poniedziałek, 3 lutego 2014

Twierdza Modlin cz. I

Północny mur obronny samej Twierdzy Modlin

W minioną sobotę wpadłam na pomysł aby wybrać się do Twierdzy Modlin. W sumie już kilka razy planowaliśmy ale zawsze było coś innego. Tak czy inaczej Twierdza nas cały czas ciągnęła aby do niej pojechać, aż tak daleko nie mamy, ale zwykle co najbliżej to najtrudniej tam dojechać. Ale w końcu podjęłam decyzję, że sobotę rezerwujemy na "małe łażenie". Oczywiście chodzenie w zimie a w lecie jest zupełnie inne. Raz że lżej jest człowiek ubrany, dwa, nie trzeba po kolana grząźć w śniegu i nie wszędzie dotrzeć, a trzy - ręce nie marzną, co zauważyłam po ostrości niektórych zdjęć. No, ale mam nadzieję, że to przebolejecie - oczywiście tą nieostrość. 

Samo trafienie na jakieś zabudowania/ruiny było nie lada wyzwaniem. Ale po małym krążeniu po okolicy w końcu trafiliśmy. Trafiliśmy na Redutę Napoleona. Jedna z najstarszych budowli na terenie wokół Twierdzy. Z tego co podaję źródła, powstała ok 1807 r. (!)
Po prawej część Reduty Napoleona, a po lewo mój Potwór ;)

Wokoło niej był kompleks tzw. Działobitni. Już po samym spacerze wokół i częściowo w środku, można uznać, że są to pomieszczenia, schrony, po prostu kompleks pomieszczeń dobrze zorganizowany (i ukryty), obstawiam też, że samowystarczalny. 
Główne wejście do Działobitni. 

Zauważyliśmy, że większość budynków - tych w lepszym stanie, są normalnie użytkowane przez ludzi. Nie wiem co mają tam, może garaż, jakąś piwnice, schowek. Tak czy inaczej, widać, że są one używane, co nas miło zaskoczyło, gdyż budynki należą do całego kompleksu zabytkowego. 

Zachowały się nawet numeracje budynków 

Z przodu widoczny budynek a z góry... budynku nie ma 
  
Infrastruktura pomimo swoich lat jest nawet dobrze zachowana.

Kiedyś robili z porządnych materiałów choćby okienka nad drzwiami - nawet nie zardzewiały mimo upływu aż tylu lat
Prawdopodobnie jest to część zniszczeń odniesionych podczas obrony z 1939 r.

Jeden z budynków dość mocno zniszczony przez wielokrotne podpalenia - ale - stoi

Niestety warunki pogodowe (śnieg) nie pozwolił nam na dokładniejsze zwiedzanie. Może też przez to, że nie do końca wiedzieliśmy co może na nas czekać w ziemi (np. jakaś tak zwana "dziura"). Bynajmniej - na pewno tam wrócimy jak będzie cieplej, no i dodatkowo zaopatrzeni w dobre latarki no i może jakiś znajomych ;)

Szereg pomieszczeń do których mieliśmy ochotę wejść 

Następnie udaliśmy się w kierunku samej Twierdzy. To co nam się ukazało oczom, naprawdę jest nie do opisania. 
Północna strona murów obronnych Twierdzy Modlin

Jest to budynek bez końca. Ile pracy trzeba było aby go wybudować to sobie nawet nie jesteśmy w stanie wyobrazić. Oczywiście im dalej szliśmy, tym się okazywało że potrafił mieć z pewnością 3 piętra w dół, a czy więcej? Wzdłuż Północnych murów przeszliśmy w tą i  z powrotem ok 3 km. Mury jak twierdzą źródła - są jednym z najdłuższych budynków koszarowych w Europie. Całość ma 2250m  - żałujemy że nie udało nam się przejść w około całej. 

Idąc jednak spacerem przez śnieg udało nam się napotkać inne "zabudowania", które zachowały się w dość dobrym stanie.
Brama Ks. J. Poniatowskiego (Wrota Michajłowskie)

Brama ks. J. Poniatowskiego nawet brała udział w filmach - "CK Dezerterzy". Wybudowana w pięknych latach - 1837 r. - nazywana do 1918 jako "Wrota Michajłowskie"
i znów zachowane starodawne elementy, nawet się zastanawialiśmy czy brama też jest z "tamtych" czasów 

Idąc dalej napotkaliśmy prochownię.
Oznaczenia sprzed wieku? 

Brakowało nam latarek aby wleźć do środka 

Wielkość zawiasów w drzwiach - zaskakująca 

Nawet w środku bywał porządek. 

Wnętrze jednej z prochowni 


Prawdopodobnie Brama Północy

Widok na plac wewnątrz murów obronnych - koszar. To "okrągłe" to Wieża Wschodnia Biała 

 Z tego co mogliśmy przejrzeć na mapkach turystycznych to nawet nie obejrzeliśmy 1/4 wszystkiego. Pewnie na późną wiosnę/wczesne lato "zaatakujemy" ponownie Twierdzę, aby lepiej pozwiedzać wszystko co w niej się znajduje. Ponadto planujemy odwiedzić każde z miejsc - fortów Twierdzy Warszawa ;)
Tak więc zwiedzania jest trochę przed nami.

Jeszcze wcześniej nie wspominałam, że z 1,5 roku temu wybraliśmy się aby ujrzeć na własne oczy Spichlerz Zbożowy który znajduje się naprzeciw samej Twierdzy. To, że szliśmy w 40 stopniowym upale, totalnie nieprzygotowani (standardowo - spontan), w chmarze komarów...to nic... widok zrekompensował nam wszystko co możliwe :)
Połowa Spichlerza, Wschodnia część, Zachodnia uległa zniszczeniu. 

Więc teraz czekamy na cieplejsze dni. A ja w sumie na zdrowie, bo chyba przez to łażenie z lekka się przeziębiłam. 

niedziela, 26 stycznia 2014

Ręczna robota.

Miniony tydzień do lekkich nie należał. Niestety obecnie moje życie w pracy sponsoruje słowo "konsolidacja" którą chcę czy nie ale trzeba jakoś uzgodnić. Może nie byłoby zamieszania gdyby"
- faktury spływały na bieżąco
- merytorycy nie trzymali w opisach faktur od 14 dni do 2-3 m-cy 
- moja koleżanka z którą obrabiamy daną działkę pracowałaby a nie obijała się.
W sumie najgorsze jest to że pracuję ze "starym pracownikiem". Czyli Asia najpierw załatwia swoje sprawy, później bierze się niby za robotę ale nie wykonuje tego co najważniejsze ale to co najmniej pilne... Trochę to człowieka denerwuje, ALE mam nadzieję, że moja praca i nadgodziny przyniosą jakieś efekty i czymś zaowocują. 

W związku z dłuższym pozostawaniem w pracy musiałam sobie niestety odpuścić zumbę. Jestem z tego powodu bardzo niezadowolona, ale wiem, że po prostu mój organizm nie dał by rady. 

Jednak żeby nie siedzieć bezczynnie w domu, musiałam sobie znaleźć jakieś zajęcie. W zeszłym tygodniu zakupiłam kordonek i szydełko - stwierdziłam, że sama sobie zrobię serwetę na komodę. W sumie na dwie komody. Tym samym musi być ona bardzo niewymiarowa bo długa i wąska, a takowej nigdzie bym nie zakupiła. Zacząć ją oczywiście zaczęłam, jedną część już skończyłam. Potrzebuje jeszcze z 4-5 takich części i później razem je połączyć i obrobić - czyli trochę roboty jest. Plusem jest to, że robiłam tą małą serwetkę w niecały tydzień.

