wtorek, 29 października 2013

jak w domu

W końcu mogę mieszkać, chociaż po części jak ludzie. Dzięki pomocy moich rodziców. 

Jak to ja. Skusiła mnie ostatnio reklama brw -30 % na wszystkie komody. A ja właśnie komody potrzbowałam do salonu. W sumie to jest ostatni mebel jakieg mi brakowało. Coś tam znalazłam. Ale standardowo zaczęłam przeglądać też inne strony sklepów neblowych. No i trafiłam do "agaty" znalazłam komode, taką jakiej potrzebowałam - prostej szafki na papiery, bez szuflad, w kolorze wenge, o odpowiedniej wysokości... no i jakby inaczej w bardzo atrakcyjnej cenie 189 złotych polskich. Zdecydowałam, że muszę ją kupić, a raczej nie jedną a dwie wtedy miałyby idealną szerokość. Pojechaliśmy. Obejrzeliśmy. Kupiliśmy :)

Tego samego dnia złożyliśmy je aby zobaczyć jak to wygląda. No i w tym momencie moja mama stwierdziła, że pomogą m doprowadzić pokój do takiego stanu aby móc zaprosić gości bez wstudu (niestety nadal nie mogę się przepracować i przedźwigać po wypadku, gdyż skutkuje to bóleWiem. Ale to jego sprawa. Ja sobie jakos rade damm całych pleców). Więc upchnęłyśmy cały sprzęt zalegający na podłodze gdzie się tylko dało. Mama umyła okna, tata powiesił karnisz z firankami i zasłonami. Efekt bardzo nam się spodobał. W końcu jest jak w domu :)

piątek, 25 października 2013

Łódź

Kilka dni temu byłam w Łodzi. Nie sama. Było nas 4. Wyszłyśmy wcześniej z pracy, tak zwane "wyjście służbowe". Jechałyśmy na pogrzeb koleżanki męża. Popełnił samobójstwo. Nie wiemy co go skłoniło do takiej decyzji, ona nie chciała rozmawiać na ten temat - wcale jej się nie dziwię. Koleżanka została sama z córką. Zostały same ze wsztstkimi problemami. Ludzi na pogrzebie było dużo. Chyba nawet by się nie spodziewał takiej ilości ludzi. 
Mało komfortowa sytuacja. Wiemy na pewno, że trochę podniosłśmy na duchu koleżankę, po tym jak nas zobaczyła. 
W poniedziałek ma przyjść do pracy. Chyba nawet lepiej niż ma siedzieć w domu i myśleć w kółko o tym samym...

poniedziałek, 7 października 2013

Przeprowadzka

Pomimo mojej czasowej niedyspozycji podjęłam decyzję aby w końcu być na swoim, nie do końca skończonym mieszkaniu. Ale wiadomo "małe, ciasne ale własne" :)

W sumie do przeprowadzki "zmusili" mnie moi rodzice. Przyjechali w zeszłym tygodniu z działki. Tak z nienacka. I od razu harmider. Głośniej. Że bałagan jest. Że duszno w mieszkaniu. Że ja udaje niedyspozycję. i jeszcze więcej było tych "ŻE". Zauważyłam, że to jest czas kiedy powinnam się przeprowadzić. Jedno to, to że mój wiek już nie pozwala na mieszkanie z rodzicami. Drugie, że może gdybym jakiś czas nie była na "swoim" to nie wiedziałabym jak to jest, a tak - przez pewien czas mieszkałam z ex mężem i wiedziałam, że ode mnie jest zależny bałagan, to czy lodówka jest pełna czy nie. To co oglądam czy słucham. Po prostu niezależność. Teraz 2,5 roku byłam "skazana: na mieszkanie z rodzicami. Nie było łatwo. W sumie stwierdziłam, że nie ma co czekać. Warunki do mieszkania są - jest łóżko, kuchnia prawie gotowa - gotować można, łazienka też sprawna, drzwi powstawiane. Jedynym minusem jest sterta narzędzi której nie było kiedy sprzątnąć i leży sobie odłogiem przy balkonie. Chociaż ta sterta to pikuś w porównaniu ze stertą worków którą przywiozłam i jakoś muszę wszystko przejrzeć, posortować na to w czym będę chodziła, na to co wyrzucę i to co ewentualnie odsprzedam.


Chyba największym minusem jest to, że nie grzeje mi kaloryfer w sypialni. Nie grzeje, bo mój M. robiąc na tempo rozwalonym sprzętem przegrzał rurki które się zbytnio stopiły i zasklepiły odpływ wody z kaloryfera... Najgorsze to to, że trzeba zdejmować panele, rozkuć kawałek podłogi i ściany i zrobić wszystko od nowa. Mało optymistycznie to brzmi. Ale mam nadzieję że w miarę szybko uporamy się z problemem. 

czwartek, 3 października 2013

Ortopeda

Ortopeda czyli lekarz, zajmujący się leczeniem urazów i chorób narządów układu ruchu.... 

W związku z ostatnimi okolicznościami, dostałam skierowanie do owego lekarza. Termin dość szybki. Aż byłam w szoku. W poniedziałek pojawiłam się aby zdiagnozować czy nic na pewno mi nie jest. Bądź co bądź plecy cały czas mnie bolą. Lekarz dość specyficzny. Pacjenci do niego to średnia wieku 60-80 lat... czyli jednym słowem - zaniżyłam mu średnią wieku poprzez swoją wizytę. 

No ale zanim weszłam i usłyszałam diagnozę musiałam poczekać w kolejce. Kolejka duża nie była. Część osób zapisana na godziny, część (tak jak i ja) zapisana między tymi pacjentami godzinowymi. No ale czekam spokojnie - dwie osoby przede mną. Jedna pani bardzo miła. Widać, że do lekarza przyszła bo musiała (prawdopodobnie miała zwichniętą i przechodzoną kostkę). Zaraz po niej była moja kolejka. Ale żeby nie było tak pięknie. Pojawiła się jedna pani (trochę jak moja babcia) pytała co mi jest itd itp. Po niej pojawiła się tzw. "babcia moherowa" (ok. 80 lat. wszystko jej się należy, kultury za grosz, tak to chorą a jak jest miejsce w autobusie to leci na sam koniec zanim się zdrowy człowiek obejrzy że takowe miejsce jest).
No i owa babcia moherowa zanim coś zdążyłyśmy z tą kobieciną odpowiedzieć usłyszałyśmy
- na którą panie są zapisane, bo ja na 11:00 czyli już powinnam wejść, bo ja noszę pas ortopedyczny... Heniu (może inaczej jej mąż miał na imię, ale wołała go w siłę) daj mi ten zastrzyk bo już mnie wszystko boli, i ja muszę zaraz wejść bo nie wytrzymam....

Monolog był dość długi. Do tego stopnia że uchyliły się drzwi do lekarza i owa babcia ozdrowiała i do drzwi doleciała jak jakaś nastolatka... Z Panią co oczekiwałyśmy nawet nie zdążyłyśmy się za bardzo zorientować, co się dzieje. Minęła chwila i lekarz wezwał kolejną osobę. Miała wejść pani za mną na godzinę ale powiedziała do doktora:
- niech wejdzie młoda dziewczyna, ona ma całe życie przed sobą, i jest po wypadku, ja te 10 minut poczekam. 
Byłam w szoku, że jeszcze takie babcie się zachowały na tym świecie. Podziękowałam Pani i weszłam. 

Pan doktor dość specyficzny. Bardziej mi przypominał artystę niż lekarza. Pobrał ode mnie wszelkie papiery jakie w poprzednich dniach otrzymałam. A za drzwiami w gabinecie zabiegowym leżała pani "babcia moherowa".  Miała dostać zastrzyk. Lekarz wstał i poszedł do niej. I rozmowa wyglądała tak:
L: gdzie panią boli?
BM: oj tu, ałć (i krzyk na całą przychodnię)
L: ale niech pani nie krzyczy tak. 
BM: Boli, ała (znów krzyk, aż uszy odpadają... ja chyba nawet tak krzyczeć nie potrafię)
L: niech nie udaje, że ją tak boli, może i boli ale niech się nie ośmiesza i przestanie się wydzierać.

