swojemu tylko po ich myśli). A jaka była reakcja mojej Matki? Obraziła się. Przez to, że nie powiedziałam ile dostanę wynagrodzenia, no i że o tym wie mój M. Ja jej nigdy nie zrozumiem, zawsze obraża się o głupoty, robi awantury z niczego - mam tylko nadzieję, że na starość ja taka nie będę. 

Ogólnie zauważyłam, że otaczają mnie ludzie którzy nie lubią sprzeciwu. Chcą, żeby wszystko szło po ich myśli a nie po mojej. Ja zawsze myślałam o innych ale inni o mnie już nie. Nie wiem jak zostałam wychowana w ten sposób, lub może sama się tego nauczyłam jak zaczęłam pracować. Teraz tylko mogę czekać na rozwój następnych wydarzeń i reakcji innych ludzi na moje postanowienia. 

poniedziałek, 1 lipca 2013

Koniec pewnego etapu

No i jest lipiec, nie wiem skąd się wziął i kiedy przyszedł. Po prostu JEST. A ja czuje, że czas ucieka mi między palcami jak woda. Za każdym razem jak dzieje się coś ciekawego to sobie mówię "usiądę dziś i napiszę posta" ale jak zwykle wypada zrobić coś w mieszkaniu, a to zakupy i tak latamy w te i wew te.

Co do mieszkania. Czerwiec zakończyliśmy ze skończoną kuchnią i działającą lodówką. Jutro wybieramy się po meble. W dużym pokoju prawie ułożyliśmy panele. Prawie, bo żeby je ułożyć do końca to potrzebujemy mieć położony gres w przedpokoju. Więc teraz się wzięliśmy za przedpokój pozostawiając łazienkę w stanie  standardowo niedokończonym. No ale... większość rzeczy już pokupowaliśmy, z tych "konkretów" budowlanych pozostały nam drzwi. 

Listwy wykończeniowe do paneli kupiliśmy w tym tygodniu. Chociaż długo myślałam jak tutaj połączyć jasny gres z "dębowymi" panelami. I w końcu wymyśliłam totalny misz-masz. Chociaż wyszło chyba nieźle. Grunt to, to, że widać granicę kuchni i reszty pokoju. 

A tutaj rozgrzebany przedpokój z którym mieliśmy trochę wczoraj zamieszania. 
Otóż mój M. zbytnio nie lubi jak się komentuje jego pracę, więc siedziałam cicho i patrzyłam, bądź przenosiłam graty z sypialni do dużego pokoju, aby móc tam w końcu coś zacząć robić. No i położył jedną płytkę, drugą... kładzie trzecią i coś mu nie pasuje. Okazało się ze źle położył wcześniejsze. Pierwsza miała wejść na równo do wykutej w ścianie szczelinie, a on zrobił ją na równo :P Ponad godzinę kładł dwie płytki i  później 30 min je przestawiał, ba... jedna tak się przyssała ze niestety się ukruszyły rogi jak chciał ją podnieść, tak więc musiał ją zdjąć i nową położyć. No ale to chyba pierwsza jakaś taka strata przy wykańczaniu. 

Teraz mam dylemat typu "jaki kolor ścian ma mieć sypialnia". Chciałam coś w niebieskim, błękitach, Myślałam o paskach na jednej ścianie tyle że nie wiem czy to nie będzie za dużo zabawy. No ale sam niebieski nie za bardzo to myślałam o zielonym czy żółtym. I nadal nie wiem co, jak i z czym. Nawet wujek google mi nie chce pomóc. Wiem tylko tyle, że musi być kolor i to najlepiej jakiś "soczysty" - taki jak wyszedł w salonie pomarańcz. 

Szkoda, że nikt nie jest w stanie mi pomóc. Jak zwykle muszę liczyć sama na siebie, bo ludzie mnie otaczający widzą tylko czubek własnego nosa... 



poniedziałek, 24 czerwca 2013

Panieński trochę inaczej

Nie było mnie, przykładałam się do pisania nie raz, nie dwa, ale aż trzy razy !!. niestety bieganina związana z mieszkaniem trwa nadal. Jednak dziś nie o mieszkaniu.

W minioną sobotę byłam na panieńskim. Koleżanki, która mnie niedawno na wesele zaprosiła. W sumie się zgodziłam, żeby iść. Co ja tam będę w domu siedziała. Siostra czyli świadkowa koleżanki M. zadzwoniła do mnie już w poniedziałek. Wszystko opowiedziała od A do Z, jakby się tym zajmowała na co dzień. Dostałam jeszcze maila z tym co będzie, jak będzie itd itp. Byłam w szoku, że można być aż tak zorganizowanym. No ale przejdę do sedna sprawy.

Panieński dla Panny Młodej zaczynał się już od samego rana. Otrzymała ona liścik od tajemniczej osoby, że ma się udać do tzw "jaskini solnej", tam otrzymała masaż, peeling całego ciała oraz posiedziała w owej jaskini gdzie otrzymując kolejny liścik czytała wyznanie swojego lubego :)
Zanim wyszła otrzymała kolejną wskazówkę gdzie się ma udać. Miejscem był lasek, gdzie czekała na nią koleżanka ze śniadaniem oraz propozycją makijażu oraz wybranej przez siebie fryzury. Następnie dostawała "wiadomości" gdzie ma się udawać. Trochę siostra ją przegoniła, wszystko dlatego, że fotograf miał jej robić zdjęcia a'la paparazzi. Po czym się ujawnił i zabrał ją na sesję w plenerze w kilka miejsc. Mam nadzieję, że niedługo owe zdjęcie ujrzymy. 

W między czasie my jako "panienki" szykowałyśmy mieszkanie, czyli jedzenie, wystrój, częściowo drinki i konkursy. 

O 18 fotograf - trochę pierdołowaty - miał dowieźć M. do nas czyli do magazynu pod silosami zbożowymi. Niestety spóźnił się bo nie widział 30 metrowych silosów :P no ale cóż,faceci potrafią być zdolni. Zanim przyszli - my się ukryłyśmy w małym labiryncie magazynowym. Oczywiście miał jej fotograf zrobić zdjęcia w tym podziemiu. Jedna z koleżanek która ją przyprowadziła do tego miejsca stwierdziła "ooo... zobaczcie, może tutaj zróbcie zdjęcia bo jest lepsze światło" oczywiście my byłyśmy tam "ukryte". Panna M. weszła. My krzyknęłyśmy "NIESPODZIANKA !!" i jej mina była bezcenna. Zaskoczona totalnie. Nie wiedziała ile nas docelowo będzie. Widać że zrobiło jej się miło. 