No i w piątek - oglądając wspaniały polski film - "Galimatias czyli kogel mogel 2" - ujrzałyśmy z moją matulą piękną chustę, oczywiście jak to kiedyś było - ręcznie robioną, którą miała na sobie "mama Kasi". W sumie taka chusta przydatna i w zimie - opatulić się pod szyją, i w pracy - nakryć się jak chłodniej jest, no i na cieplejsze już miesiące - aby nie nosić grubych kurtek tylko na siebie taką chustę narzucić. Pomysł momentalnie podłapałam. W sobotę podreptałam po nici i szydełko (do włóczki potrzebne jest większe). No i zaczęłam dziergać - Już jakiś efekt jest. Ale wiem, ze jeszcze trochę czasu mi zajmie aby ją zrobić, im dalej się robi tym dłużej. 
Teoretycznie mogłabym zrobić drugie pół i zakończyć, ale ja zamierzam zrobić naprawdę taką duuuużą chustę :) Mam nadzieję, że skończę ją w miarę szybko. Oczywiście jak ją skończę to zaprezentuję się :)
(tam na górze zdjęcia widać szerokość moich nóg - możecie sobie wyobrazić jej obecną wielkość :) )

A tak na marginesie. Kwiat jaki dostałam od babci okazał się strasznie zarobaczony.Zastosowaliśmy kurację wypłukiwania starej ziemi. I posadziliśmy go w nowej doniczce. Mamy nadzieję, że będzie mu w niej dobrze.

I jak już zaczęłam o przesadzaniu kwiatka to postanowiliśmy posiać trochę warzyw i przypraw aby mieć swoje. Wszystko przez to, że mamy dość duży balkon i w cieplejsze miesiące będzie gdzie to trzymać. Najlepsze jest to, że musieliśmy odwiedzić dwa różne sklepy z sieci LM. Wszystko przez to, ze w jednym były tylko i wyłącznie skrzynki a w drugim podstawki do tych skrzynek :D politykę mają niezłą :) Oczywiście ja pierdółka nie przewidziałam ile ziemi wejdzie do skrzynek no i było "nie no daj spokój, weźmiemy dwie po 10l i starczy" I starczyło na jedną skrzynkę i zabrakło do kwiata -fikusa - babcinego. Poza tym okazało się, że jedna rzodkiewka posiadała tyle nasionek, że 3/4 skrzynki zajęła... i tym samym mamy jedną skrzynkę rzodkiewek (jedne rzodkiewki to mix kolorowych, drugie natomiast to odwrócone zwykłe, czyli środek czerwony a z zewnątrz są białe) :) 

Mam nadzieję, że w następny weekend dokupimy i skrzynek i ziemi - chyba już co najmniej 50l :)Bo do posiania mamy jeszcze:
- brukselkę (na opanowaniu napisali że w 1g jest 300-350 nasion a opakowanie to 2g - nie wiem czy jedna skrzynka na nią wystarczy)
- jarmuż (poleciła nam ją kobiecina z działu ogrodniczego, podobnego coś do szpinaku, tyle, że podobno z lekka inny smak - jak urośnie i zbierzemy plony to się wypowiem)
- czosnek niedźwiedzi (różnica między zwykłym a nim jest taka, że w nim to są liście aromatyczne i jadalne)
- szczypiorek 
- koperek 
- bazylia 
Tak więc spokojnie z 3 skrzynki będzie trzeba dokupić. W sumie dobrze, że w sypialni mam sporo miejsca na trzymanie sadzonek :) Ponadto planujemy jeszcze coś dokupić. No i na pewno na wiosnę w donicy staną pomidory koktajlowe :) 

Zawsze chciałam mieć swój mały raj - idziemy jak na razie w dobrą stronę :)

środa, 22 stycznia 2014

Woda

Każdy z nas wie co to jest woda, jaką ma barwę, jak smakuje itd itp. Woda występuje w różnych miejscach - w górach u początku źródła, z chmury deszczowej, w butelce w sklepie, w jeziorze czy w kranie w mieszkaniu. Właśnie ta ostatnia "lokalizacja" mnie najbardziej nurtuje. 

Każdy z nas w mieszkaniu używa wody do mycia się, prania, zmywania, gotowania, podlewania kwiatków, herbaty/kawy, do miski psa wymieniać można w kółko. Sama przy wyborze sprzętu używającego wodę starałam się na jakiś ekonomiczny, mało jej zużywający, w końcu za nią się płaci no i codziennie chcąc czy nie używa się jej. 

Mój problem dotyczy sąsiadów zza ściany. Oczywiście mam sąsiadów z dwóch stron. Ale tylko jedni mnie nurtują, bowiem ... codziennie słyszę jak leje się u nich w łazience woda (sąsiaduje razem z moją łazienką). Może i było by to znośne gdyby nie to, że odgłos tej wody jest na tyle głośny, że jeśli pójdę wcześniej spać to potrafi mnie ten szum obudzić. Ktoś pomyśli, że się czepiam, lecz tyle ile osób się u mnie w mieszkaniu przewinęło, za każdym razem jak był "szum" to goście się pytali:
"o jejku co tak głośno szumi?"
Moja odpowiedź, oczywiście dla nich była dość zaskakująca "woda w łazience sąsiadów". Mina - bezcenna. 

Ale do rzeczy. Wiem kiedy się myją - 2 razy dziennie rano ok 6 a wieczorem ok 23. Wiem kiedy piorą - nie ma tutaj już cykliczności, bo oczywiście można rozróżnić i pranie ręczne i automatyczne. Ile wody zużywają na wszystkie czynności - do oszczędnych nie należą ;)
Owy szum nie jest takim typowym laniem się wody, że słychać "plumkanie". Raczej byłabym skłonna powiedzieć, że za ścianą jest istny wodospad Niagara, chyba nawet moja pralka czy zmywarka ciszej chodzą. Co ciekawsze tego lania wody nie słychać wyłącznie w łazience. Odgłos niesie się po całym mieszkaniu. Dla porównania znalazłam filmik. wystarczy to "brzęczenie" wykluczyć i poczujecie się jak u mnie w mieszkaniu http://www.youtube.com/watch?v=nUpLxXupJl4

Co do konkretów. Miłe to nie jest. W sumie jestem ciekawa czy oni słyszą jak ja leję wodę. Chociaż nie wydaje mi się, bo jedyne rurki jakie są w dzielącej nas ścianie są od umywalki której używam wyłącznie do mycia zębów i rąk. Co ciekawsze rurki od wanny były mocowane na zewnątrz - może oni zamontowali je niezgodnie z tym co jest i wbili je w ścianę? Może nie zastosowali otuliny na rurkach? Mają dziwne krany?
Nie potrafię na te pytania sobie odpowiedzieć. Wiem, że my przynosząc krany ze ściany "sąsiedzkiej" na swoją sypialnianą nie słyszymy takiego szumu wody, ba! prawie w ogóle nie słychać jak się ktoś myje. 

 Mieszkam zaledwie 3 miesiące a ten dźwięk jest po prostu męczący. No ale co - mam się zapytać sąsiadki "no cześć, słuchaj czy wy słyszycie jak my lejemy wodę? bo my wiemy kiedy i jak często się myjecie"
Temat po prostu głupi jak but, lecz niestety upierdliwy. Nie wiem do końca jak i w ogóle co z tym zrobić. A jeśli owe rurki zamontowali wewnątrz ściany to co - mam kazać im zdzierać płytki i je poprawiać? No więc pies pogrzebany. Ale znów jak pomyślę, że mam z tym szumem żyć np 10 lat to szlag człowieka trafia. 

No i tak się waham od 2 miesięcy co mam z tym fantem zrobić. 
Dziś - nawet pomimo, że akcja "nadgodziny" w pracy jest dość obszerna, tym samym jestem zmęczona, ale co z tego... ok 23 obudzi mnie szum... szum wody z kranu sąsiadki....

niedziela, 19 stycznia 2014

Okna

Kilka dni temu pisałam, że zakupiłam materiał na firanki do pokoi - głównie zależało mi na firanach w sypialni bo okna były po prostu puste. Ale jeśli zamówiłam za niewielką cenę materiał do sypialni to i również skusiłam się na salon i normalną firankę (obecnie były to 4 sztuki na szelkach zakupione w LM, gdzie strasznie denerwowało mnie jak się krzywo układały - chyba jestem lekko pedantyczna). 
Prócz firan zakupione zostały jeszcze gipiury oraz taśmy - aby lekko "upiększyć" gładkie woale. Nie powiem - cena gipiur trochę mnie przeraziła - ale moja mama stwierdziła, że mnie odciąży z tego wydatku. 