Ja siedząc za drzwiami i nasłuchując całej tej rozmowy tylko się śmiałam. Jak Lekarz wrócił to tylko się uśmiechnął i wzdychnął  (było widać, że ma już dość takich pacjentek). 
W końcu przeprowadzał ze mną wywiad. Nic podobno mi nie jest, ale w środę ponowna wizyta po zwolnienie... No  cóż, trzeba to trzeba... Wyszłam, podziękowałam i udałam się do rejestracji. Poprosiłam dziewczynę o zapisanie mnie, wykonała wszelkie formalności i to co powiedziała trochę mnie zszokowało 
"lekarz przyjmuje 8:30-14 ale proszę przyjść pod koniec, bo wcześniej to tu same przepychanki są i kłótnie, więc wcześniej jak o 12 proszę nie przyjeżdżać bo szkoda czasu"
Kolejny raz doznałam szoku... no ale tak... na wizytach są przecież w większości "moherowe babcie"

Nadeszła środa. Wybrałam się jak proponowała pani - w połowie 12 i 13. Zachodzę na korytarz... 4 babcie... pytam kto ostatni i siadam w kolejce. Za mną zaraz kolejna kobieta i młody chłopak za nią (może w moim wieku). Uchyliły się drzwi... lekarz pyta kto następny... Panie galopem wszystkie chciały znaleźć się w środku. Tylko ja i chłopak siedzieliśmy. On w szoku, ja chyba też. Kolejne ozdrowienie starszych pań... Przy czym pani co była za mną również chciała wejść przede mnie...

Ja rozumiem ludzie chorują i chcą czy nie do lekarza muszą się udać. Ale to co zobaczyłam przeszło wszelkie moje oczekiwania. Myślałam, że te babcie to takie wymysł. Ale widziałam na oczy jakie są bezczelne, chamskie i myślące, że wszystko im się należy bo są starsze. O kulturze nie wspomnę. Mówią, że my młodzi jesteśmy niewychowani a one? Myślałam, że w cywilizowanym świecie czeka się na swoją kolejkę i wchodzi po kolei a tutaj było gorzej jak w.... nawet nie wiem do czego to porównać. Wiem jedno... nie nadaję się żeby chorować i czekać na swoją kolej do lekarza, łokciami przepychając się ze starszymi kobietami. 

Mam nadzieję, że za tydzień będę już zdrowsza i pójdę jak każdy mało kulturalny młody człowiek do pracy na co najmniej 8h pracując kolejne lata na swoją marną emeryturę.... 

wtorek, 1 października 2013

Idealną być? czy nie być?

W związku z tym iż jestem na zwolnieniu, nie mogę zbytnio się przemęczać, więc sporo czasu spędzam w necie. Chociaż po 3 dniach już mi totalnie zbrzydł. W szczególności, że siedzę sama w domu więc nawet nie mam się do kogo odezwać. 
No ale... stwierdziłam, że pobuszuje sobie po blogach. Zobaczę o czym w większości kobiety piszą, jakie mają opinie, o czym myślą. W obecnej dobie blogów jest naprawdę dużo, więc myślałam, że gdzieś się zahaczę. Poczytam. Zostanę gdzieś dłużej.
Nie wiem ile blogów przejrzałam. Wiem jedno jest BOOM na kosmetyki, recenzje ich itd itp. 
Jakoś mnie to nie pociąga. Ok. Są osoby co znają się na tym, ale żeby zakładać milion blogów o tym samym? Dla mnie jest to miejsce takie jak kiedyś był pamiętnik. Zapisanie swoich myśli i przemyśleń. A takie kosmetyki? Jeszcze jakbym trafiła na kilka blogów to ok. Ale ich ilość mnie poraziła. Jednym słowem w modzie jest "moja kosmetyczka". 

Możliwe, że takie blogi nie trafiają do mnie z kilku przyczyn:

1. Recenzje kosmetyków - no ok, ktoś pisze swoją opinie, ale druga osoba będzie miała ją zupełnie odmienną i komu teraz uwierzyć? Ja zwykle szukając kosmetyków mogę ich sporo przerobić zanim znajdę ten odpowiedni, zwykle decyduje tutaj uczulenie bądź brak właściwości jakie reklamował dany produkt. 

2. Jak wcześniej wspomniałam - jakby była tych blogów mniejsza ilość to bym chętnie poczytała. Ale ilości hurtowe już do mnie nie przemawiają. Może też dlatego, że jestem osobą co nie za bardzo lubi być jedną szarą myszką. Mam swoje indywidualne podejście do mody i do kosmetyków. "super trendy" (chyba tak to się pisze?) też do mnie nie przemawia. 

3. Kasa - w każdym blogu w miarę regularnie są dodawane posty. Nie to co u mnie - raz na chiński rok. - kilka razy w tygodniu. No ok, ale żeby napisać recenzję to trzeba mieć produkt. Żeby mieć ten produkt trzeba go kupić. Żeby go kupić trzeba mieć kasę. Czyli wydawanie kasy na pierdołki. Po prostu nie pociąga mnie, żeby moja łazienka była cała zastawiona jakimiś kosmetykami o różnych zapachach, smakach, kolorach butelek i ich kształtach. Skończy mi się szampon? Idę do sklepu i kupuję JEDEN a nie hurtową ilość. 

4. Lenistwo? - może i z mojego lenistwa dużo kosmetyków nie używam. No jak już mam nogi wyschnięte na papier to użyję jakiegoś tam natłuszczacza. Kiedyś kobiety nie miały tyle kosmetyków do wyboru. Krem "Bambino" wystarczał. I co? wyglądały pięknie. Nie potrzebowały tony kosmetyków, aby sobie robić tapetę na twarzy, którą trzeba by było szpachelką skrobać. Może ja nie popadam ze skrajności w skrajność. Ale ewentualnie dwa fluidy, jeden puder sypki, jeden tusz do rzęs starczy. W końcu moja kosmetyczka to nie sklep, gdzie stoję i nie wiem co wybrać. 

Pewnie wiele kobiet mnie zmiesza z błotem za to co napisałam. Bo "kobieta musi dbać o siebie", "to przeciwdziałanie starości", czy "musisz zawsze wyglądać nieskazitelnie".
NIE !. Jak chce to będę chodzić w dresach nieumalowana, nieuczesana - mój facet to akceptuje. Jak chce to ubiorę się bardziej elegancko i delikatny makijaż (nie tapeta) i będę się czuła dobrze, ba! nawet faceci na mnie spojrzą. Wydaje mi się, że wiele kobiet chce dążyć do doskonałości czyli tzw. efektu "fotoszopa". Jednak ja wolę być sobą. Szkoda mi chyba życia na spędzanie nastu godzin w łazience. Jest wiele przyjemniejszych rzeczy od nadmiernego dbania o siebie. Wolę pochodzić z aparatem, w mało wyjściowych ciuchach, czy chodzić z moim facetem po różnych ruinach czy krzaczorach w poszukiwania skarbów poprzez wykrywacz. To właśnie są rzeczy które sprawiają mi przyjemność i radość.Owszem są dni, że potrzebuje spędzić trochę czasu na ulepszenie swojej urody. Ale to jest powiedzmy jeden czy dwa dni w miesiącu ! a nie codzienność. 

Dziewuchy postawcie na naturalność. Cieszcie się życiem, chwilą jaka jest. Szkoda czasu i życia na spędzanie go w łazience !

sobota, 28 września 2013

Wypadek

Jak się jeździ i widzi wypadki samochodowe, to tylko się zadaje pytanie "ile ten idiota jechał?" w szczególności, że samochodu prawie nie ma. Mało rozważnych kierowców jest coraz więcej. Nikt by się nie chciał zamienić z poszkodowanym czy sprawcą na miejsca. Ale bywa tak, że każdego z nas może to spotkać. Mnie spotkało...

Środa rano. Trochę zaspaliśmy, ale każde z nas wyszło o odpowiedniej porze. Na spokojnie w samochód. Jeszcze się zastanawiałam, gdzie zostawiłam klucze do mieszkania. Przejechałam dosłownie kawałek. Radio z rana gra, prowadzący coś mówią. Przejechane z 3 km od domu, może mniej. Czerwone. Mały korek. Zatrzymuje się jak wszyscy. Zapala się zielone. W ciągu kilkunastu samochodów chwila mija, żeby ruszyć. Wrzucam jedynkę chcę ruszyć i nagle słyszę pisk opon... nie zdążyłam spojrzeć w lusterko i poczułam mocne uderzenie. Była 6:50.