Po chwili rozmowy przeszłyśmy do konkretu czyli tzw. paintalla na laser. Uzbrojone w karabiny i kaski zaczęłyśmy biegać jak faceci po małym labiryncie magazynowym. Podzielone na 2 grupy starałyśmy się "ustrzelić" się wzajemnie. Śmiechu co nie miara. Ale co fakt. Każda z nas zapomniała, że jest kobietą. Mając atrapę w ręku biegałyśmy ile się dało. Chowałyśmy się przed wrogami. Starałyśmy się cicho skradać :) Naprawdę polecam :) Bawiłyśmy się tak bitą godzinę. Przepocone i brudne wyszłyśmy z podziemi. Ale szczęśliwe. 

Po owej godzinie udałyśmy się do mieszkania. Ale oczywiście jako jedyna posiadałam samochód. Więc zebrałyśmy się na 3 etapy - w końcu było nas 11 dziewuch :) w ostatnim kursie zabrała się Panna M i druga koleżanka z gimnazjum. We trzy pod pretekstem zostawienia samochodu i zobaczenia mojego samochodu przewiozłyśmy Pannę M - aby dziewczyny w mieszkaniu miały chwilę na przygotowanie ciepłych posiłków i toastu :)

Znów mój M. okazał się bardzo wyrozumiały i chciał żebym dobrze się bawiła więc odwiózł nas i powiedział, żebym zadzwoniła do niego kiedy  impreza się skończy to po mnie przyjedzie :) (wiem, ona jest kochany, drugiego takiego nie znajdę :))

Gdy dotarłyśmy, oczywiście na wstępie był toast. Potem chwila na zjedzenie czegoś ciepłego - w końcu trochę się wybiegałyśmy. No i nastąpił 1 konkurs. Wcześniej obmyśliłyśmy karteczki na których pisałyśmy "co M. będzie robiła w podróży poślubnej" śmiechu była co nie miara. Wyszło np że dopiero ok 19 dnia będzie mogła odespać ślub i wesele, a w między czasie zdąży zajść w ciążę, urodzić dziecko i zajść w drugą :)
Jako że wieczór typowo babski to bawiłyśmy się bardzo dobrze. Muzyka była, tańce też były, i pogadanki. W między czasie starałyśmy się trochę upijać Pannę M. i przygotowałyśmy jej kolejne konkursy.

Jednym z nich był worek w którym, każda z nas kupiła jej coś "przydatnego" :) ale żeby utrudnić to musiała odgadnąć co dostała z zasłoniętymi oczami. Byłyśmy pełne podziwu jak sobie radzi z otwieraniem poszczególnych pudełek. Nie trafiła 2 razy. Ale to i tak sukces. Z prezentów oczywiście zadowolona. 

Zrobiłyśmy jej również "test na żonę". W teście było zawiązanie krawata dla męża, przyszycie guzika, obranie ziemniaków w 2 minuty dla zbliżających się gości oraz założenie pieluchy lalce-niemowlakowi :)

Bardziej konkretnym odnośnie nocy poślubnej było zakładanie prezerwatywy na wybrane przez nas warzywa. Oczywiście, żeby łatwo nie było to miała na rękach 3 pary rękawiczek. Z małym ogórkiem sobie poradziła bez problemu, z marchewką również, trochę problemu przyniósł długi ogórek. No ale w finale był kabaczek. W związku z tym, że był naprawdę sporawy a prezerwatywy wszystkie takie same to pozwoliłyśmy jej zdjąć jedną parę rękawiczek - nie wierzyłyśmy jak naprawdę jej się udało na kabaczek założyć tą prezerwatywę. Byłyśmy wielkie podziwu dla Panny M. :)

Innymi konkursami była znajomość części ciała wybranka czy odpowiedź na pytania jak on myśli - a wcześniej mu zadane. Prawie wszystkie testy przeszła celująco. To znak, że naprawdę dobrze się znają :) No i oczywiście nie mogło zabraknąć tortu. Dużego i czarnego. (resztę pozostawiam wyobraźni) :)

Ogólnie rzecz biorąc. Panieński był inny. Na pewno spokojniejszy niż wizyta w klubie i upijanie się do upadłego. Tutaj, żadna się nie upiła, ale wypiła odpowiednią dla siebie ilość alkoholu. Z pewnością również, my jako dziewczyny mogłyśmy się dużo lepiej poznać, pogadać, pośmiać się. Wydaje mi się że tak właśnie panieński powinien wyglądać. Nie powinien to być dzień kiedy przyszła panna młoda się upije i nie daj bóg zdradzi przyszłego młodego albo powywija przed nią striptizer. To właśnie powinno się sprawdzać czy na pewno przyszła panna nadaje się na żonę. W tym przypadku w 100% się nadaje :)


poniedziałek, 17 czerwca 2013

Fotkowo

Dziś krótko i na temat. Miały być zdjęcia mieszkania z pomalowanymi ścianami oczywiście (prawie) wszystkimi. Gres też się załapał na sesję fotograficzną :)
Cały czas się zastanawiam czy kolor ścian w "srebrnym pyle" będzie pasować do beżowego gresu....

Kolor jak widać miał wyjść przybrudzony biały ale różnicę widać, że czystą bielą nie jest.

Przedpokój przedstawił się jak na powyższym obrazku. Sufit chyba też wyszedł ok. Oczywiście brakuje tylko żeby mój M. Pozakładał już na pomalowanych ścianach przełączniki do światła i gniazdka, tak samo jak zamontować obudowę od dzwonka i skrzynki z bezpiecznikami, a o domofonie przykręconym w nowym miejscu nie wspomnę. Ale wszystko mam nadzieję, że jutro zrobi :)

Jeszcze biała ściana, najdłuższa w całym mieszkaniu. Wczoraj podjęłam się i wymalowałam ją na kolor. Czyli o bieli czar prysnął. Niestety mój Ojciec pomagał mi. Człowiek niezwykle uparty i chcący robić po swojemu. Niby pomagał malować i sufit i ściany na biało ale... Żarówki założyć nie chciał żeby było widać gdzie się maluje. Pozostawiał za dużo smug przez co kolejna warstwa nie chciała tego przykryć i chyba będzie trzeba zeszlifować :( No i najgorsze, że sufit ma przebitki więc będzie go trzeba 4 (!) raz malować, załamałam się z lekka. Taka to pomoc mojego ojca... 