Samo szycie trwało dość sporo - prawie 8 godzin. Ciężko było nam wymierzyć firany do salonu. W sumie trochę źle zrobiłyśmy i w sypialni już się na błędzie nauczyłyśmy że trzeba było po długości na samym początku ciachnąć. Ponadto w salonie mam brak słynnych "żabek" więc musiało być naciągane na rurkę... i to sprawiło nam sporo czasu - przemyślenie jak zrobić żeby było i naciągane na karnisz i z taśmą Ale udało się.


W sypialni miałam już od dawna w głowie pomysł. W sumie był to pomysł na salon ale ilość firan po prostu by mnie przeraziła cenowo (2 x 6-7 metrów). Tak czy inaczej. Firaneczki są i jest o wiele przytulniej :)



p.s. zyskałam "nowego" kwiatka - fikusa - w sumie jest on już jak mebel patrząc na jego gabaryty :)

p.s. przyjaciel dzik postanowił dziś nas ponownie odwiedzić. Moi rodzice nie mogli się nadziwić jego rozmiarów :)

sobota, 18 stycznia 2014

Zupa krem paprykowo-pomidorowa

W ostatnim czasie jak przyjeżdża "potwór" staram się robić coś innego. Padło tym razem na zupę krem z pomidorów i papryki.



Jest to zupa bardziej ostra, więc dla osoby co nie lubi trochę ostrzejszych rzeczy nie będzie znakomita. Jej przygotowanie trwa o wiele dłużej niż tej z groszku. Ale mimo tego wyszła dobra. Przepis trochę zmodyfikowałam. 

Składniki (dla 2-3 osób)
- ok 0,5 kg pomidorów
- ok 0,5 kg papryki 
- pół kartoniku sosu pomidorowego (w zależności jak gęsta wyjdzie zupa - jeśli rzadsza to proponuje go dodać) 
- 4 ząbki czosnku (najlepiej aromatycznego polskiego a nie chińskiego)
- zioła prowansalskie (w przepisie był wyłącznie tymianek i do tego jeszcze żywy...)
- 1 cebula (dla uznania albo zwykła - będzie ostrzejsza zupa, albo czerwona)
- trochę oliwy
- 0,5 l szkl wody. 
- pieprz, sól
- starty ser żółty
- mogą być też grzanki - niwelują trochę ostrość zupy


Pierwszym etapem jest podzielić pomidory i papryki na cztery cząstki, wyciąć co nie jest potrzebne, ułożyć w naczyniu żaroodpornym, rzucić pokrojony w pół czosnek no i posypać zdrową ilością ziół. Wstawić naczynie na jakieś 30 minut do piekarnika (230 stopni ) aby łatwiej było zdjąć skórkę z warzyw. 
Później obrane wszystko - sru do gara :) dodaje cebulkę i odrobinę oliwy, po chwili wodę. Gdy chwilę się pogotuje. Blenduje wszystko w miarę dokładnie. I w tym momencie widać po konsystencji czy trzeba dodać sosu pomidorowego czy nie. Dodaję następnie sporą ilość pieprzu, odrobinę soli oraz jeszcze trochę ziół. 
Podgotować. Nałożyć do talerza, posypać odrobiną startego sera oraz ewentualnie dorzucić grzanki. 

Smacznego :)

czwartek, 16 stycznia 2014

Witam Panie, Panie Dzik

Są rzeczy, małe, które potrafią mnie nastroić totalnie pozytywną energią. W sumie niewiele mi potrzeba. Koleżanka z pracy nazywa mnie "pchłą" bo podobno wszędzie mnie pełno i do tego jestem jak małe dziecko - rozgadana na wszystko co możliwe :) 

Dziś po zmierzchu ujrzałam grupę dzików przed swoim blokiem - w sumie za blokiem gdzie jest lasek. Godzina 17 jest na tyle dziwną porą - jak jest śnieg, że niby jest ciemno ale jeszcze niebo w miarę jasne. Nie chciałam ich płoszyć więc starałam się zdjęcia robić bez żadnych fleszy. Załapał się tylko odyniec. Dość sporawy. 


Myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy jednak idąc do sypialni po piżamę, wyglądam przez okno a jeszcze bliżej stał dzik. Wylatuje na balkon w samym swetrze na bosaka oczywiście z aparatem - dzików było dużo więcej. W sumie 7 sztuk. 

W końcu przeszły koło mojego balkonu (ogrodzenie które widać jest jakieś 2-2,5 metra od balkonu). A ja cały czas oczywiście prawie rozebrana.


I co z tego, że boli mnie gardło. Co z tego, że zmarzłam. Najważniejsze, że udało mi się sfotografować te piękne zwierzęta, a ponadto usłyszeć je jak "chrumkają" :) 

środa, 15 stycznia 2014

Tolerancja

We wtorek w Stolicy w słynnym Empiku miało się odbyć spotkanie promujące książkę Anny Grodzkiej "Mam na imię Ania". Książka opisuje przemianę jaką przeszła będąc na początku chłopcem i stając się finalnie kobietą. Niestety albo dla niektórych stety. Do promocji książki nie doszło bo wparowała grupa mężczyzn wykrzykując hasła:
"zakaz pedałowania"
"Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę"
"Nie tęczowa, nie laicka, tylko Polska katolicka"

Jest to temat dość drażliwy do podejmowania. Wiem, że wiele osób nie chce go podejmować, nie chce negatywnych opinii usłyszeć, jakiś zarzutów czy obelg. 

To jak się ci ludzie zachowali w miejscu gdzie zwykle zachowuje się kulturalniej, odbiega chyba od norm. Ja rozumiem emocje, niechęć, brak tolerancji, ale czy trzeba coś psuć aby pokazać to swoje zdanie? 

Kilka tygodni wcześniej była sobie Tęcza. Zwykła najzwyklejsza tęcza na Placu Zbawiciela. Obecnie jest to kupa zardzewiałego, brzydkiego metalu, szpecącego to miejsce. Ale oczywiście trzeba było ją podpalić bo niektórym kojarzyła się tylko i wyłącznie z osobami homoseksualnymi. Ja jakoś jej nie kojarzyłam z czymś co "obrzydza" to miejsce. Wręcz przeciwnie. Tęcza pozwoliła pokolorować to miejsce, dzięki niej stało się ono bardziej kolorowe. Było kolorowe i ponownie jest szarą nudną rzeczywistością. 

Ja się pytam dlaczego? Dlaczego w ludziach jest tyle złości, braku zrozumienia i tolerancji. Oczywiście można kogoś lub czegoś nie lubić ale czy trzeba od razu wszystko psuć? Nie jestem w stanie tego zrozumieć. Jak dla mnie osoby homoseksualne są tym kim są. Nie przeszkadzają mi zupełnie. To ich życie i ich sprawy. A to, że czują się lepiej zmieniając płeć, to tylko i wyłącznie ich sprawa. Nawet ich po części rozumiem. Każdy z nas ma prawo być szczęśliwym. Ułożyć sobie życie. Z tą różnicą, że pewną przyszłość przeżył w skórze np. chłopca/mężczyzny, a drugą część życia jako już kobieta. Ale oczywiście cześć ludzi stwierdza, że jest to choroba, że trzeba to leczyć, że trzeba takie osoby eliminować z populacji. Zapewne kilkanaście bądź nawet kilkaset lat temu osoby takie również żyły, różnica była taka, że po prostu się nie ujawniali. Ale z drugiej strony czemu mają żyć w ukryciu jak w jakiejś piwnicy. Według mnie to ludzi którzy stwierdzają, że homoseksualiści to nie są "normalni" ludzie, powinno się leczyć. Każdy z nas powinien tolerować to jaką kto drogę życia sobie wybrał. Kto wie czy na przykład taki homoseksualista nie jest katolikiem wierzącym i praktykującym? Nic niczego nie wyklucza. Co do legalizacji takich związków również nie mam żadnych ale, chcą niech się związują z kimś na całe życie. Nie widzę w tym problemu. 
Jedyne do czego mam pewne wątpliwości to adoptowanie, wychowywanie dziecka w takim związku. Może dlatego, że nikt nie przedstawił jak to może naprawdę wyglądać, przedstawiane są same negatywy. Dlatego w tej sprawie moje zdanie jest na równoważni, czyli tak zwane - "nie wiem", "nie mam pojęcia". 