Nie wiedziałam co się stało. Potrzebowałam z minuty aby zorientować się gdzie jestem. Z tego co pamiętam to był włączone awaryjne (nie wiem jakim sposobem) i paliły się jakieś tam kontrolki na desce. Zaraz po uderzeniu poczułam mocny ból głowy. Dotarło do mnie, że wjechał we mnie drugi samochód. Kierowcą tego drugiego samochodu był młody chłopak - maturzysta. Pojawił się też pan z pobliskiego bazarku który wszystko widział. Zadzwonił od razu na 112. Ból głowy tylko się nasilał. JA z trzęsącymi rękami zadzwoniłam do swojego chłopaka
"przyjedź. miałam wypadek, jestem na wysokości bazarku"
Nie wiem ile jechał i ile to trwało czasu ale pojawił się za chwilkę. Ja sobie nie zdawałam sprawy jak bardzo mam rozwalony samochód i jak bardzo samochód rozwalił ten młody. Jedyne co pamiętałam to jakiś dym unoszący się z maski i tablice rejestracyjną (wydawało mi się że to moja) na ulicy między samochodami. 
Mój facet kazał mi wsiąść do siebie do samochodu, bo jest nagrzany. Dosłownie za chwilę przyjechała karetka. Założyli od razu kołnierz na szyję. Już z samochodu do karetki ledwo szłam. Sprawdzili podstawowe parametry. Nie wiedziałam jaki jest dzień tygodnia, jaka jest data... Zabrali mnie na sygnałach do szpitala. 

Jak położyli mnie na tym takim wózku w karetce tak leżałam na nim prawie do końca. Zakaz podnoszenia się. Od razu prześwietlenie, głowy, kręgosłupa, szyi, klatki piersiowej.... nie wiem sama już czego. 
Cały czas oglądałam tylko sufit. Cały czas zakaz ruszania się. Jedyne co to telefon do pracy - odebrała Pani Dyrektor (z którą kilka dni wcześniej rozmawiałam o poprzedniej pracy bo miałyśmy dużo wspólnego) powiadomiłam, że mnie dziś nie będzie bo leżę w szpitalu. To co pamiętam - "daj znać później co i jak".
Dopiero ok 10 postanowili mnie wypuścić. Dzięki bogu nic się poważnego nie stało. Ale... kołnierz ortopedyczny (taki jednodniowy) dostałam na wyjście  i nakaz przez co najmniej tydzień chodzenia w nim...
Zadzwoniłam po mojego chłopaka. Przyjechał. Dopiero wtedy zaczął mi opowiadać co i jak. Bo większości nie pamiętałam. 

Wróciliśmy na miejsce. Policja czekała na mnie i moje zeznania, chociaż to już była tylko formalność. Zobaczyłam w końcu swój samochód i tego chłopaka a raczej jego ojca. U mnie aż tak bardzo nie było widać, ale nie wiedzieliśmy co się dzieje od dołu. Natomiast drugi samochód nie miał połowy przodu. Okazało się, że jego droga hamowania na ulicy to było ok 30 metrów. Prawdopodobnie jechał ok 100 km/h może trochę więcej. Nie wiemy tego. Mój samochód oddaliśmy do tej samej firmy co tego chłopaka. Naprawa idzie i tak z ubezpieczenia sprawcy. Dostałam samochód zastępczy. 

Do dziś nie wsiadłam do samochodu jako kierowca, nie jestem w stanie jeździć z kołnierzem na szyi. Tydzień zwolnienia. Wypadek w drodze do pracy. W poniedziałek idę na kontrolę czy na pewno wszystko jest ok. Mój facet wziął sobie wolne przez te 3 dni. Nie pozwolił mi samej siedzieć w domu (moi rodzice są właśnie na urlopie a o całym wydarzeniu powiedziałam im jak wyszłam ze szpitala aby ich nie denerwować).
Niestety nie wszystko mogę wykonywać. Jest ciężko. Nawet pokroić warzywa na obiad co trwa chwilę skutkuje bólem w szyi i kręgosłupie. Spać też muszę w kołnierzu, więc wyspanie się jest nie lada wyzwaniem. Głowa niestety cały czas mnie pobolewa. 

Dziś jest sobota. Mój facet ma pierwszy zjazd w szkole. Mam zakaz wychodzenia z domu. 

Nigdy nikt nie wie co go spotka. Ale jedno wiem... Zdrowie jest najważniejsze... 

poniedziałek, 23 września 2013

prawie skończona

Kuchnia - praktycznie serce mieszkania czy domu. Prawie ją skończyliśmy. Prawie, bo została nam jedna strona do doszlifowania. Ale... szafki górne już wszystkie wiszą. Zupełnie inaczej już cała kuchnia wygląda. Chyba nawet tak jak sobie ją wymarzyłam. Pozostał nam do obsadzenia zlewozmywak, podłączenie zmywarki oraz docięcie do niej frontu (jest cała zakryta). 

Praktycznie zostało nam dokończenie kuchni, wstawienie drzwi no i wysprzątanie wszystkiego dokładnie (o wywozie sprzętu i pozostałości nie wspominając), ale... już wiemy, że przeprowadzka to są praktycznie dni.  Już nawet stwierdziliśmy że wnętrza szaf zrobimy jak już będziemy na miejscu (tylko wnętrza, bo jak Pani nam podliczyła drzwi do szaf to trochę nas zszokowała - będziemy szukać i robić sami). 

A na deser kuchnia :)



piątek, 20 września 2013

kultura wymaga...

Tak mi się kiedyś wydawało, bynajmniej moi rodzice wychowali mnie tak, ze słowo "Dzień dobry" czy "Cześć" wypada powiedzieć sąsiadowi, czy znajomemu jak się go zobaczy. 

Ostatnio w bloku było zebranie informacyjne z nowym administratorem. Ogólnie stwierdziliśmy z moim M. że nie idziemy, bo nie ma sensu to raz, a dwa, że potrzebujemy powiesić szafki w kuchni. No ale tak się stało, że zebranie jeszcze trwało, gdy zeszliśmy do garażu. Chwila moment wyczaiła nas jedna sąsiadka i zaczęła machać abyśmy podeszli bliżej, a że nie chcieliśmy robić zamieszania to odmachałam, że zostaniemy tu gdzie stoimy. 
Gdy zebranie się skończyło, część sąsiadów udała się do domu, a kolejna część jeszcze stała i debatowała. W sumie postanowiliśmy podejść i się przywitać. Chwila moment i zanim doszliśmy złapał nas chłopak z zarządu (bardzo sympatyczny i miły). Pogadaliśmy trochę, zaraz po tym zjawił się kolejny chłopak i gadaliśmy... ale w sumie nie do tego z mierzam. 
Sąsiadka co machała i jej mąż przywitali się z uśmiechem z nami. Drugiej sąsiadki mąż również się przywitał, natomiast jego żona "języka w gębie" zapomniała, głowa wysoko (chyba oglądała sufit w garażu czy nie przecieka) i minęła nas bez słowa. Mojego M. takie zachowania ruszają, w sumie mu się nie dziwię. 
Zastanawiało nas o co chodzi i jedyne dwie sytuacje jakie nam się kojarzą to raz jak mój facet zwrócił jej uwagę, że zachowała się niestosownie. A drugi raz jak nadinterpretowała coś co ja napisałam na fb. Trochę tego nie rozumiem bo z jedną z sąsiadek sytuację złej interpretacji sobie bez problemu wyjaśniłyśmy. Natomiast ta chyba lubi jak to ją się przeprasza i błaga o wybaczenie. Tak się składa, że nie mamy o co jej przeprosić. Tym bardziej po ostatnim jej zachowaniu. W małe dzieci bawić się nie będziemy bo jesteśmy dorośli (chyba bez owej sąsiadki). 

Takie zachowanie człowieka czasem mnie zastanawia, skąd on się tego nauczył. Czy rodzice tak wpoili, "żeby to inni prosili o wybaczenie i przyjęcie w grono znajomych". Czy znów na podwórku się tak nauczyli. 