Na pocieszenie mój śnieżnobiały podwieszany sufit kuchni-pokojo-przedpokojowy
Chyba prezentuje się dość elegancko :)

I na deser widok z okna w porze roku - późnej wiosny a już witającego lata. Dużo osób mi go zazdrości, gdyż w większości bloki stawiane są dziś bardzo gęsto i na zasadzie "kopiuj, wklej". Mam nadzieję, że taki widok utrzyma się baaardzo długo :)

środa, 12 czerwca 2013

Oszukane kwalifikacje

Czasem się zastanawiałam, nie raz, nie dwa. Skąd ludzie mają dobrą pracę. Czyli taką co i fajnie zarabiają i są z niej zadowoleni. Chociaż w ostatnim czasie liczy się najbardziej to pierwsze. Zadowolenie schodzi na drugi, trzeci a może czwarty plan. Chociaż dla mnie atmosfera w pracy jest ważna bo od tego zależy jak mi się pracuje i jak bardzo jestem efektywna w tym co robię (wiem jestem totalnie dziwna).

Wracając do "niezłej kasiory". Od 3 miesięcy pracuje albo też pracowała bo na dniach odchodzi Pani "Kadrowa". Czemu nazwa kadrowa w cudzysłowie? Bo ja mając do czynienia z niewielką działką kadr i płac wiedziałam dużo więcej niż ona, a dziewczyna w końcu pracuje w tym, powinna się znać, Kodeks Pracy powinna mieć w małym paluszku - tym u nogi. Ogólnie według mnie osoba która pracuje na takim stanowisku powinna być odpowiedzialna za wszelkie sprawy z tym związane. A jednak pozory mogą mylić (i to ostatnio dość często się dzieje).

W tym tygodniu dowiedziałyśmy się ze "kadrowa" odchodzi. Dziewucha młoda. Pracowała 3 h dziennie za stawkę prawie taką jak ja mam na cały etat. Pierwsza myśl "Kurna, jak ona to zrobiła?" - po czym się okazało, że obiecywała gruszki na wierzbie, śliwki na sośnie, a ponad to była tak zwanym "pociotkiem" czyli nic innego jak dostała się do nas po znajomości. 

Na początku nie zwracałyśmy na nią uwagi, gdyż same miałyśmy i nadal mamy ogrom pracy. Ale po pewnym czasie i po zadaniu przez nią pewnych pytań zaczęłyśmy ją obserwować. Pytania od "kadrowej" brzmiały mniej więcej tak - "Ile wypowiedzenia ma taka i taka umowa?"; "A to nie można tego tak zrobić?"; "Czemu nie można zmusić kogoś na urlop?". Nasze zaskoczenie... nie, przepraszam - szok był na tyle duży, że po prostu nas zatkało. W końcu stwierdziłyśmy, że nie będziemy jej podpowiadać (trochę to śmieszne, że księgowa podpowiada kadrowej) i zobaczymy co ona poczyni. 

Przez ten czas 3 miesięcy podpatrzyłyśmy się tylu głupot, źle napisanych pism, nie dotrzymanych terminów, poprzez teczki osobowe poukładane według jej widzi mi się (od tego jak mają być dokumenty poukładane jest specjalna procedura), przechowywanie dokumentów kadrowych w sposób, że każdy może do nich zajrzeć. W między czasie - zrobiłyśmy to trochę perfidnie ale - znalazłyśmy jej CV. Cóż się dziwić, że się dziewczyna tak dobrze nie zna. Skończyła jakąś "-logię", posiada KURS INTERNETOWY na kadrowego (mój boże - nawet nie wiedziałam, że coś takiego można ukończyć przez internet) oraz ma niby doświadczenie jako asystentka działu kadr i płac, no ale to niby przeradza się raczej w brak doświadczenia bo jak policzyłyśmy ile była na urlopach (ma dwójkę dzieci) to wyszło, że przepracowała może z pół roku. 
Zastanawiało nas skąd u niej przyszło, żeby pracować na samodzielnym stanowisku - gdzie ja nawet po prawie 7 latach nie odważyłabym się iść pracować na samodzielnym stanowisku. 

Właśnie kilka dni temu jak się dowiedziałyśmy, że rezygnuje - nawet przed czasem bo umowę miała do końca miesiąca a już teraz odchodzi, coś nas tknęło. Wchodzimy w google i szukamy (czasem można ciekawych rzeczy się dowiedzieć :) ). No i znalazłyśmy ofertę pracy w tej firmie co niby pracuje, na to samo stanowisko. Patrzymy na zakres obowiązków i patrzymy z niedowierzaniem. Najprościej jest wyjaśnić to na moim przykładzie - poszłabym pracować jako pomoc księgowej (czyli przynieś, zanieś i pozamiataj) i po pół roku szukałabym pracy jako główna księgowa... 

Okazało się że koleżanka "kadrowa" upiększyła swoje CV wpisując w nie totalnie nieprawdziwe informacje. Bardzo pokoloryzowane. Jest już ona drugą osobą co tutaj pracowała i tak nakłamała, że potrafi prawie wszystko. 

Widać, że chyba w tym świecie nie powinno się przejmować tym co się naprawdę umie. Co z tego, że się popracuje na przykład owe 3 miesiące i się zrobi taki bałagan jakiego nikt nie widział. No ale ambicje -trzeba pokazać, że się ma duże, wielkie, ogromne. Może i ja podkoloryzuje swoje CV? Chociaż chyba bym nie potrafiła. Może dlatego, że wiem doskonale, że "kłamstwo ma krótkie nogi" - co idealnie było u nas widać na przykładzie poprzedniej "księgowej" i "kadrowej", które obie przepracowały po 3 miesiące...

poniedziałek, 10 czerwca 2013

i znów to mieszkanie... i kawałek wesela

I znów nic nowego, tylko mieszkanie i mieszkanie. Nie mam wyjścia, całe życie obecnie kręci się wokół mojego mieszkania, albo mieszkanie kręci się koło mnie. Tak czy inaczej. Wszelkie siły na nie przeznaczamy. Chcemy w końcu jak najszybciej się wprowadzić. Nie chcemy wiecznie przekładać terminu - żeby naprawdę nie nastąpiła przeprowadzka w grudniu. 