Tak czy inaczej. Każdy z nas ma prawo do decydowania o własnym życiu. Nikt nie powinien nam narzucać swojego zdania. Jeśli mi np. by ktoś zabronił rozwieźć się z ex mężem to też nie byłabym szczęśliwa, ba..., obstawiam, że byłabym wielce nieszczęśliwa i bym zrobiła wszystko co możliwe aby się od niego uwolnić. 
Podobnie jest z osobami homoseksualnymi. Oni się duszą w skórze takiej w jakiej się urodzili, dlatego też zmieniają płeć, dzięki czemu są szczęśliwsi. 

No ale jak widać mamy w kraju sporą część ludzi nie akceptujących tego. Chcących aby inni nie byli szczęśliwsi od nich. Natomiast PANIĄ Grodzką podziwiam, że jest już tak odporna na takie obelgi jakie usłyszała, bo obstawiam, że nie był to pierwszy raz. Niestety takie sytuacje bolą serce osoby której dotyczą, co może doprowadzić w późniejszym czasie tylko do tragedii...

wtorek, 14 stycznia 2014

Niezadowolenie II = obrażenie się.

Niestety, albo i stety, jest to w pewnego rodzaju kontynuacją tematu link którego główną rolę gra Panienka E, czyli moja znajoma. Ostatnie jej marudzenie na mnie raczej nijak wpłynęło, pomimo lawiny tekstów, które bardziej przedstawiały babcię moherową aniżeli dziewczynę przed trzydziestką. No ale może miała cięższy dzień (teraz wiem, że to nie był cięższy dzień tylko ona tak się po prostu zachowuje). 

W poprzedni wtorek wysłała do mnie wiadomość że ma prośbę. Ogólnie zawsze słucham i staram się ludziom pomagać. Otóż chciała zdjęcie do CV, gdyż te co ma (co chyba robił jej fotograf) totalnie jej się nie podobają. W związku, że posiadam aparat bardziej amatorski niż profesjonalny, ale chcąc nie chcąc jest to lustrzanka. Zdjęcia staram się robić najlepiej jak mogę, gdyż jest to moją pasją. Tak więc wszystko co jest związane z aparatem - jestem raczej na TAK. No więc zgodziłam się ale... 
trochę czytałam, przeszłam częściowo kurs fotografii online (muszę go w końcu kiedyś dokończyć), mam całe trzy obiektywy i kilka filtrów, pomimo tego małego asortymentu jestem świadoma jak się robi zdjęcia do CV czyli tak zwane dowodowe. Od razu powiedziałam jej wprost: 

- aby wyszło dobre zdjęcie, potrzebuje dobrego światła, o tej porze roku najlepiej jest robić zdjęcia w dzień, bo niestety nie posiadam ani lamp ani blendy (to co odbija światło), poza tym potrzebne jest białe tło aby wyszło wszystko ok.

Niestety pomimo mojego może i długiego a może krótkiego opisu koleżanka uparła się na zrobienie zdjęć przed zajęciami z zumby czyli o godzinie ... 19:00 - czyli ani światła, ani tła, nic kompletne nic. Ale zgodziłam się nie obiecując cudów. 

W jej mieszkaniu pomimo większego metrażu niż u mnie, ilość światła jest dość znikoma. Co z tego że ma 5 czy 7 włączników światła w jednym ciągu, jeśli jeden pstryczek włącza z 3 słabe światełka. Szukałam jasnej ściany. Owszem miała jasne ale nie białe. Czyli jak dla mnie lipa. Ogółem zwykle trzeba trochę się pobawić aby zdjęcie przy dupnym oświetleniu wyszło w miarę naturalnie. W sumie najlepsze oświetlenie miała w przedpokoju ale... nie było tam wolnej ściany a kolor ścian był soczyście brzoskwiniowy.. W między czasie oczywiście dowiedziałam się, że owe zdjęcie ma być również do dowodu... 

Tak czy owak, po kombinacjach zrobiłam z kilkanaście zdjęć. Widziałam, ze szału nie było. Oczywiście był tekst "no pokaż jak wyszłam, bo chce zobaczyć". Zobaczyć zdjęcie to można na kompie jak się je powiększy i zobaczy wszystkie "wady". 
Kilka dni później obrobiłam z tej małej sterty (ok 30 zdjęć) tylko 4. Tylko, bo tylko te nadawały się na cokolwiek. Oczu nie miała zamkniętych, mały uśmiech, balans kolorów był raczej zachowany, ściany udało się rozjaśnić jak tylko się dało, no i przede wszystkim były ostre. Ogółem, siedziałam z 2 h aby obrobić te zdjęcia. Jak już to zrobiłam to wysłałam jej na maila po czym zaraz dostałam wiadomość sms:

-dzieksik (w ogóle co to za słowo dzieksik?? ) za fotki ale mam pytanie gdzie reszta, napstrykałaś 30 a przesłałaś 4 hm..

No ja wprost napisałam "te były najlepsze" no co mam pisać głupoty. Taka prawda i już. Po czym kolejny sms:

- hmmm tylko jedno mi się podoba 

Już nie odpisałam. Kurna. Nie dość, że robię komuś przysługę to jeszcze mu coś nie pasuje. Stwierdziłam, że jeśli chce mieć cacy zdjęcia to fotograf czeka. Tylko, że taki fotograf co ma sprzęt i siedzi w studiu oczekuje zapłaty... 
Dla ciekawości dałam mojemu M. do obejrzenia fotki bo sama nie wiedziałam czy coś schrzaniłam, ale jego tekst raczej mnie upewnił że wszystko jest ok (ona mi się totalnie nie podoba, ale jakbym tylko takie zdjęcie zobaczył to nawet może bym na nią spojrzał). Ponadto obejrzała je również koleżanka z pracy i stwierdziła, że owa koleżanka wyszła ładnie. Więc o co jej chodzi - nie wiem. 

Chociaż to nie koniec całej historii :P 
Najlepsze z tego wszystkiego jest to, że obraziła się na mnie :) jak mała dziewczynka, tylko ja nawet nie wiem za co. Czy za zdjęcia czy za to że w piątek sobie odpuściłam ćwiczenia. Tak czy owak potraktowała mnie jak powietrze. W sumie sama wybrała drogę jak postąpić. Ja jej nie zamierzam podpowiadać co ma robić. Jeśli zamierza się obrażać o jakieś bzdety to jej wybór, tylko niech się później nie zdziwi czemu nie piszę do niej, ewentualnie rozmawiam na różne tematy podczas np spotkania na ćwiczeniach. Niech siedzi ze swoim facetem z którym de facto zbytnio nie rozmawia, który się wstydzi innych ludzi (sama się do tego przyznała, gdy siedziałam z nią jak zemdlała w sklepie po czym wyprosiła mnie bo jej chłopak się mnie wstydzi :) ) oraz wymyśla coraz to nowe dziwne akcje które nie jednego faceta by wkurzyły. Ja jej tylko współczuje, bo już jeden facet od niej uciekł. Mam wrażenie, że jeszcze trochę i zrobi to drugi a na dodatek pozbędzie się wszelkich znajomych poprzez swoje niezadowolone i obrażalskie zachowanie. Cóż. Tylko jej można współczuć - głupoty. 