Tak czy inaczej to "dzień dobry" wypada powiedzieć z czystej grzeczności...

poniedziałek, 16 września 2013

W poczekalni

Tak się dzisiaj stało, że musiałam pojechać do lekarza - ginekologa po receptę. Chyba nie ma nic gorszego od zwykłego pojechania do przychodni po receptę. Czemu? Dlatego, że zwykle spędzam tam od godziny do nawet trzech godzin. Istna masakra. Wizyta u owej Pani lekarz wygląda podobnie. Do tego wszystkiego kolejki są mało powiedziane że duże.
Zwykle staram się być wcześniej aby "zająć" jakieś dobre miejsce w kolejce. Kolejka wygląda następująco:

1. Jeśli jest wizyta, to najpierw trzeba się zapisać na daną godzinę, średnio z 1-2 miesięcznym wyprzedzeniem. Później jak nastąpi "ten" dzień to trzeba wybrać się wcześniej (najlepiej zabrać ze sobą trochę jedzenia i picia") i oczekiwać w kolejce do gabinetu położnych aby ... wyjąć kartę. A później się okazuje, że przyjmowanie wg godzin to pic na wodę. 

2. Jeśli udaję się po receptę. Wychodzę z pracy najwcześniej jak mogę. Niby pani doktor przyjmuje od ok 15, ale im wcześniej tym lepiej. Czekam w kolejce. Zwykle ok 10 pań przede mną. Jak się dostanę do pokoju położnych to w końcu uzyskuje po 5 min swoją receptę i wychodzę. 

Co ciekawsze - recepty nie uzyskam jeśli nie ma mojej pani doktor... 

Chociaż dziś pani doktor przeszła samą siebie. Podobno zapisy na godziny były od godziny 14. Ja po receptę zjawiłam się ok 15:30... No i czekałam w kolejce coś ok 10 pozycji. Niby fajnie pięknie. Czekanie wydłużało się. Godzinę później było już za mną z kolejne tyle pań. Połowa z nas siedziała już na podłodze bo stanie w tym zaduchu było nie do wytrzymania. Pani doktor zjawiła się ok 16:30. 
2,5 h spóźnienia. Cały korytarz kobiet (około 30). Zaduch niesamowity. Jedna położna przyjmująca do rejestracji. o 17 dokopałam się do gabinetu. (Udało się !!) otrzymałam receptę. Wychodząc powiedziałam wszystkim paniom "do widzenia"  a panie chórem odpowiedziały (w końcu 1,5 h siedziałyśmy i narzekałyśmy). No ale udało mi się... kolejny maraton za 2 miesiące...

Nie mam pojęcia czemu nasza polska służba zdrowia aż tak kuleje. Że dopuszczalne jest spóźnić się lekarzowi kilka godzin, gdzie pracownik biurowy jak się spóźni z pół godziny to praktycznie już ląduje u szefa na dywaniku. Wszystkie co czekały były zdegustowane. Z czego połowa to była kobiet w ciąży. Jakoś sobie nie wyobrażam, gdy jak będę w ciąży, będę musiała czekać 3 h na przyjęcie u lekarza.... 

poniedziałek, 9 września 2013

tapeta

W końcu dojrzeliśmy do tego aby zamontować tapetę na ścianach w kuchni. Szkło przywiezione. Klej kupiony.Więc się wzięliśmy do roboty...Niby co jest ciężkiego w przyklejeniu tapety? A no jest. i to więcej niż "tylko" coś ciężkiego. Dobrze że mieliśmy tylko dwa małe kawałeczki, Z mniejszym poszło jako tako. Szybko się dość uwinęliśmy. Na to od razu szkło. Niestety okazało się że zapomniałam, iż szafka pod okap jest dużo mniejsza niż zwykła. i będzie widać kawałek białej ściany. No ale jakoś to przeżyjemy. Z drugim kawałkiem już tak pięknie nie było. 175 cm. x 80 cm.... Nie wiedzieliśmy że tapeta po posmarowaniu klejem się rozciąga... tak więc wyszło nam z 5 cm tapety więcej niż normalnie. Z tym kawałkiem już się bawiliśmy z godzinę (dobrze, że ten klej nie wysycha tak szybko :) ) robiło nam się pełno bąbelków z powietrzem. Przy takim zdjęciu jakie mamy niby nie widać. Ale jak już się z boku stanęło to było pięknie widać wszystkie niedoskonałości. Tak więc odklejaliśmy i przyklejaliśmy ją na nowo. Jedyne co sknociliśmy to koniec tapety - na równi ze szkłem musieliśmy obciąć to co wystawało. Tylko niestety zrobiliśmy to jak była jeszcze mokra, a powinniśmy jak będzie już sucha. No ale cóż. Coś wykombinujemy, żeby było ok. 
Tak czy owak, kuchnia powoli zaczyna przybierać kształt końcowy.

Szafki kuchenne również złożyliśmy lecz ze względu braku uszczelki - aby ją przykleić na końcach szafki, ażeby nie tłukła się szafka o szkło - nie mogliśmy tego zrobić. Ale szafeczki też już stoją złożone (w sypialni :) ) i czekają na zawieszenie :)

środa, 4 września 2013

"W czym mogę Pani pomóc?"

Z takimi słowami spotkamy się w markecie, czy to hiper czy super. Zwykle odmawiałam pomocy bo wiedziałam po co przyszłam. Rzadkością było aby się pytać. Po prostu kobieca intuicja mnie nie zawodziła.
No i dziś wybrałam się do takiego marketu budowlanego po piki montażowe do lustra/ szyby... Co by nie było - są to po prostu kołki szybkiego montażu do których dołączona jest nakładka na śrubkę z gwintem i na nią przykręca się w miarę ładną zaślepkę. - i widać tylko małe srebrne kółeczko, lekko wystające. 
No i miałam zamawiać z alle, alee :) wypatrzyłam, że są w jednym z marketów. Pojechałam. Wpadłam tam gdzie są lustra - w opisie mieli ze są do luster. Niestety nie mogłam znaleźć więc podeszłam do "fachowca" z którym rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

- dzień dobry, czy mogę zająć chwilę?
(f)- dzień dobry, słucham.
- szukam pików montażowych do lustra bądź szkła.
(f) - [myśli..] może pani powtórzyć nazwę?
- piki montażowe do szkła lub lustra, takie co zaślepiają. 
(f) - ale my czegoś takiego nie mamy.
- jak to nie macie, jak na stronie internetowej było?
(f) - [woła kolegę, bo sam poległ] Pani się pyta czy mamy .... może pani powtórzyć?
- piki montażowe do szkła lub lustra.... [zaczyna mnie powoli ogarniać śmiech..]
(f2)- yyyy... a jak to wygląda?
- jak taka zaślepka 
(f2) - to może Pani poszuka na metalowym
- dziękuję, do widzenia .... 

doznałam małego szoku... Panowie nie wiedzieli co mają na stanie, czy to mają i w ogóle nawet nie znali nazwy... Już jak doszłam to owego "metalowego" postanowiłam sama poszukać - i się udało. Chociaż w sklepie spędziłam bite 20 minut, z czego większość czasu straciłam na rozmowę z mało poinformowanymi pracownikami.... 

poniedziałek, 2 września 2013

Są dni że nic nie wychodzi

Czasem tak jest, że co byśmy nie robili to nie chce nam nic wyjść. Ile byśmy sił włożyli to albo się nie uda, albo nam samym sił zabraknie.

My właśnie takie prawie dwa dni mieliśmy w miniony weekend.W sumie zaczęło się od soboty. Chcieliśmy wykończyć już pokój. Złożyć do końca łóżko, pomontować listwy, powiesić kaloryfer i założyć drzwi. No więc zaczęliśmy od łóżka - było prawie ok - poza tym, że myśleliśmy, że nie ma wkrętarki a leżała ona w pokoju obok... Godzina w plecy. Przyszła pora na listwy...w sumie najgorsza pod kaloryferem bo trzeba było ją odpowiednio wyciąć. Co do prostych rzeczy nie należało bo niewiele brakowało aby pękła... No ale jak zaczęliśmy montować grzejnik, puściliśmy wodę w kaloryfer i.... zaczęła się lać woda... źle się zgrzały rurki, mała dziurka a powódź była jakby co najmniej jakaś kanalizacyjna pękła. Zakręciliśmy co się dało. Wytarliśmy na sucho aby panele nie spuchły i dopiero w niedziele to zrobiliśmy, ale też na raty bo moja Gapa pomyliła się ze złączkami i miałam kurs gratis do sklepu po odpowiednią. 