Weekend calutki spędziliśmy nigdzie indziej jak w mieszkaniu. Oczywiście standardowo pogoda płata nam figla i gips zamiast schnąć ok 12-24 h schnie 4-5 dni. Chyba się powoli do tego zaczęliśmy przyzwyczajać. Dzięki Bogu to było ostatnie już gipsowanie... w dużym pokoju, pozostał nam do zagipsowania cała sypialnia, której ściany i sufit są wręcz w opłakanym stanie. Nawet nie wiemy co oni położyli bo to co jest tynkiem nazwać nie można. Podczas malowania ścian które już są zrobione na tip top zaczął nam z farbą w kilku miejscach odchodzić gips. Nie to że jakieś kropeczki, po prostu całe płaty odchodziły. Załamaliśmy się z lekka. Wszystko właśnie przez tynk/gips który  był jak odebraliśmy mieszkanie. Jego struktura jest mało powiedziane że dziwna. Chyba łatali tym czymś poprawki przed samym oddaniem mieszkania.

Weekend zakończyliśmy z pomalowanymi ścianami i sufitem w kuchni i przedpokoju. Kolor o pięknej nazwie "srebrny pył" wygląda znakomicie. Faktycznie jest ciemniejszy niż nam się wydawało ale kolor w 100% akceptujemy. Zdjęć nie wrzucę bo wszystko czym by się dało zrobić zdjęcie też spłatało nam figla i się rozładowało. Prawdopodobnie przez to, że w bliskiej odległości jest linia wysokiego napięcia. Przy pięknej pogodzie zasięg jest ale szału nie ma. W niedzielę nie dość, że była burza to prawie cały dzień padało i się okazało, że w taką pogodę zasięgu praktycznie nie ma, a telefon w jego poszukiwaniu się momentalnie rozładowuje... Ale... już przygotowuje aparat na najbliższą wyprawę i fotek mam nadzieję, że nie zapomnę popstrykać :)

Chyba ostatnio mam dobrą passę. Udało mi się zamówić wymarzony (no prawie) żyrandol do sypialni. Kształt jest taki jak chciałam - klasyczny. Może trochę abażury nie są idealne ale wszystko za pewne obejrzę, dotknę, pomacam, obmacam, jak przyjdzie do domu. 
Standardem już jest, że cena za jaką go kupiłam jest mało powiedziane, że atrakcyjna. Dałam za niego niecałe 250 zł :) Pierwotnie kosztował niecałe 300 ale udało mi się uzyskać kupon rabatowy, więc kasy trochę zaoszczędziłam :) jestem z niego zadowolona - jak na razie póki go nie zobaczyłam - chciałam coś prostego i klasycznego do sypialni. Ma być w miarę skromnie i nastrojowo. Chyba głównie NASTROJOWO :)

Jakoś przed weekendem otrzymałam wiadomość, że moja tapeta do kuchni jest gotowa. Radości co nie miara. Miała być dopiero na 17 - czyli za tydzień. Chciałam się dziś dowiedzieć kiedy otrzymam, bo zamówiłam ją do pracy a numer przesyłki mi nie wchodził na stronce. Po czym dzwonie i Pani z miłym głosem "tak, zrealizowaliśmy w piątek, ale jeszcze kurier nie przyjechał, za pewne dziś to będzie, tak więc po południu będzie mogła Pani sprawdzić swoją przesyłkę". No ok, zależało mi głównie, żeby przyszła jak będę w pracy, a nie żeby kurier pocałował klamkę. No i jakoś po 16 przychodzi Olcia z paczką do mnie - czytam a tam że to tapeta. Jak zwykle nie mogłam się powstrzymać i od razu rozpakowałam paczkę, żeby zobaczyć jak to wyszło. i wiem jedno "JESTEM Z SIEBIE DUMNA"

Wszystko widać idealnie, jest tak jak chciałam, no i najważniejsze jest to, że sama zrobiłam zdjęcia. Tak więc będą one unikalne, jedyne w swoim rodzaju :) Chyba jednak jestem w jakimś stopniu zdolna :)

Co do drugiego wątku - weselnego. Napisała do mnie ostatnio koleżanka z gimnazjum (niestety jestem rocznikiem "króliczym"), miała takie małe zapytanie czy byśmy nie przyszli do nich na ślub i wesele. Fakt trochę się zdziwiłam. Ale wyjaśnienie jakie mi napisała, wszystko rozjaśniło. Po prostu rodzina zrobiła jej psikusa i będzie bardzo mało osób od niej z rodziny i postanowiła z rodzicami pozapraszać znajome osoby. Wiem, że nie zależy jej na kasie i prezentach tylko na tym, że wykupili salę na określoną liczbę osób i chcieli ją zapełnić. Poza tym wiem jak to jest jak się kogoś zaprasza a ta osoba w ostatnim momencie odmawia. Po burzliwej debacie z Panem M. postanowiliśmy iść. Tak więc za miesiąc, będziemy się bawić u znajomej na weselichu :) Oczywiście od razu zastrzegłam, że będę latać z aparatem i robić zdjęcia, nawet się chyba ucieszyli i powiedzieli, że jak coś z fotografem (tym głównym) nie będzie problemu. Mam nadzieję, że uda mi się zrobić kilka super zdjęć i wręczyć je trochę po weselu - parze młodej. Taki dodatkowy prezent :)


wtorek, 4 czerwca 2013

Trochę o mieszkaniu

Ostatnio dużo się u mnie dzieje, nawet nie wiem czy nie za dużo. W jednym poście bym nigdy tego nie opisała, bo za pewne by zabrakło znaków. Dziś trochę o mieszkaniu i zakupach jakie ostatnio poczyniłam. 