P.s. Kończąc optymistycznie - w końcu przyszedł materiał na firanki do sypialni :) mała rzecz a cieszy :)

niedziela, 12 stycznia 2014

Zupa krem z groszku

Przez pewien czas nurtował mnie temat "zup-kremów". Wszystkie na zdjęciach prezentowanych w gazetach, na stronach internetowych czy innych środkach przekazu masowego, zachęcały aby taką zupę zrobić. Oczywiście kilka razy już nawet sobie przepisywałam składniki aby je kupić ale nigdy do tego nie doszło. 

Ostatnio będąc na zakupach zauważyłam groszek mrożony. Stwierdziłam, że może spróbuję w końcu zrobić takie cudo. Poza tym jest to coś zawsze innego niż standardowe-niemięsne drugie danie (chyba już kiedyś wspominałam, że mój facet nie jada mięsa, więc nie jest proste zrobienie typowo polskiego "standardowego" obiadu). 

Przepis jaki znalazłam nie był skomplikowany. Wystarczyło połączyć wszystkie składniki ze sobą a następnie je zblenderować, czyli:
- 3 szklanki bulionu (w moim wydaniu była to po prostu woda i dodana wegeta ale nie taka w ładnym opakowaniu, mam warzywniak który robi naturalną wegetę czyli same suszone składniki, jest ona dużo bardziej aromatyczna niż ten proszek w sklepach a ponad to nie ma nic chemii w sobie. 
- 1 cebula
-  całe opakowanie mrożonego groszku (w przepisie były znów 3 szklanki)
- 2 łyżki masła
- sól, cukier (kto co woli)
- i oczywiście śmietana i groszek ptysiowy do przyozdobienia, w moim wydaniu zamiast groszku były grzanki. 

Czas przygotowania tego cuda naprawdę jest świetny. Wystarczy zagotować bulion, wrzucić wszystko do środka, poczekać aż się podgotuje (aby np groszek się rozmroził ;) ) i podać na talerzu. Tak więc zajmuje to max 30 min.


Smak, również jest niezły, z pewnością lepszy niż krupnik :) Mój facet się zajadał. Zjadł 1,5 talerza. Stwierdził, że jest świetne, nawet lepsze niż standardowy makaron z warzywami.  

Tak więc zupa krem wyszła nieźle. Teraz już nawet zakupiłam składniki na kolejną zupę-krem tym razem paprykowo-pomidorową :) 

p.s. Lubię gotować, w szczególności jak mój facet się zajada i chce dokładki. Ale co najciekawsze - nigdy nie próbuje swoich potraw przed podaniem. A jeśli już to robię to bardzo rzadko i nawet nikt jeszcze się nie otruł :) 


wtorek, 7 stycznia 2014

Zespół pałacowo-parkowy w Jabłonnie

Poniedziałek, Święto Trzech Króli, Dzień Wolny.
W związku, że zapowiadała się ładna pogoda na wolny dzień (a nie jak zwykle padał deszcz) to postanowiliśmy się wybrać na małą wycieczkę. Daleko nie ruszaliśmy zaledwie kilka kilometrów do Jabłonnej. Właśnie tam mieści się zabytkowy pałac oraz park. Mieliśmy ochotę ruszyć się trochę po dniach świątecznych spędzonych głównie przy stole. Wcześniej moja mama wyczytała, że w Wilanowie jest jakiś wyjątkowy festiwal światła. Jednak po chwili zastanowienia zrezygnowaliśmy z jednego prostego powodu "będzie masa ludzi". Tym sposobem Jabłonna zwyciężyła w tym pojedynku (w sumie do Wilanowa na te labirynty światła mamy ochotę wybrać się w jakiś czwartek kiedy to wejście jest darmowe :) )

Co całego kompleksu wchodzi się przez bramę i dość długą drogę prowadzącą do dziedzińca pałacu. Niestety nie wszystko po wojnie się zachowało w stanie pierwotnym. Z pewnością zabrakło fontanny przed samym pałacem, ale to już można sobie samemu wyobrazić jak to mogło wyglądać. 

Dużą zaletą jest to, że nie ma żadnych wybetonowanych ścieżek. Idzie się po prostu między drzewami. Widać gdzie bardziej jest wydeptane, ale nie ma przeciwwskazań aby zboczyć trochę z kursu. 
To co nas najbardziej urzeka to fragmenty starych budowli, które może nie zachowały się w całości, ale ich wygląd daje również sporo do myślenia :) 
Spotykaliśmy wiele osób uprawiających sport w parku - biegających, rowerzystów czy spacerowiczów z psami. Bo chyba najważniejsze czego nie dodałam to wejście na teren parku jest całkowicie darmowe, co więcej, jest również furtka z wyjściem na wał wiślany, więc każdy może wstąpić i pospacerować :)

To co nas chyba zaskoczyło to mini-łuk triumfalny z wygrawerowanym na szczycie napisem "Poniatowskiemu" co oczywiście sugeruje, że pałac do Poniatowskich należał. 
Wielki może nie jest ale za to w dość dobrym stanie :)

Przed samym pałacem, który nie jest żadnym muzeum ale normalnie użytkowanym lokalem (restauracją, hotelem, galerią sztuki czy miejscem konferencyjnym, tym samym nie wstępowaliśmy do niego, chociaż przez okna hotelu można było dostrzec meble z czasów właśnie XVIII w. ) stoi oryginalny zegar słoneczny, z wygrawerowaną datą w cyfrach rzymskich. Nam niestety słońce zrobiło psikusa i czasu nie chciało pokazać - a szkoda. 

Chyba więcej nie mam co opisywać.Spacer po parku udał się znakomicie pomimo przesiąkniętych butów mojego lubego (który dostrzegł pęknięcia w podeszwie jak mu się wilgotno zrobiło :) ) Z pewnością miejscem do odpoczynku i wyciszenia się jest idealnym :)

p.s. oczywiście najpiękniejsze i najbardziej tajemnicze miejsca znajdują się za ogrodzeniem, miejscem nie dostępnym dla "zwykłych" ludzi. A nas korciły pytania "co to było" "czy należało też do pałacu" "a może to stara oranżeria" mnożyło się ich wiele... 

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Niezadowolenie = zazdrość

Od pewnego czasu zaczęłam chodzić z koleżanką na zumbę. W sumie to ona mnie na nią namówiła, bo była okazja na słynnym portalu wyprzedającym takie okazje jak np wejściówki. Więc w sumie się zgodziłam, chyba przez to, że dużo czasu siedzę i w pracy i w domu, zawsze trochę ruchu się mi przyda. Ogólnie podchodzę do zajęć z luzem - pomimo, że nie znam układów, kroków, melodii, z uśmiechem - bo to gwarantuje dobrą zabawę. 

W miniony piątek wybrałyśmy się na kolejny raz - w sumie spodziewałam się, że będzie sporo dziewczyn bo to po świętach większość chce się ruszyć. Tym samym spotkałam się ze znajomą. Od samego początku usłyszałam: "o matko, dużo dzisiaj będzie bab, wszystkie przyszły po świętach.".  Już te słowa zapowiadały że chyba dobrego humoru nie ma. A raczej - ma chyba gorszy niż zwykle. Jeszcze nie widziałam jej żeby cieszyła się z czegoś, żeby była zadowolona z tego co ma, z tego co osiągnęła. Ale nie. Trzeba ponarzekać, że jest źle, niedobrze, gorzej jak u innych itd itp. Czyli prawdopodobnie jest statystycznym Polakiem który lubi sobie ponarzekać i pogadać jak to źle się żyje...

Staram się być optymistką, więc takie marudzenie nie jest w mojej naturze. Ale jak słyszę coś takiego to zastanawiam się co ludzie chcą zdziałać takim działaniem. Poza powyższym tekstem usłyszałam:
- o boże znowu te baby...

- a te to wszędzie chodzą i w pierwszych rzędach są i tylko się podwalają do instruktorów

- o matko ta baba nie normalna w dzinsach chce ćwiczyć? przecież jej się tyłek spoci

- czujesz jak śmierdzi coś? takimi sikami?