Następnie wzięliśmy się za montaż ościeżnic do drzwi. Miało być takie proste. Tak pięknie to opisali w instrukcji, że nic tylko chwila moment i się prawie same zamontują. Niestety tak nie było. Naprawdę mieliśmy sporo problemu aby je w miarę ustawić. Dziura na drzwi okazała się dużo większa niż była potrzeba i nie mieliśmy wyjścia i trzeba było podczepić trochę karton gipsu aby nie było widać szpary z pokoju do korytarza nad drzwiami. Jak już udało nam się osiągnąć w miarę prosty poziom i pion - w instrukcji kazali przymierzyć skrzydło drzwiowe. No i prawie nam się udało przymierzyć... gdy nagle wypadły wszystkie kliny, wszystkie rozpórki itd itp... a ościeżnica wypadła całkowicie.... drugi raz jak ustawiliśmy ościeżnice to już nie próbowaliśmy przymierzać drzwi... nawet udało się zapiankować je :) 
Z drzwiami do łazienki już tak pięknie nie było... Okazało się że belka górna do ościeżnicy jest mniejsza o 20 cm... Tak więc szlag wziął wstawienie drzwi w łazience.... 

Praktycznie w weekend udało nam się:
- złożyć szuflady do łóżka
- założyć i poprawić kaloryfer 
- położyć listwy przypodłogowe na dwóch ścianach
- wstawić pół ościeżnicy drzwi do pokoju...(na dokończenie drzwi zabrakło nam już czasu)
I najgorsze jest to że te owe cztery punkty powinniśmy zrobić gdzieś w mniej niż jeden dzień a nam to zajęło praktycznie dwa... 

Jedyne pocieszenie jest takie, że jest nowy tydzień i mam nadzieję, że będzie on lepszy. Materac do łózka już przyszedł i nawet pasuje :) brakuje tylko nieszczęsnej kuchni aby się wprowadzić... no i odrobinę porządku. 

P.S. Pozytywnym aspektem weekendu był zakup 18 tiu szmaragdowych, 10 sztuk wrzosów, jednego pięknie różowego wrzośca oraz 3 sztuk winogron - na działce lubego musi zawitać trochę zieleni :)

czwartek, 29 sierpnia 2013

Kupię prawo jazdy...

Jeżdżę do pracy samochodem. Z jednej strony trochę z wygody. Ekonomicznie to średnio wychodzi - bilet na autobus niby "tylko" 100 zł ale... nie jeździ 25 czy 30 min ale (wg rozkładu) ok 50-60 min, o korkach nie wspominając. Do tego w samochodzie zawsze mogę zajechać na jakieś zakupy, do koleżanki czy coś załatwić, z autobusem już tak łatwo nie jest. I chyba najważniejsze to to, że niestety ale mój organizm nie lubi autobusów - zaraz robi mi się słabo, uderzenie gorąca i zimny pot zarazem i prawie padam... Tak więc ze względów bardziej zdrowotnych wolę jeździć samochodem... 

Ale wracając do tematu... Prawko mam prawie 9 lat. Trochę się już najeździłam. Może jakoś super ekstra nie jeżdżę, ale wypadku nie miałam nigdy, policja zatrzymała mnie 1 raz (!) i to miesiąc temu jak jechałam z mamą i babcią na cmentarz... tzw. "rutynowa kontrola". Mandatu też nigdy nie otrzymałam. Więc chyba źle ze mną nie jest. Staram się myśleć za innych kierowców i przewidywać ich nieprzewidziane reakcje. No ale ostatnio przewidywanie reakcji kierowców jest wręcz nie możliwe. 

Mój facet nauczył mnie spokojniejszej jazdy. Zwykle miewałam ciężkawą nogę. Obecnie staram się jeździć przepisowo. Ale jak trzeba przycisnąć gazu to nie zapomniałam jak to się robi :) 

Z pracy wracam właśnie "przepisowo". Nigdzie mi się nie śpieszy. Czy przyjadę 5 min wcześniej czy później nie robi żadnej różnicy. Za to wielu kierowcom robi... Zwykle to aby być wcześniej. 
Nie da się ukryć że mieszkam w Stolicy i rejestracje jeżdżące po Wawce to 1/4 albo i 1/5 rejestracji Warszawskich i okolic a reszta to cała Polska. W większości przypadków jest tak, że niestety te "obce" rejestracje po stołecznych ulicach raczej nie umieją jeździć. To widać ...

Dziś wracając z pracy było kilka przypadków gdzie zastanawiam się czy oni na bank zrobili prawko czy zapłacili za nie aby je posiadać... 

Standard samochody typu bmw, audi, vw golfy.... młode cwaniaki. Prawy, lewy, zaraz znów prawy i oby szybciej. Do tego rzadkością jest używanie kierunków a jak już to jedno mignięcie i to chyba powinno wystarczyć... Ostatnio z rana takiego młodziaka zatrzymała policja (chyba jej nie widział). A jego mina i pozycja wyglądały dość charakterystycznie :) 


Inne sytuacje zwykle jak stoję w jakimś korku np. pas do skrętu w prawo, czy wjazd na wiadukt... też już standard, że znajdzie się mądry co się będzie wciskał na siłę. Mi w sumie szkoda samochodu żeby mi ktoś go przytarł. Ale z drugiej strony- przytrze i to będzie jego wina... a mi powoli wychodzi korozja... może nie ma co ich puszczać - w sumie i tak ich nie wpuszczam. 

Wracając do domu i zjeżdżając z mostu - są dwa pasy do skrętu w lewo. Są światła - wydaje się bezpiecznie. Zwykle jeżdżę lewym pasem bo wiem, że później on skręca w kierunku jakim i ja jadę. No ale najpierw trzeba skręcić w owe lewo z mostu... Nie wiem czy ludzie mają klapki na oczach, czy linie są mało widoczne. Codziennie ile razy bym nie jechała to Ci z prawego zawsze zjadą na lewy pas gdzie w tym momencie aby nie być obtartym trzeba przyhamować. Klakson używany jest u mnie w tym wypadku dość często w szczególności, że spokojnie można zrobić trochę większy łuk aby nikogo nie zahaczyć... ale po co... 

Dziś coś mnie tknęło... Migała babeczka, że chce zjechać... Wpuściłam ją. Zaczął się korek. A ona... Nie zauważyła, że samochody stoją. Nie mam pojęcia jak można tego nie zauważyć. Słońca oślepiającego nie było. No ale cóż. Przywaliła dość nieźle w stojące przed nią volvo... Do tego stopnia, że odpadł zderzak. 
To jest jedna z sytuacji gdzie się nie przewidzi czy ktoś mało rozgarnięty nie przywali we mnie. Nie wiem czego się po ludziach spodziewać, teoretycznie ci co jeżdżą mało prawidłowo czy się zagapią to naruszają podstawowe przepisy, których każdy kto chodził na kurs i zdawał egzamin to powinien znać. Ale z tego co widzę to dużo ludzi tego nie zna. Ba! jeszcze mają np do mnie pretensje, że ich np nie chcę wpuścić. Myślenie takich ludzi zwykle wygląda tak: "ja jadę, chcę skręcić to masz mnie wpuścić"...  no ale ja nic nie muszę... po czym prawie zostaje wyzywana... Trochę przepisy znam i wiem na co mogę sobie pozwolić... 

 Cóż... jazda po "wawce" nie należy do prostych... 

środa, 21 sierpnia 2013

"(...) jutro będzie słonecznie (...)"

No takie słowa pogody zawsze nastrajają człowieka pozytywnie. Żeby nie było - pogodę oglądam rano, przed samym wyjściem do pracy - chyba według mnie jest najbardziej realna. No i co dziś mówili? 

"Rano mogą wystąpić opady deszczu, które po południu przeniosą się w kierunku wschodnim. Po południu powinno wyjść słońce. Temperatura w ciągu dnia ok 23 stopni C".

 Tak więc takim sposobem - ubrałam się dość lekko. Lekka spódnica, bluzka z krótkim rękawem no i lekki sweter - jak by to inaczej w lato. Ale przed wyjściem - wyglądam przez okno - pada jakby jakiś mały deszczyk, no ale zapowiadali słońce. Więc japonki na stopy i parasol w rękę.
Droga do pracy jak to zwykle bywa w deszcz - jak wjechałam dalej w miasto to coraz to bardziej padało... - zrobiły się korki, ludzie jeździć w deszcz nie umieją... Oczywiście, wręcz standardowo - wypadek. W strategicznym "rozgałęzieniu" drogi... Na szczęście nie spóźniłam się do pracy - jechałam tylko 2 razy dłużej. 