Głównym problemem z jakim musiałam się uporać była tapeta do kuchni, a raczej fototapeta. Za punt honorowy postanowiłam, że zrobię zdjęcie sama. Nie chciałam korzystać z już dostępnych zdjęć. Po prostu chce mieć kuchnię unikalną. Zdjęcie takie jakiego nikt nie ma. Poza tym sam fakt, że zrobię je sama bardzo motywuje. Tak więc starałam się zrobić "idealne" zdjęcie. Miało być kolorowe. Zrobione z kwiatów jakie dostałam od swojego Lubego. No i niestety tak jak przypuszczałam zdjęcie w pokoju, czy innym pomieszczeniu nie wchodzi w grę. Jak jest pochmurno też nie wchodziło w grę, bo brakowało jego słonecznego akcentu. No więc czekałam na pogodę, no i czekałam, i czekałam. Dobrze, że kwiaty czekały razem ze mną i wytrwały 1,5 tygodnia. Oczywiście zaraz po wykonaniu zdjęcia zaczęły padać. Więc jakiś znak to jest... W związku z tym, że kuchnia będzie biała z ciemniejszym blatem i cokołami mogłam sobie pozwolić na małe szaleństwo. Szaleństwo przedstawia się następująco :)


Mam nadzieję, że w dużym formacie wyjdą tak samo kolorowo zdjęcia jak i na mniejszym. 

Kolejną rzecz jaką zaatakowaliśmy to sklep z oświetleniem - już wcześniej wiedziałam, że potrzebuje do salonu żyrandolu który będzie bardzo wysoko, czyli po prostu żadnych łańcuchów na którym wisi oraz potrzeba była większej ilości światła. Zwykle mam tak, że jak mi się coś spodoba to pomimo ile rzeczy później obejrzę to i tak wrócę do tej co mi się podobała, oczywiście z obawą czy już nikt tego nie wykupił ;)
Przez przypadek natknęłam się na stronę Agata Meble gdzie mają też wyposażenie drobne do mieszkania w tym również oświetlenie. Stronę przejrzałam. Spodobał mi się jeden model. Prawie taki jak chciałam. Cena do małych nie należała bo zapłaciłam prawie 500 zł. Ale za to mam sporo punktów oświetleniowych. Więc się w miarę opłacało. Cudo zawiśnie za pewne zaraz jak się wprowadzimy. 
Może szałowy nie jest, ale jak wspomniałam wcześniej - spełnia moje kryteria - niski, dużo oświetlenia no i wykończenie w srebrze (jakoś do złota nie mogę się przekonać). Nie wiem jak to zrobiliśmy ale zabraliśmy ostatnią sztukę ze sklepu :D 

W miniony weekend zaatakowaliśmy sklep ze sprzętem AGD. Gdy byliśmy w Media Markcie (niby tym, że nie dla idiotów) znalazłam płytę którą chciałam sobie kupić w cenie o 350 zł niższą niż w sklepie internetowym niby najtańszym w sieci. Niestety nie mogliśmy od razu zakupić bo brakowało nam miejsca w bagażniku, ze względu na zakupiony żyrandol oraz farbę do ścian. Tak więc szybko po powrocie do domu sprawdziłam kto ma i jakie są jego ceny. Niestety dla konkurencji - mieli najtaniej, więc słynnym "pędzikiem" udaliśmy się po jego zakup. Chcieliśmy od razu wziąć też piekarnik, ale niestety nie mieli już na magazynie a towaru z wystawy nie sprzedają. Może to i dobrze bo uda się trafić na jakąś dobrą promocję :)
 W związku z tym, że nie posiadam gazu w mieszkaniu, zmuszona byłam (i dzięki bogu bo się gazu boję) do zakupu indukcji. Miałam już z nią do czynienia jak mieszkałam z mężem i wiem jedno - wspaniała rzecz. Garnek się cały nie grzeje, tylko jego dno, przez co się zmniejsza zużycie energii. Fakt, że trzeba trochę droższe garnki kupić, ale obecnie zaczynają być bardzo popularne i co raz to tańsze. Do tego - jak się nie używa - to jest wspaniała dodatkowa powierzchnia, jakiej przy kuchence gazowej nigdy nie otrzymamy. Tak więc płytę do gotowania już mam. 

Mam też wieszak do przedpokoju, chociaż jeszcze nie przyszedł do mnie ale za pewne jest w drodze :)
Miał być kuty i jest prawie kuty bo z metalu - więc na jedno wychodzi :) Spodobała mi się jego oryginalność więc się nie mogłam powstrzymać, żeby go nie kupić. Oczywiście cena też wchodziła w rolę, i jak zwykle była przeze mnie w 100% akceptowalna. 
Pytanie tylko teraz czy czarny wieszak będzie pasować do koloru ścian - lekko przybrudzonego białego oraz mocnego brązu? 

niedziela, 2 czerwca 2013

Wychodzące zza chmur słońce?

Ostatnio miałam pewien dołek, wręcz punkt krytyczny na mojej mapie życia. Prawie cała noc przemyśleń, później cały dzień bo M. był w szkole. Mętlik w głowie - co będzie jak wróci. Co będzie to będzie. Wrócił, i zaczął ze mną rozmawiać. Jak zwykle opanowany, z całymi kieszeniami pozytywnych argumentów. Zawsze rozmawia ze mną po "ciężkim dniu " dopiero następnego dnia, gdy i ja i on ochłoniemy, przemyślimy wszytko na trzeźwo. 

Prosił żeby usiąść koło niego. Nie chciał rozmawiać przez stół. Wolał mnie przytulić. To jak on mówi do mnie, to jak przytacza swoje argumenty zawsze jest jak do małego dziecka, żebym dobrze zrozumiała. Nigdy nie miałam mu tego za złe, wręcz przeciwnie. Cenię to, że potrafi w taki sposób coś komuś wyjaśnić, wytłumaczyć. Prosił o dwie obietnice, które postaram się spełnić. On wie, że sama dla siebie bym ich nie zrobiła, ale dla niego to zupełnie co innego. On wie że go Kocham. Ja wiem że ON mnie kocha. Ale też boi się, żeby nie wróciła stara Gośka - ta sprzed małżeństwa. Gdzie to właśnie małżeństwo ją całkowicie zmieniło na niekorzyść. Staram się zmienić się na taką jaką byłam kiedyś - radosną, szczęśliwą i nie przejmującą się błahostkami, jednak wiek jaki już posiadam, trochę oddziałuje na te zachowania. 