- czytałam o tamtej że chodzi codziennie, i co taka gruba jest

I wiele więcej słyszałam, ale jakoś wpuszczałam jednym uchem a wypuszczałam drugim. Jakoś nie zwracam uwagi na to jak ktoś jest ubrany czy jak się zachowuje. Każdy jest z nas specyficzny i wyraża siebie w określony przez siebie sposób. Mojej koleżance to nie pasowało. Może zazdrości? Miała chęć obgadania czegoś? Ja na pewno dobrą osobą to takich pogadanek nie jestem. 
Zanim zaczęliśmy ćwiczyć powiedziała:
- chodź bliżej, nie jesteśmy już pierwszy raz, nie chce jak ten ćwok być w ostatnim rzędzie...
no cóż. odpowiedziałam jej że mnie nie rusza w którym jestem rzędzie ale to ile będę miała miejsca dla siebie aby nikomu krzywdy nie zrobić. Te słowa jakby utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie tylko ma sporo kompleksów ale też patrzy na to co inni o  niej powiedzą, co sądzą - więc musi być "idealna". 

Chyba w nosie mam taką idealność. Wolę być sobą na 100% i szczęśliwą niż udawać kogoś innego i tłumić wszystkie emocje w sobie. Tak czy inaczej - kobiety z zajęć dla mnie wyglądają na dość sympatyczne, pełne energii i przede wszystkim - szczęśliwe, czego brak mojej znajomej. 

czwartek, 2 stycznia 2014

"jaki Nowy Rok taki cały rok"

Te słowa zna chyba każdy z nas. Nie wiadomo do końca czy to jest prawda, jakiś przesąd czy po prostu zwykłe słowa wypowiedziane i przekazywane kolejnym pokoleniom. Tak czy owak postanowiliśmy gdzieś się wybrać (w związku z tym iż sylwestra spędziliśmy w domu bez szaleństw).

Słynne "gdzieś" nie było sprecyzowane, więc trzeba było coś wymyślać ale średnio się chciało... wtem mój telefon zabrzmiał radosnym dzwonkiem... dzwoniła moja mama z pytaniem czy jedziemy z nimi do Łazienek. Spadli z pomysłem jak z nieba - "pewnie, że tak". 

Nawet nie spodziewaliśmy się, że tak milo spędzimy południe pierwszego dnia nowego roku. Uzbrojeni w bułkę i orzechy ruszyliśmy do parku. Nie raz widzieliśmy, że ludzie z ręki karmią wiewiórki - chcieliśmy zobaczyć jak to jest. Nasze oczekiwania zostały więcej niż spełnione. 


Nie spodziewałam się, że taka nasza pospolita "Baśka" jest bardzo delikatna i piękna, byliśmy zachwyceni tym jak są oswojone. Jak chrupały to tylko chciało się je pogłaskać. Nigdy nie byłam tak blisko Rudej.



Prócz wiewiór na darmową wyżerkę załapały się też... sikorki, które równie ochoczo siadały na dłoni skubiąc orzeszki.

Zjadły wszystko co było możliwe, chociaż bliżej zmierzchu wiewióry się pochowały, sikorki też udawały się już na spoczynek. Tak czy inaczej południe spędziliśmy miło i z uśmiechem :)

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Święta, święta i po świętach jest zaraz Sylwester

Święta minęły mi w tym roku niezwykle szybko. Może przez to, że miałam urlop i wcześniej zaczęłam przygotowania. Może przez to, że były to pierwsze wspólnie spędzone święta z ukochanym. Tak czy inaczej, trzy dni minęły zanim się obejrzałam. Wiele osób pisze o atmosferze świątecznej i rodzinnej. Owszem jest to ważny dzień, lecz dla mnie najważniejsze jest to, że spotykamy się całą rodziną, rozmawiamy, nikt nie pędzi gdzieś dalej. Taki STOP, każdy bierze oddech i rozgląda co się wokół niego dzieje. Po czym po trzech dniach wrzuca ponownie jedynkę i zaczyna jechać dalej. My się na tym stopie trochę dłużej zatrzymaliśmy. Może jesteśmy w tym wieku, że najważniejsze jest to, aby cieszyć się każdą chwilą, każdym momentem, na pośpiech po prostu nie ma miejsca. W sumie to ON mnie tego nauczył i dziękuję mu za to. 

No ale... po świętach kilka dni pracy i przełom. Sylwester. Żegna się stary rok i wita hucznie nowy. W związku z tym, że urlop pozwolił mi na przemyślenia i podsumowania mogę je tu wypisać (eseju z tego raczej nie będzie :) ) 

Najważniejsze i chyba największe wydarzenie tegoroczne to wykończenie mieszkania i w końcu po 9 miesiącach zamieszkanie w nim. Pomimo że klucze odebrałam przed samymi świętami w zeszłym roku to wprowadziłam się dopiero na początku października. Trwało to długo, ale satysfakcja, że wszystko sami zrobiliśmy, bez niczyjej większej pomocy,że dużo pieniędzy przez to mogłam oszczędzić i wykończyć więcej niż inni, naprawdę daje poczucie pewnej radości. Jedyne czego mi brakuje to zamieszkania ze mną Lubego. 

Kolejnym ważnym wydarzeniem była zmiana pracy. Zawsze chciałam pracować w jakiejś mniejszej korporacji. Trafiłam może nie do typowej korporacji ale największej w naszym kraju firmie głównie transportowej. Cel kilkuletni osiągnęłam. Pomimo, że pracuję pół roku to jestem bardziej niż zadowolona. Nie ma wyścigu szczurów. Jestem w wydziale gdzie każdy chętnie innemu pomaga. Jest dużo humoru i śmiechu. Prawie jak z jakiegoś filmu, chociaż nie... w filmach zawsze jest najpierw źle a później po wielkich trudach albo cudach dobrze albo odwrotnie. Tak czy inaczej. Jest to sukces. 

Wypadek. Pierwszy raz od momentu kiedy odebrałam prawo jazdy miałam wypadek (czyli od 9 lat). Nie z mojej winy. Z winy młodego chłopaka co miał z pół roku prawko. Brawura. Przywalenie w mój samochód. Zwolnienie 2 tygodnie + gratis kołnierz ortopedyczny. Jednak po wypadku zrozumiałam na własnym ciele czemu osoby po wypadkach dużo gorszych boją się wsiadać do samochodu. Sama zaczęłam z lekka się bać. Za każdym razem jak wsiadam do samochodu zastanawiam się czy nic się nie wydarzy. Niestety nie przewidzę toku myślenia innego kierowcy. Jak np 3 tygodnie temu koleś otrąbił mnie na skrzyżowaniu, wjeżdżając na czerwonym... Samochód za mną przyhamował... I myśl tu za takiego "mądrego"

To czego nie udało mi się w tym roku zrealizować - zrobię w kolejnym :) 
Mam nadzieję, że:
- uaktywnimy się z naszymi wyprawami w plener bliższy i dalszy zabierając przy okazji aparat,
- rozwinę dalej swoje możliwości operowania urządzeniem jakim jest aparat (w tym roku nie miałam zbyt wielu okazji),
- w końcu zamieszka ze mną M. - chyba o tym najbardziej marzę i pragnę,
- dokończę mieszkanie,uzupełniając je o drobiazgi m.in fotografie - mam nadzieję że mojego Lubego namówię na wspólne zdjęcie - niestety przez prawie 3 lata żadnego się nie dorobiliśmy. 

a czy coś więcej się urodzi to się okaże w najbliższym zbliżającym się wielkimi krokami roku. 