No i jest południe... powoli przestaje padać. Trochę cieplej. Jest szansa. No ale wychodzimy dotlenić się w pracy przed 15 a tu zaczyna padać i robi się zimniej. 
Wychodząc z pracy godzinę później termometr w samochodzie wskazywał 16 stopni... W związku, że jechałam do lubego, to w kierunku jazdy do niego deszcz się nie oddalał - wręcz nasilał... 

Wróciłam do domu. Leje deszcz, bo nawet już nie pada... Nie wiem skąd oni biorą te prognozy pogody... może wróżą z kałuż, czytają z kamieni czy inne cuda wianki. 23 stopni nie widziałam ani nie czułam. Za to czułam zimno. Nogi sobie w kałużach ubrudziłam (na mycie nóg to musiałaby padać kranówka a asfalt musiałby być czysty jak stół operacyjny). No i na domiar złego jest mi zimno i zaczyna mnie pobolewać gardło.... 
Dziękuję synoptycy, meteorolodzy i inne pogodynki.... 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Czas płynie jak rzeka

Nie wiem w którym momencie minęło tyle czasu od ostatniego posta. Nie wiem czemu nic nie pisałam, może przez to że dość dobrze miałam "zorganizowany" czas, lecz nie zawsze po mojej myśli był on organizowany. 

Pierwsze co było to ślub brata. Cywilny. Bez wesela. Bez obiadu. Tylko lampka szampana i kawałek tortu. Może i jest to jakieś wyjście, ale chyba nie w wypadku jak się zaprasza z 30 osób... Jak dla mnie to chociaż ten obiad powinien być. No ale cóż... chcieli jak chcieli i zrobili jak zrobili... Jedyne co to ładnie wyszli. Ale dopiero na koniec. Młoda była cały ślub bardzo zdenerwowana, mało się uśmiechała - szkoda bo by było dużo pięknych zdjęć, a tak to tylko jest ich garsteczka. Ale oby im się dobrze żyło... 

foto: Mał(a)gosia
p.s. szkoda, że ja nie mam takiego zdjęcia....

Kolejną dość ważną rzeczy jest to iż dokonaliśmy niemożliwego. W sumie sama siebie podziwiam bo w większości to moja zasługa. Udało nam się (prawie) skończyć pokój w niecały tydzień. Może, jakby zsumować godziny spędzone w mieszkaniu to by wyszły z 4 dni. Sami siebie podziwialiśmy. W sumie zagipsowaliśmy cały pokój, dotarliśmy go, pomalowaliśmy oraz ułożyliśmy podłogę. Praktycznie brakuje teraz listew przy panelach i wyposażenia, które faktycznie stoi gdzieś w przedpokoju w pudłach. 
Ściany mają kolor "kwiat magnolii" oraz "bukiet róż". Co prawda - spodziewałam się tej magnolii trochę mniej różowej. No ale jak nam nie przypasi do końca to po prostu ją przemalujemy na coś jaśniejszego. 




Co prawda to jeszcze zostało nam sporo do zrobienia - niestety... Brakuje przede wszystkim złożonej kuchni oraz sprzętu agd. no ale już zawsze bliżej niż dalej. W miniony piątek nawet już zakupiliśmy drzwi :) wyboru dużego nie mieliśmy, gdyż jak to by było inaczej - sami je będziemy montować. Wyszło dużo taniej niż z montażem. W sumie dowiedzieliśmy się ile tak naprawdę kosztuje montaż... 
źródło i kupno: Castorama 

A tak faktycznie mieszkanie opóźni nam się przez to iż mój samochód odmówił na tyle posłuszeństwa, że przestał jeździć. Padło sprzęgło. Dość poważna usterka. W sumie nigdy nikt mi nie powiedział co i jak. I w sobotę zobaczyłam pierwszy raz jak wygląda owe sprzęgło...



Nawet na mój rzut okiem coś było tu nie tak. Owy "drut" widoczny na drugim zdjęciu powinien być zwinięty i znajdować się w gumie. Poza tym było wszystko przepalone. Co do ostatniego zdjęcia to się okazało że tarcza jest totalnie zjechana i wyląduje w regeneracji bo powinna być z 2-3 razy grubsza (!). No nic. Po prostu zmywarka będzie musiała poczekać. Teraz jest remont samochodu. Za pewne nie wcześniej jak w najbliższą sobotę dopiero będzie zrobiony. No ale tego nie da się przeskoczyć. Owszem mogłam oddać samochód do mechanika a nie do mojego lubego na działkę gdzie sam będzie z ojcem to robił... ale.... Mechanik by wziął kupę kasy a ja niestety się zaczynam liczyć z każdym groszem. Poza tym mój facet - jak zauważyłam również sama - lubi się bawić w mechanikę samochodową więc jest dobrze :) 
Co ciekawsze - kilka dni wcześniej padł samochód moim rodzicom... tak więc pozostaliśmy teoretycznie bez środka transportu, ale praktycznie -mój facet użyczył mi swojego na tydzień :)

Mam nadzieję, że więcej przygód nie będziemy mieć w najbliższym czasie. No i w końcu się wprowadzimy do Naszego (mojego) M2 :)

poniedziałek, 29 lipca 2013

Jak mróweczka w mrowisku

Nie wiem czy wspominałam - zmieniłam pracę. Odeszłam z poprzedniej. Chyba dobrze zrobiłam. Tak mi się przynajmniej jak na razie wydaje. Minął tydzień jak już nie jestem z poprzednią ekipą i chyba się w tym utwierdzam coraz bardziej. Pracy mają coraz więcej. Fakt, że przyjęli dziewczynę na moje miejsce, dobrze, że "głównej" się to udało, bo by została sama. No ale dziewczyna musi się nauczyć co nie co, wiem, że jej to zajmie trochę czasu, jak nie więcej niż trochę.
Odchodząc zaproponowałam, że mogę przyjeżdżać do nich na zlecenie - po pracy - i pomagać im wprowadzać dane, bo wiem jakie to jest skomplikowane i ile pozostawiłam roboty niezrobionej. Oczywiście nie było winą naszą, że są duże zaległości lecz tego, iż potrzeba była wprowadzić najpierw najstarsze dokumenty z 2012 roku. Na początku był optymizm, że "oczywiście", "porozmawiamy jak będziesz już pracowała to ustalimy co i jak". A jak wyszło w praniu? "Niestety Gosiu, na razie nie możemy Ciebie przyjąć, jak coś to się odezwiemy" - przyczyną tego wszystkiego jest tylko i wyłącznie kasa, a raczej jej brak. No cóż. Ja nie zarobię. Oni nie będą jak zwykle na bieżąco tylko standardowo będą wielkie zaległości.

Na pożegnanie ekipy z którą współpracowałam, przyniosłam trochę słodyczy. W zamian dostałam książkę. W sumie się nie spodziewałam żadnego prezentu. Ale miło mi się zrobiło :) Książkę wiem, że wybierała Olcia. Chyba osoba z którą jako jedyną będę miała dość dobry kontakt, może dlatego, że często rozmawiałyśmy sobie nie tylko o pracy ale o wszystkim, o życiu, o problemach.