Tak czy owak. Między nami jest dobrze. Chociaż okres w jakim jesteśmy już nas bardzo męczy i stresuje, dodatkowo obydwoje stoimy w podobnej sytuacji z pracą. Pomimo tego wszystkiego chyba powinniśmy wyjechać na małe wakacje, jakoś w sierpniu/wrześniu żeby odpocząć od całego chaosu jaki nas otacza. Nabrać sił. Nawet już obraliśmy kierunek. Morze. Mam nadzieję, że się nam uda. Chociaż na kilka dni wyskoczyć. Brakuje nam wspólnych wypadów nawet takich weekendowych, gdziekolwiek, ja z aparatem, on z wykrywaczem, chodzenie w cichym lesie, nasłuchiwanie ptaków, może wiewiórki która skacze po drzewie, czy dzięcioła co stuka w drzewo. Albo odkrywanie naszych magicznych miejsc, pięknego widoku na Wisłę, z różnych miejsc koło Warszawy, pięknych polan, czy nawet zabytków architektury. Liczę na to, że od tego lipca to się zmieni, że powrócą nasze przygody odkrywcze i zaowocują nowymi zdjęciami. 

sobota, 1 czerwca 2013

Pochmurnie

Ani pogoda nie sprzyja ani wszystko co się wokół mnie dzieje. Raz na jakiś czas są dni kiedy wszystko mnie przerasta. Zwykle staram się przezwyciężać swoje problemy, ale niekiedy to się nie udaje. Na dodatek wydaje mi się, że problemy zaczynają się mnożyć jak jakieś bakterie.

Moim głównym problemem zaczyna być praca. Niby wszystko ok.. ale... zarobki nawet nie osiągają średniej krajowej po odjęciu wszelkich podatków i zus-u. Więc szału nie ma, ale jakoś żyć trzeba. Dobrze, że pracę znalazłam po utracie poprzedniej. To jest chyba największa zaleta, bo bardzo się obawiałam, że jej nie znajdę - a tu jeden telefon z setek cv i przyjęli mnie. 

Drugim minusem jest to, iż ludzie którzy dostarczają nam dokumenty są raczej nie reformowalni. Fajnie mili ludzie, można pogadać się pośmiać. Ale niestety księgowość wymaga pewnych reguł które trzeba spełniać. Większość osób tego nie rozumie. Już nawet nie wspominam o nieterminowym dostarczaniu dokumentów - czasem z 2-4 miesięcznym opóźnieniem, ale bycie niesłownym jest bardzo nie na miejscu. "Pani/Panie X proszę pilnie o dostarczenie ..." w odpowiedzi zwykle jest "tak, oczywiście, we wtorek będę" albo "już przygotowuję i wysyłam" i z wtorku robią się 2 tygodnie - do momentu kolejnego albo kolejnych przypomnień a z szybkiej wysyłki wychodzi też lipa bo niby "zapominają". Ręce opadają, ale co zrobić. To są ich nawyki z nastu lat i raczej ich nie zmienimy. 

Więc w związku z tym chciałabym w końcu zmienić pracę która nie dość, że da mi satysfakcję z tego co robię i tego co wiem jak również z zarobków, żebym nie musiała się martwić czy mi starczy kasy na to czy na tamto. 

Wczoraj postanowiłam z moim M. jechać po płytę indykcyjną oraz piekarnik. Płytę owszem kupiłam - udało mi się upolować tańszą o 300 zł. Więc jest dobrze. Z piekarnikiem gorzej - nie było już na magazynie, więc muszę pojechać kupić go gdzieś indziej. Wieczorem zatem zasiadłam sprawdzić stan moich środków finansowych na wykończenie mieszkania. No i stan rzeczy nie wygląda zbyt dobrze. Będzie brakowało mi ok 1,5 tysiąca. Dla mnie to dużo. z czegoś muszę zrezygnować. Nie wiem z czego. Drzwi? Pralka? Zmywarka? Nie wiem. Przerodziła się z tego dyskusja. Doszło do tego że usłyszałam, że muszę zmienić pracę... To był cios. Chyba nawet poniżej pasa. Pocięliśmy się z M. Ostatnie zdanie jakie ja mu powiedziałam brzmiało "wiem, że jestem beznadziejna, ze ni umiem sobie znaleźć lepszej pracy jak za 2 tysiące" - on nic nie powiedział. Zrobiło mi się przykro, smutno, nie umiałam powstrzymać łez. Moi rodzice żyją już naście lat razem a nigdy sobie żadne z nich nie powiedziało, że ma drugie znaleźć lepszą pracę. Nawet jak Mama była na bezrobotnym. A ja po ponad 2 latach słyszę takie słowa. Sama nie wiem co o tym myśleć. Większego mętliku w głowie chyba nie miałam. Nawet nie wiem jak sobie z tym wszystkim teraz radzić. Nie wiem czy umiem. Kolejny raz życie daje mi porządnego kopniaka w tyłek. A ja się z tego nie potrafię pozbierać. 

środa, 22 maja 2013

Test urodzinowy

Mogę, oznajmić, iż test urodzinowy przeszedł pozytywnie, czyli usunięcie daty urodzin spowodowało, że tylko bliskie osoby pamiętały o tym, że wypada złożyć życzenia. Są to osoby na których widać, że można polegać. W tej garstce pojawiła się moja dobra znajoma ze szkoły średniej. Fakt, że złożyła życzenia dzień później jest mało istotne. Bardziej istotne było to, że pamiętała mniej więcej o dacie. O takich rzeczach i takich osobach należy pamiętać, bo widać kto jest wart naszej uwagi i poświęcenia czasu. 

Ze względu urodzin zaniosłam ciasto do pracy. Takie symboliczne. Na początku nikt nie wiedział o co chodzi. Ale znów każdy miał coś na głowie (a to biegły, a to sąd, pogrzeb, impreza dla dzieci odbywająca się na dniach). Ale w końcu zaskoczyli mnie - przyszli wszyscy co byli w biurze (rotacja ludzi jest bardzo duża, w końcu to organizacja pożytku publicznego i masa wolontariuszy). Dostałam piękny bukiet, wręcz jak za komuny - goździki i gerbery - po prostu piękne kwiaty, które otrzymały łatkę "komunistycznych kwiatów". Ponad to, ze względu, iż był członek chóru - odśpiewał mi tak "sto lat" że nigdy takiej wersji nie usłyszałam. Zrobiło mi się naprawdę miło. 