Tym samym, dla tych co czytają i tych co przeglądają albo nie to ani to życzę Szczęśliwego Nowego Roku, Spełnienia Marzeń, DUŻO Zdrowia i drugie tyle miłości. Najlepszego 2014 :)

piątek, 20 grudnia 2013

Zuzia

Moi rodzice są szczęśliwymi posiadaczami małego psa. Owy pies to suczka - Zuzia. Oddali jej całe swoje serce, to ona jest najważniejsza w domu, nikt inny tylko ona. Oczywiście nie da się jej nie kochać, tym samym i częścią mojego serca zawładnęła. Dla mojego taty jest ona oczkiem w głowie. 

Obecnie jestem na urlopie. Nawet nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam na 2 tyg urlopie...Kładę się spać o której mój organizm zapragnie, tak samo jest rano - śpiochem jestem niesamowitym.

Dzisiejszego ranka jednak nie mój organizm się sam obudził tylko telefon o 7:00 od mamy. 
Szybko oddzwoniłam, bo o tej porze telefon to nie jest nic normalnego.
- No co się stało?
- Z Zuzią trzeba jechać do weterynarza, całą noc miała biegunkę, teraz załatwia się krwią... (słyszę to zmęczenie nieprzespanej nocy i obawy o ich maleństwo)
- Dobra za jakieś 15-20 minut będę, tylko się ogarnę. 

Wchodząc do rodziców mieszkania, widzę psiaka który na co dzień tryska energią a tym razem chodzi skulona, trzęsąca się, prosząca o pomoc. Psiak w koc, w siatkę pozostałe rzeczy i do samochodu. Zwykle po samochodzie ona lata, jest ciekawa świata. Teraz nic nie drgnęła. Jest z nią naprawdę źle. Weterynarz, młoda dziewczyna, widać, że zaspana (mamy lecznicę 24h), obadała ją, nie potrafiła podać przyczyny, 4 zastrzyki (aż mi się słabo od ich ilości zrobiło), no i musi zostać na obserwacji do południa. Po południu pojechałyśmy po nią. Ze względu iż jest bardzo małym psem dość szybko się odwodniła, ponadto w prześwietleniu nic jej nie wyszło. Prawdopodobnie wirus, taki nawet ludzki - grypowy. 
Zabrałyśmy ją do domu. Zostałam u rodziców aby jej przypilnować i obserwować. Nadal była strasznie osowiała. Jak nie ona. Tak jej szkoda było. Siedziałam przy niej cały czas, tylko wtedy zasypiała. 


Wieczorem ponowna wizyta u weterynarza. Z psem lepiej. Nawet już trochę odżyła, machała ogonkiem. Kolejne 3 dni to jazda z rana do weterynarza do zastrzyki z antybiotyku. 

Mały pies, a tak człowiek potrafi przy nim latać, chyba czasem bardziej jak nawet niektórzy mają się zaopiekować drugą osobą. Ale pies przynajmniej okaże podziękowanie poprzez pomachanie ogonem, przytulenie się czy zabawę z nim. Nie potrafię sobie wyobrazić jak ludzie mogą traktować takie zwierzęta, mniejsze lub większe w okrutny sposób. Teraz akurat zacznie się "sezon" na kupno zwierzątka pod choinkę, a na ferie lub wakacje schroniska są przepełnione. 

Sama chciałabym posiadać jakiegoś zwierzaka u siebie w domu, ale... głównym argumentem na "nie" jest pozostawienie go na ok 10 h jak ja będę w pracy. Chyba bym nie potrafiła. Jak na razie pozostaje mi się cieszenie z Zuzią. 

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Razem a jednak osobno

Jestem z moim facetem już spory kawałek czasu. W zeszłym roku odebrałam klucze do mieszkania, tego wymarzonego, małego własnego. Myślałam sobie cały czas że będzie to NASZE małe mieszkanko, miejsce gdzie będziemy mogli cieszyć się sobą, spędzać czas a może z czasem dorobić się jakiegoś potomstwa. Minął już 2 miesiąc jak mieszkam sama. Sama opłacam rachunki, sama śpię, sama sprzątam, sama oglądam telewizję... sama, sama, sama....

Nie tak to miało wyglądać... nie do takiego wymarzonego mieszkania dążyłam. Mój facet przyjeżdża co weekend z torbą podróżna i po 2 dniach wraca do swojego domu z rodzicami, a ja zostaje sama jak ten palec. Czasem ściany mi odpowiedzą "na zdrowie" jak kichnę. 
Nie wiem kiedy on się przeprowadzi, niby głównym jego problemem jest praca i dojazd do niej. Miał ją zmienić no i tak zmienia, że nic nie może znaleźć, a może nie chce? Ja sama jak mieszkałam u rodziców pracowałam niedaleko niego i codziennie pokonywałam odległość właśnie taką jak on ma i jakoś żyję. A on chyba tego nie potrafi. Może nie chce odpowiedzialności. 

Wiem jedno. Źle mi z tym, bardzo źle. Czuję się bardzo samotna. Nie czuję się jakbym miała kogoś. Co z tego że on jest te 35 km ode mnie... nie ma go tutaj. Tu gdzie chciałam żeby ze mną mieszkał. A On.... nie wiem co myśli, co planuje. 
Zaprosił swoich rodziców na drugi dzień świąt niby do nas... Ale jakie nas? chyba do mnie. On jest tylko dojazdowy. Zostawił mnie z problemem wymyślenia menu na obiad oraz wysprzątaniem całego mieszkania, bo on przecież musi pomóc rodzicom... a ja... ech... 

Rozmawiałam z moją mamą dziś. Widzę, że boją się o mnie i moją przyszłość. Lata swoje na karku mam. Niby M. jest fajny ale... nie potrafi podjąć tych odpowiedzialnych decyzji. Chce budować dom, ale co z tego jeśli ze mną nie chce mieszkać. Dziwił się mi że denerwuje się że samochód mi się zepsuł i muszę kupę kasy wydać na jego naprawę. Moja mama stanęła po mojej stronie odpowiadając, że czemu się dziwi jak sama się muszę utrzymać i wiążę koniec z końcem jako tako... Gdyby nie oni i ich obiady mogłoby mi nie starczyć na jedzenie... Jest to przykre ale niestety prawdziwe. On chyba nie do końca sobie zdaje sprawę z tego wszystkiego. 

Zadał mi dziś pytanie:
- co chcemy od moich rodziców pod choinkę?
- Ale jak to chcemy?
- no prezent wspólny
- ale jaki prezent wspólny jeśli ja mieszkam w Warszawie a Ty w Pruszkowie, to o jakim wspólnym prezencie mówimy? bo dla mnie jest to nie realne. 

Chyba lekko go zatkało, ale niestety taka jest prawda, bolesna prawda.

Obecnie mam urlop. Siedzę w domu. Nie mam na nic ochoty. Na żadne żarty. Na rozmowy. Łzy same napływają na samą myśl o tym wszystkim. Co z tego że go kocham jak on nie jest w stanie zamieszkać ze mną. 

Dziś kolejna noc w pustym zimnym mieszkaniu ... 

niedziela, 15 grudnia 2013

szkolenie integracyjne

Zawsze słyszałam że istnieje coś takiego jak "szkolenie". W poprzednich pracach nigdy się nie dowiedziałam co to znaczy i jak wygląda ten stwór. W obecnej pracy w związku z tym iż jest to bardzo duża jednostka, otrzymaliśmy wiadomość o wyjeździe szkoleniowym, a co za tym idzie również integracją (naprawdę takie rzeczy istnieją ;) )

Zostaliśmy poinformowani z czasem, gdzie ma być, kto jedzie i jaki jest plan zajęć. Byłam w na tyle dobrej sytuacji, że mogłam sama na miejsce pojechać, w sumie wynosiło mnie tyle samo co do pracy ale komfort jazdy własnym samochodem (który w drodze powrotnej się rozkraczył i musiał mnie ktoś zholować) to również zaoszczędzić mogłam sporo czasu. 
Szkolenie trwało 2 dni. w sumie 14 godzin szkoleń. Łatwo nie było. Celem jaki sobie firma postawiła było zintegrowanie całego wydziału finansowego, który liczy bagatela... ok 170 osób. Oczywiście cel został w 100% wykonany. Łatwiej będzie nam się z pewnością pracowało po tym jak się lepiej poznaliśmy. 