Mam nadzieję, że w końcu jak skończę mieszkanie wykańczać to wezmę się za tą lekturę :)

Co do nowej pracy. Pracuję już tydzień. Wszystko jest jedną wielką niewiadomą. Jest to jakby korporacja. Zatrudnia baardzo dużo ludzi. Ma kilka spółek-córek. Obecnie poznałam osoby co tak jak i ja zostały przyjęte i same nie wiedzą czego się spodziewać. Ale w sumie są sami mili i młodzi ludzie. Siedzieć będziemy porozrzucani po całym piętrze po kilka osób w open-space-ach. Chyba mi się podoba takie "Mrowisko". Jakby nie patrząc to nowe doświadczenie dla mnie jest. Mam nadzieję, że będzie dobrze i w końcu znajdę pracę która odpowiada mi pod każdym względem. Za pewne jak się dowiem coś więcej to będę pisać. A na razie "moje mrowisko" przedstawia się następująco :)


niedziela, 21 lipca 2013

Samotny obiad

Kryzys jaki ostatnio przeżywała chyba mija, tak mi się przynajmniej wydaje. Bynajmniej na stan obecny wszystko sobie powiedzieliśmy i jest ok. No ale sielanki było niecałe pół dnia. Wyjechał dziś na szkolenie. Moi rodzice pojechali na urlop - 2 tygodnie. Zostałam sama. Nie lubię przesiadywać sama w domu, ale nic na to nie poradzę. Stwierdziłam, że nie będę się zapychać na obiad byle czym. Tym samym obiad jaki wyczarowałam wyglądał ot tak

Jego ugotowanie zajęło mi ok 30 min. Więc można zaliczyć go do szybkich. Podstawą był makaron - ale ciemny (podobno zdrowszy), no i na makaron poszedł sos - czyli
- pół kalafiora
- 4 pieczarki
- 2 pomidory
- odrobina salami
- ząbek czosnku
- zioła prowansalskie
- łyżka mascarpone
- olej (ewentualnie oliwa - której nie posiadałam)

Oczywiście kalafior ugotowany w osolonej wodzie- ale już w małych kawałeczkach (szybciej się gotuje :)).
Następnie do garnka wlałam odrobinę oleju, następnie wrzuciłam pokrojone pieczarki, chwilkę poddusiłam, dodałam posiekany czosnek (wolę go posiekać nożem niż wyciskać przez praskę i tracić cały jego smak i aromat), następnie pokrojone w kostkę pomidory. ok 5 min się dusiło - dodałam łyżkę mascarpone i zioła prowansalskie, a na koniec trochę pokrojonego salami. Później wszystko fru na talerz i póki ciepłe należy zetrzeć odrobinę sera żółtego :)

Szybkie, smaczne i pożywne :)

P.S. Jutro idę do nowej pracy. Pierwszy dzień, nowi ludzie, dużo nowych ludzi, trochę chyba mam stresu, bo nie wiem co mnie czeka. Ale wszystko okaże się jutro :)

środa, 17 lipca 2013

Czy to jest miłość?

Ostatnio w moim związku jest kryzys. Nie mały, raczej taki większy. Nie wiem skąd to się wzięło. Mam wrażenie, że mój wybranek coś się zmienił, ale nie wiem do końca jak. Zaczął mi przygryzać, olewać mnie, zachowywać się jak dorastający nastolatek który sprzeciwia się rodzicom. Oczywiście on wszelkie zarzuty odrzuca, gdyż to ja sobie coś podobno w głowie uroiłam. 

Zaczęło się od głupoty. Tego że miałam, a raczej mieliśmy zwariowany dzień, wróciliśmy, no i wiadomo - zmęczenie. Ja zwykle jak jestem zmęczona to prawie jakby mnie nie było, więc się zbytnio nie odzywałam - co jak na mnie jest rzadkością. Później kolejny dzień i kolejny, próbuje rozmawiać ale gadka się nie klei. W końcu nastąpił dzień ślubu znajomej i podobno to ja się obraziłam. Nie wiem w którym momencie, nie wiem jak. Było ok. Mieliśmy później wziąć pierwotnie tydzień urlopu ale stanęło na 3 dniach - bo on nie dostałby więcej urlopu - oczywiście przesuwaliśmy 2 czy 3 razy te wolne. Po czym się dowiedziałam w ostatnim momencie, hm... nawet chyba nie dowiedziałam ale dostałam wiadomość "mam o 14 jutro spotkanie". Nic więcej. Nic, że nie dostanie na ten dzień wolnego. Nic, że musi być, bo ma zawaloną pracę. Po prostu jak informacja na centralnym typu "pociąg pośpieszny odjedzie z peronu 4". Trochę mnie to wkurzyło. Człowiek chce coś zaplanować i nie może. Fakt może i trochę wybuchłam, ale to że stwierdził po mojej wiadomości, że się "wybielam" - wkurzyło mnie kompletnie (Ostatnio to słowo jest u niego na topie, bo non stop go używa, nawet nie można podać jakichkolwiek argumentów bo to jest już "wybielanie się")

Przyjechał, traktował mnie nawet nie wiem czy okropnie, olewał, omijał - czułam się jak trędowata. W końcu nie wytrzymałam i zapytałam się go "kim dla Ciebie jestem" - jego odpowiedź mnie zbiła z tropu "nie wiem" - czyli co? nie kocha mnie? jest ze mną, żeby po prostu być, mieć kogoś, mieć z kim seks uprawiać? Cała rozmowa a raczej jego zachowanie wywołało we mnie takie emocje, że nie mogłam przestać płakać. Nawet w niektórych momentach się śmiał - co stwierdziłam, że w tym wypadku nie traktuje mnie poważnie. To ja myślałam, że znalazłam miłość, że mam kogoś kogo ja kocham i ta osoba mnie kocha a tu takie zachowanie... Po dłuższej "rozmowie" było jakoś tak w miarę. Wiem po sobie, że po takich sytuacjach po prostu zamykam się w sobie i mało mówię, nie potrafię rozmawiać, po prostu tak mam. 
Nawet gdy wróciliśmy do moich rodziców to sama moja matula stwierdziła, że się mnie czepia za bardzo. 

No ok, wrócił do domu. Już, na wstępie zaznaczył, że cały tydzień się nie widzimy bo ma spotkania, bo może dostanie awans, że musi się starać, zostawać po godzinach itd itp. - OK. W poniedziałek jedzie do Szczecina na jakieś szkolenie. Niech jedzie. Chociaż chyba dla niego najważniejsze było to,że "nigdy nie byłem w Szczecinie, więc w końcu tam będę"... jakoś ja też nigdy nie byłam, i pewnie w najbliższej przyszłości raczej nie będę ale nie rozpaczam z tego, a jakbym miała nawet jechać to się tym aż tak nie podniecam. Zwykle myślę o nim na pierwszym miejscu, ale on chyba o mnie już nie... 
Kolejną sytuacją było to iż stwierdził, że ze wszystkimi się kłócę, że nie potrafię rozmawiać - tak ni z gruszki ni z pietruszki. Patrze na monitor i nie wiem co odpisać. W końcu się go zapytałam co się z nim dzieje, bo zachowuje się właśnie jako nastolatek, że jak minie mu to żeby się odezwał do mnie. 

Nie wiem czy ja ostatnio się zmieniłam, chociaż ja tego nie zauważyłam, poza tym, że na prawdę się jakoś wyciszyłam. Czy on się zmienił przez to że szef obiecuje mu jak zwykle gruszki na wierzbie (dotychczas, żadnego swojego postanowienia nie spełnił) a ten lata za nim i myśli, że coś z tego będzie. Ja wiem, że ani mu za nadgodziny nie zapłacą, ani podwyżki nie dostanie - więc nie wiem czego oczekuje. Co ciekawsze sam mi jakiś czas temu truł, żebym zmieniła pracę bo mało zarabiam, bo nic tutaj nie osiągnę. Teraz ja mu podobnie zaczęłam gadać i jest wielkie halo, że co ja chce.

Sama nie wiem w jakim to kierunku wszystko zmierza. Nie wiem co myśleć. Nie wiem co robić. Czuję się jakbym była w kropce. Czy faceci mogą przechodzić jakieś zmiany, które "owocują" dość dziwnym zachowaniem? Czy to po prostu jakiś etap w ich życiu, że właśnie się buntują jak nastolatkowie? 
Wiem, jedno - jeśli taka sytuacja się dłużej utrzyma to nie wiem jak to będzie z naszym związkiem, a naprawdę go kocham i nie wiem jak wszystko mam sama "uratować"

wtorek, 9 lipca 2013

Ach... co to był za ślub

W miniony weekend nastąpił wielki dzień dla mojej koleżanki M. i jej partnera K. My jako tako się wyszykowaliśmy, oczywiście kilka razy się wracaliśmy bo to a to wino zapomniane (zamiast kwiatka), a to koperta (kilka groszy im się przyda), a to buty na zmianę dla mnie... No ale że mieliśmy bardzo blisko do kościoła to spokojnie mogliśmy się "cofać".