W domu czekały na mnie kolejne dwa bukiety - pięknie pachnące konwalie od rodziców oraz margerytki w 4 kolorach od lubego, z których mam w ciągu kilku dni zrobić fototapetę na ścianę w kuchni :) 

Kwiaty to jest coś co po prostu kocham dostawać. I mam nadzieję, że uda się w moim mieszkaniu kupować w miarę często cięte kwiaty, żeby ocieplić klimat mieszkania :)

Oczywiście na kwiatach nie koniec. Niespodziewanie otrzymałam również tort z przepysznej cukierni oraz szampana, żeby wypić symboliczną lampkę "na zdrowie". 


poniedziałek, 20 maja 2013

Urodzinowo i przemysleniowo

Tak się złożyło, że mam jutro urodziny a dokładniej za 8 i pół godziny. 27 lat temu się urodziłam. Jak na swój wiek sporo już przeszłam:
- poważna choroba w młodym wieku,
- bycie królikiem doświadczalnym o nazwie "gimnazjum" (niestety byłam jego pierwszym rocznikiem),
- 7 letni związek zakończony 2 letnim małżeństwem (przez który straciłam wielu znajomych),
- zakup własnego mieszkania,
- wybór odpowiedniej drogi "kariery",
- spotkanie tego jedynego, za którym szaleje
- zjednywanie sobie sympatii ludzi moim gadulstwem :)
No dobra, ale co jeszcze mnie może spotkać? Na pewno z utęsknieniem czekam na przeprowadzkę do swojego małego M2 (a termin się nieustannie przesuwa :( ). Drugi raz brać ślub - sama nie wiem czy bym chciała, biorąc pod uwagę, że już raz się zraziłam. Ale NA PEWNO chce miłość, chce kochać i być kochana. Kasy oczywiście też by się trochę przydało, mam nadzieję ze w niedługim czasie będę zarabiała te kilkanaście złotych więcej i nie zadręczała się pytaniem "czy wystarczy mi do końca miesiąca?"
Więcej chyba nie chce. Może jeszcze prawdziwych znajomych, którzy sprawdzą się w każdej sytuacji, na których będzie można liczyć. 

No właśnie a propo znajomych... równo tydzień i dzień temu - gdy urodziny miała moja Mama (rogate z nas stworzenia :) ) - napisała do mnie sąsiadka, którą poznałam kilka miesięcy temu na spotkaniu integracyjnym bloku (w sumie są one dwie Pani K. i A.) - no i pytanie i treść rozmowy zbiły mnie trochę z tropu. Ogólnie rzecz biorąc i jak ja to odebrałam - to żeby zrobić imprezę urodzinową tyle, że ona nie może w sobotę więc, żeby coś zaplanować. Owszem planowałam urodziny, ale to było jak plany przeprowadzki miały się odbyć na początku maja. Obecnie na betonie, bez kuchni, pokoi i większej części łazienki - nie zamierzałam nic robić. Chciałam dopiero zaproponować gościnność jak już będziemy na swoim. Niestety pytania sąsiadki były dość natarczywe i nie znałam jej z tej strony - po prostu byłam w szoku. Nawet nie wiedziałam jak jej odpisać. Chyba człowiek czasem ma tak, że po prostu w pewnym momencie głupieje. I ja właśnie ten moment chyba osiągnęłam. 

Drugi moment w tym tygodniu odnośnie znajomych - który bardzo mnie rozczarował. Wcześniej rozmawiałyśmy (z sąsiadkami) na temat "wyjdziemy sobie bez chłopaków, same, taki babski wieczór (...)"  Dla każdej z nas nie był to problem. Aż tu w środę przeglądam z nudów słynny portal społecznościowy i widzę opis, że jedna z nich była na nowym filmie w kinie "Oszukane" - no spoko, każdy chodzi do kina. Ale za chwil parę odzywa się druga - i dość łatwo można wywnioskować, że były obie, same bez facetów. W tym momencie zadziałał mój M. (nawet się po nim takiej reakcji nie spodziewałam) - a zapytał wprost "miło, że spytałyście Gośkę czy chce iść", Pierwsze naście minut - obie zniknęły. Mi się zrobiło przykro. Jak małemu dziecku - obiecuje się lizaka a potem go nie dostaje ale mówi się jak był dobry.  Trochę tak nie w porządku. Odpowiedź jaka się pojawiła po kilku minutach brzmiała "M. Gosia ostatnio jesteście cały czas zajęci i jak chcemy się spotkać to nie macie dla nas czasu". Trochę się wkurzyliśmy. Bo nawet nas o nic nie zapytali a owe "chcemy się spotkać" nigdy tak nie brzmiało, tylko raczej "jak chcecie to przyjdźcie" Dla mnie to są dwa różne pojęcia, w szczególności, że jak mieliśmy bilety na spektakl to obydwie pary zapytaliśmy.

Stwierdziliśmy wspólnie, że nasze kontakty się trochę oziębią - w szczególności, że już wcześniej nam nie pasowało zachowanie ich (M. załatwiał im coś do mieszkania i zamiast się cieszyć, że taniej, że w miarę szybko to jeszcze pretensje). Trudno -może inni sąsiedzi będą bardziej mili i życzliwi, chociaż znów zauważyliśmy, że nie można być dla innych zbyt miłym i uprzejmym, bo zaraz ktoś to wykorzysta. 