Pod samym kościołem, kilak znajomych twarzy - głównie dziewczyny które poznałam na panieńskim. Siostra pana młodego przyleciała od razu się wycałować :) Młodzi już byli. Ludzi może nie dużo, ale wystarczająco do tego kościoła - sama w nim brałam ślub, więc klimat jest w nim niesamowity. 

Młodzi przyjechali do ślubu czymś niezwykłym. Warszawą. Pięknie się prezentowała, skromnie udekorowana, ale to jest cały styl M. - zawsze była skromna. 




Sama ceremonia ślubna odbyła się w zabytkowym kościele. Kościół jest maleńki - mając nawet ok 50 osób zaproszonych na ślub będzie się wydawało że są tłumy. Ale sam klimat w środku robi naprawdę duże wrażenie. Nie jest to jeden z "odpicowanych" na maxa wnętrz kościelnych. Wszystko raczej starają się trzymać w tym, starym stylu. Oczywiście, żeby zrobić w nim zdjęcie naprawdę trzeba mieć dobry sprzęt, który poradzi sobie z raczej dość ciemnym wnętrzem. 


Po ślubie wyruszyliśmy w drogę - też dość krótką, ale zawiłą - do sali weselnej. Krótka bo niby ile można jechać 10 km. A zawiła bo się okazało, że przebudowali główną drogę więc trochę było kręcenia żeby skręcić w odpowiednim momencie, a jak już skręciliśmy to napotkaliśmy na roboty drogowe. Niewiele brakowało i byśmy się spóźnili. A za nami - jak to na weselach bywa - sznurek błądzących aut ;)

Co do samego wesela i całej otoczki. Stoły były trzy. Młodych i świadków, rodziny i znajomych. Na każdym miejscu stała karteczka z imieniem i nazwiskiem. Rozmieszczenie osób wydaje mi się że zaplanowali dość dobrze bo nikt się nie przesiadał :) Co do jedzenia to na stołach jego dużo nie było, aleee... porcje ciepłych posiłków były tak duże i smaczne, że ciężko było je przejeść. Nawet mój M. nie miał problemu jak powiedział, że niestety nie je mięsa - chwile później kelnerka przyniosła specjalnie danie dla niego. 



Zespół również był świetny. Nawet śmiem stwierdzić, że nie byłam na weselu, żeby ktoś tak dobrze grał i śpiewał, i to różnego rodzaju muzykę. Tak, że muzyka dopisała do zabawy. Typowych oczepin nie było. Może 3 czy 4 spokojne konkursy.Z tego co wiem, to nawet młodzi nie chcieli, żadnych dziwnych akcji. 

Ale chyba najważniejsze, że młodzi się wybawili, byli zadowoleni i było widać to jaka ich łączy miłość :)  

czwartek, 4 lipca 2013

Zachowania ludzi

Nie zrozumieć kogoś to wcale nie jest sztuka. Wystarczy użycie innego słowa, czy powiedzenie innym tonem niż by się wydawało. Gorzej jest jeśli ktoś obwinia "mnie" że coś zrobiłam a tego faktycznie nie zrobiłam. 

Prosta sytuacja - z sąsiadką przyszłą i chyba niestety niedoszłą. Napisałam jej że mi się zrobiło przykro z pewnego powodu. Ale prawie od razu wyszło że "się sfochowałaś" czy "obraziłaś". Nie wiem czemu ludzie od razu łatki przypisują, że jak się ktoś nie odzywa czy właśnie jest mu przykro to od razu jest obrażony. Fakt ja ręki nie zamierzam wyciągać pierwsza, nie ze złośliwości czy coś, ale po prostu to chyba ona powinna zrozumieć (chyba nawet szybciej niż ja bo jest starsza) że trochę się nie zachowała fair wobec mnie a pomimo tego ma jeszcze pretensje. Boli mnie to, że na początku było fajnie, dogadywaliśmy się itd itp. Po czym się właśnie dowiedziałam, że nie mamy wspólnych tematów, czy zainteresowań... Trochę wygląda to jak "celowe usprawiedliwianie się" - bo chyba tak to naprawdę wygląda. Przecież można powiedzieć czy napisać wprost - wybacz ale mam inne zdanie na ten temat. Ok. Przecież po to jest demokracja i wolność słowa, żeby każdy miał prawo mieć inne zdanie. Tak czy inaczej nadal jestem rozczarowana zachowaniem "sąsiadki".

Z innej beczki. Po namowie mojej "przełożonej" (do której jesteśmy na "TY") zaczęłam szukać pracy. Ona szuka już pół roku to i mi poradziła żebym szukała bo tutaj kokosów nie będzie. Do tego wszystkiego ostatnio nawet nie wiemy kiedy wyjdzie pensja. Więc typowe koczowanie z miesiąca na miesiąc. No ale za słowami koleżanki zaczęłam wysyłać CV. Może nie w jakiejś hurtowej ilości, ale na wybrane i odpowiadające mi oferty pracy. 
W zeszłym tygodniu odezwała się do mnie pani z większej spółki, zaprosiła mnie na rozmowę na wtorek. No nie mam co tracić więc jadę. Tyle, że z pracy urwać się muszę trochę bo bym się nie wyrobiła. Jak to powiedziałam owej "koleżance-przełożonej" to szczęścia w jej oczach nie widziałam. Raczej coś na zasadzie zazdrości, zawiści. Chyba nawet wiem skąd to pochodziło. Sytuacja za pewne miała być taka, że to ona znajdzie szybciej pracę i zostawi mnie z całym pierdzielnikiem i będę musiała się z tym bujać. Nie wzięła pod uwagę tego, że może być odwrotnie. No ale cóż... Stwierdziłam, że chyba powinnam się przestać przejmować innymi a zająć się sama sobą i własnym życiem. 

Jak wcześniej wspomniałam, rozmowa odbyła się we wtorek - akurat w dzień kiedy zaczął się upał. Dostałam mały teścik - 5 pytań. Szybko przeczytałam i rozwiązałam, aż Panie rekrutujące były w szoku. 30 min rozmowy i do domu. Uczucia - mieszane. Nawet nie wiem jak wypadłam. Ale dość szybko przestałam myśleć o tym bo jechaliśmy po meble. Wieczorem siadam do maila i czytam od Pani co mnie zaprosiła maila "... jednocześnie miło mi powiadomić, że jesteśmy zainteresowani współpracą z Panią. Jeszcze w tym tygodniu otrzyma Pani informację odnośnie szczegółów zatrudnienia". Byłam w szoku. Zrozumiałam, że się dostałam. Jakoś po najbliższych nie było widać tej radości co mnie najbardziej chyba zabolało. W pracy również nie powiedziałam nic że przeszłam rekrutację. Tyle co opowiedziałam jak było na spotkaniu, i że wyniki mam dostać za tydzień. Od Pani H. usłyszałam "jakby Ciebie chcieli przyjąć to by od razu Ci to powiedzieli tego samego dnia" - no fakt powiedzieli/ napisali ale one o tym nie wiedzą. Jestem ciekawa ich reakcji jak się dowiedzą co ich czeka. Chociaż będzie za pewne podobnie jak przy tym jak powiedziałam, że idę na rozmowę. 

Moja Matka nie wyrażała radości z tego, że mi się udało, no ale cóż. Całe życie mnie traktują oschle. Ale wczoraj wracając do domu gnębił ją jeden wątek - ILE będę zarabiała - odpowiedziałam jej, że nie powiem, że nie chcę (Zrobiłam tak,  z tego względu, że za dużo zawsze o mnie wiedzieli, jak coś chciałam zrobić to miałam milion pretekstów żeby nie robić czegoś po swojemu tylko po ich myśli). A jaka była reakcja mojej Matki? Obraziła się. Przez to, że nie powiedziałam ile dostanę wynagrodzenia, no i że o tym wie mój M. Ja jej nigdy nie zrozumiem, zawsze obraża się o głupoty, robi awantury z niczego - mam tylko nadzieję, że na starość ja taka nie będę. 

Ogólnie zauważyłam, że otaczają mnie ludzie którzy nie lubią sprzeciwu. Chcą, żeby wszystko szło po ich myśli a nie po mojej. Ja zawsze myślałam o innych ale inni o mnie już nie. Nie wiem jak zostałam wychowana w ten sposób, lub może sama się tego nauczyłam jak zaczęłam pracować. Teraz tylko mogę czekać na rozwój następnych wydarzeń i reakcji innych ludzi na moje postanowienia.