Wracając do urodzin. Z portalu społecznościowego - usunięta data. Zobaczę kto tak naprawdę o mnie pamięta - tak szczerze a nie tak, że się wyświetla to napisze "Najlepszego" albo "100 lat". Niestety wiem, że będzie to kilka osób. Szału nie będzie o ile w ogóle coś się pojawi.... Jutro się dowiem. 

niedziela, 12 maja 2013

Problemy z niczego

Ostatni czas, czyli jakieś 2 tygodnie spędziliśmy na remontowaniu się - cóż innego moglibyśmy robić. Miało być szybciutko, sprawnie i jakoś średnio nam wyszło. Miały być położone pierwsze płytki gresu a nie wyszło. Może przez to że jeden dzień sobie odpuściliśmy, a to jak zagipsowaliśmy to pogoda nie dopisała i padał deszcz, a co za tym idzie - nic nie chciało schnąć. Dopiero dziś sporo zrobiliśmy. Większość gipsu dotarta. A swojego M.pogoniłam do kończenia obudowania wanny. Oczywiście byliśmy bardzo pomysłowi i nie chcieliśmy wiercić w płytkach dziur - kto wie czy za kilka lat nam się nie odmieni i nie będziemy chcieli kabiny prysznicowej? Tak więc cały "stelaż" pod wannę powstał ze ... styropianu. :) do tego trochę pianki niskorozprężnej i wanna stoi i dobrze się nawet trzyma :)
Dekory koło lustra również położyliśmy, no i zafugowaliśmy wszystko co się dało. Efekt wygląda mniej więcej tak:

Jednym słowem - nabiera charakteru.
Pokoje miały być stonowane ale... chyba byłoby nudno i w kuchni zamierzam zrobić zieloną fototapetę a w salonie pomarańczową ścianę na której będziemy wieszać zdjęcia oczywiście mojego wykonania w miejscach dla nas magicznych, które udało nam się odwiedzić i nas zauroczyły :)

Wracając do tematu. Istnieje forum mojego bloku. Na początku bardzo powoli się rozkręcało. Kilka osób. Kilka razy się spotkaliśmy - maksymalnie było nas ok 25 osób. Widząc się teraz na klatce mówimy sobie "cześć" z uśmiechem na twarzy. No ale te 25 osób to kropla w morzu. Mieszkań jest prawie 130. Więc i osób dużo więcej się kręci. Czasem nie wiem czy ktoś jest gościem czy tu mieszka... Po spotkaniu przy utworzeniu wspólnoty na forum zaczęło przypływać coraz to więcej osób. No i te osoby jak to na forum, są dość wyszczekane, no bo kto ich o coś posądzi jak nikt ich nie zna. Więc i takie osoby zaczęły pokazywać swoje "ja". 

Zaczęło się niewinnie. Od tego iż przy jednej stronie bloku (blok jest w kształcie niepełnej podkowy i z 2 stron jest ulica a z jednej lasek - na który ja mam widok) no i jednemu "panu" nie spodobało się to iż samochody parkują mu pod oknem w zatoczce. Faktem jest to iż nawet jak jeszcze ktoś kupował tak zwaną "dziurę w ziemi" to widział plany i wiedział iż z tej strony jest ulica, a okna wychodzą na inny blok. Chciał kupić taki widok więc ok. Niektórzy lubią patrzeć na naturę a inni na samochody. Tak mi się przynajmniej wydawało. Gdyż jedna osoba wszczęła taką dyskusję że się w głowie nie mieści. Chcąc nie chcąc jest to Warszawa - stolica do której masowo napływają ludzie z wszelkich wiosek. Tak więc problem z miejscami parkingowymi był, jest i będzie. Bo samochodów raczej nie ubędzie. No ale temu "komuś" to się i tak nie podoba. Sam sobie problemy stwarza. Wątek w końcu został zamknięty - dla świętego spokoju, ALE ta osoba nie odpuszcza i w innym wątku dotyczącym np. furtek wpisuje znów temat parkingu. Trochę się mój M. zbulwersował (został adminem i przegląda forum, stara się trzymać porządek) więc dał ostrzeżenie tej osobie. Na razie sprawa ucichła. 

Kilka dni później pojawił się temat palenia papierosów na klatkach i w windach. W związku z tym iż zamontowali jakieś nowoczesne czujniki, które od razu po wyczuciu dymu włączają alarm i wyłączają windę. Tak więc był apel żeby nie palić w owych miejscach. Ja się dołączyłam żeby osoby palące na balkonach nie wyrzucały niedopałków przed siebie bo i szkoda naturze i świadczy to o jakiejś osobie. No i się rozpętałam wojnę. Nawet nie będąc tego świadoma. Większość ludzi uważa, że jak ktoś pali to może to robić tylko w mieszkaniu bo jak pali na balkonie to "dym się unosi wyżej i wlatuje do mieszkania sąsiada nad palaczem i czuć smród". Chyba większej głupoty nigdy nie czytałam :P ktoś znów dosłownie KAZAŁ komuś rzucić palenie i przenieść się na e-papierosa. Sama nie palę. Ale nie widzę problemy jak ktoś sobie pali na balkonie    z wyjątkiem żeby papierosy wyrzucał do swojej popielniczki. Teoretycznie każdy kupił sobie mieszkanie i tak się składa że balkon jest częścią wspólną i przynależną do mieszkania - tak więc może sobie robić co mu się podoba i ja na przykład to w pełni akceptuje. W końcu mieszkam w bloku od urodzenia. 

Okazało że 3/4 osób to tak zwane "słoiki" - czyli przyjechali z wiosek z innych województw- mieszkali w domkach, albo na bardzo małych osiedlach i nie rozumieją mieszkania w wielkim mieście. Sami przyjechali tu za pracą, którą nam którzy tu mieszkają i odprowadzają podatki - zabierają. Owszem nie mam nic do kogoś jak przyjechał do innego miasta ale uczciwie się zameldował, odprowadza tutaj podatki a nawet ma zarejestrowany samochód. (Nie od dziś wiadomo, że ubezpieczenie w dużych miastach jest ok 100% większe niż w malutkich miejscowościach). No i taka osoba po prostu sobie tu mieszka i jeszcze ma jakieś żądania wobec innych. Wydaje mi się, że jeśli komuś się w Stolicy nie podoba to droga wolna do kupna innego mieszkania czy domu gdzieś indziej. A jeśli nie chce to niech się dostosuje do warunków tutaj panujących a nie je na siłę chce zmienić bo "u mnie było inaczej".

Ogólnie to temat jest jak woda - można o nim dużo pisać i dyskutować. Ale nie ukrywam że typowe "słoiki" mnie denerwują. Najpierw należało by od siebie wymagać czegoś a później dopiero od innych...