Między dwoma dniami. Nasze szefostwo zadbało o to abyśmy naprawdę dobrze się zintegrowali i tym samym kolacja była "niespodzianką" o której każdy dobrze wiedział, gdyż wcześniej wyciekł w biurze plan wieczoru pod tak zwanym pseudonimem "wizyta mikołaja". 

Nie spodziewaliśmy się, że szefostwo aż tak dobrze zadba o to aby ten wieczór był wyjątkowy. 

                                                   

Jako że nie jestem strasznie pijąca, i umiejąca bawić się bez alkoholu - to tylko wypiłam symboliczny kieliszek (pity chyba z 5 razy - dobrze że nikt mi nie dolewał). Po kolacji pojawił się DJ. W sumie bardzo dobry bo imprezka trwała od 20 do jakiejś 2, ponadto parkiet był cały czas zapchany na ile się tylko dało. Nikt chyba tego się nie spodziewał. 

Naprawdę wieczór można uznać za udany. Ale żeby nie było zbyt nudno. Ja postanowiłam być oryginalna - oczywiście ja i moje głupie pomysły :) i postanowiłam "przebrać się" za renifera :)  Po czym się okazało, że jestem jedyna i każdemu się to spodobało, Każdy moje rogi przymierzał i chciał w nich zdjęcie :) Aby ukazać efekt - załączam zdjęcie ze sobą (chyba dopiero pierwszy raz) oraz z kolegą - mam nadzieję, że nie miałby nic za złe :) 

Ale podsumowując, poza dwoma przypadkami mało dorosłego zachowania się podczas integracji, było naprawdę fajnie. Poznaliśmy się bardziej dogłębnie, co oczywiście ma na celu lepsze funkcjonowanie całego działu. Mogliśmy się poznać w luźniejszej atmosferze. No i w końcu pośmiać się i pogadać bez ograniczeń :)
Mam nadzieję, że jeszcze nie raz spotka nas jakieś szkolenie integracyjne :) 

p.s. minęły 3 dni od owej zabawy a mnie nogi nadal bolą. chyba się wyszalałam za wszystkie czasy :)

p.s.2: oczywiście mój samochód zbuntował się totalnie. Przez samymi świętami 3/4 pensji pójdzie na jego naprawę - chociaż wszystko jest dość dziwne bo już go robiliśmy... nie wiem czy coś po wypadku nie zadziałało negatywnie na cały układ jaki się w samochodzie znajduje. Tak czy owak 2 dni wspominam dobrze :)

czwartek, 5 grudnia 2013

Każda matka dba o zdrowie....

Każda kobieta, no może prawie każda, marzy o dziecku, potem zachodzi w ciążę i rodzi się nowy mieszkaniec świata. Małe dziecko które z początku nie potrafi o siebie zadbać tylko robi to właśnie matka. Daje mu jeść, przewija, bawi się, rozmawia, wychodzi na spacery..... Dla większości jest to normalne oczywiste, że muszą zapewnić jak najlepsze warunki do rozwoju swojego malucha. 

Ostatnio, kilka razy wracając z pracy zdarzyło mi się, że musiałam przyhamować bo właśnie jedna z takich super-opiekuńczych mam weszła na pasy lub w miejscu gdzie ich nie ma przed jadący samochód. Może i ze mną nie ma zbytnio problemu bo staram się jechać wolniej tam gdzie są pasy (ludzie często nie patrzą czy coś jedzie tylko idą). No ale zdarzają się "wariaci" gdzie nie jadą te max 50 km tylko odpowiednio dużo więcej (ich zasada jazdy chyba opiera się na założeniu "muszę być pierwszy, nie może mnie nikt przegonić"). 

No ale wracając do tematu. Jak wchodzi pojedynczy człowiek to jeszcze jakoś się mu uda uciec, podbiec, bądź kierowcy jakoś uniknąć i ominąć ów człowieka. No ale jak taka matka wchodzi gdzie najpierw pcha wózek.... 
I tak się zastanawiam czy taka matka zdaje sobie sprawę z tego co robi? przecież jeśli będzie jechał rozpędzony samochód (w szczególności, że obecnie robi się dość wcześnie ciemno), nie zauważy nic i będzie może nie po kobiecie ale po dziecku na pewno. Przecież chyba powinno być dla niej najważniejsze żeby dbać o zdrowie swojego dziecka, i robić wszystko żeby było zdrowe. A tutaj takie wyskakiwanie na ulicę. Przecież to przeczy wszystkiemu co ona wcześniej robiła. A później byłby płacz i rozpacz bo to kierowcy wina. Ok. jeśli jechał za szybko to się zgodzę ale jeśli jechał przepisowo a mamusia pomyślała "wyjdę na ulicę, przecież i tak się ktoś zatrzyma" no to wina leży tylko po stronie matki pchającej wózek. 

Inną sytuacją jaka mnie spotkała było, gdy jechałam dość powoli za autobusem. Nagle jak przejechał autobus na pasach pojawia mi się kobieta ciągnąć za rękę synka - tak, tak wlazła między mój samochód a autobus gdzie była dość mała odległość. Oczywiście hamulec, dobrze że nikt za mną nie jechał. po czym krzyknęłam "kobieto co Ty robisz, normalna jesteś?". I to co usłyszałam to mnie zamurowało. Nie będę tego cytować bo cenzura i dobre wychowanie mi na to nie pozwala. Tak czy owak, mały chłopczyk wszystko widział i słyszał. 
I znów to samo pytanie - czy ona wie co robi? przecież takie wychodzenie przed samochód to jest tak jakby iść po linie z zamkniętymi oczami i albo się uda albo nie. 

Niestety takie widoki, że matki ciągną swoje dzieci przez ulicę gdzie nie ma pasów, czy pchając wózek nie patrząc czy coś jedzie zaczynają być coraz częstszym widokiem. Co najgorsze, jeśli dziecko jest już na tyle starsze, że chodzi i rozumie co się mówi i co robi - widząc, że się przebiega po ulicy samo będzie za jakiś czas to naśladować. 

Ja sama nie mam dzieci, z pewnością za jakiś czas będę je posiadać. Ale na pewno nie zamierzam pchać je na ulicę czy pasy i bawić się w ruletkę. Po prostu bym nie potrafiła. Obecnie jak nawet gdzieś idę to nie przebiegam przez ulicę. Staję przy pasach i czekam, i czekam aż się ktoś zatrzyma. Tak również zamierzam wychować swoje dzieci. Bo to chyba matka powinna dbać całym sercem i rozumem o zdrowie własnego dziecka. 



poniedziałek, 2 grudnia 2013

Szczerość czy Chamstwo?

Ostatnimi dniami - mając na uwagę forum mieszkańców do którego należę - nie mogłam się połapać w tematach. W jednym wątku było z 50 tematów, ciężko było znaleźć coś konkretnego, coś ważniejszego (dobrze, że są te wyszukiwarki). No i za ciosem - stworzyłam wątek w którym prosiłam osoby mające dostęp do porządkowania aby to z lekka zrobiły bo się zrobił bałagan. Nie miałam na uwadze, ani nikogo obrażać, ani wyzywać, po prostu taki apel za równo do administrujących jak i mieszkańców (Ci drudzy nawet trochę zaczęli się porządkować).

Po kilku dniach zauważyłam u siebie wiadomość - dosyć rzadko je odczytuje bo po prostu ich nie widzę to raz, a dwa - żadnych szczególnych mym sercu osób nie ma więc żadnego spinania się o szybkie odpisanie nie było. 
Otrzymałam wiadomość od pani K. o której już raz wspomniałam (http://malagosias.blogspot.com/2013/09/kultura-wymaga.html). 
Wiadomość nie była napisana w radosnej tonacji, raczej tej drugiej - wrogiej. No i cóż się dowiedziałam? 
1. Mój facet ma dostęp do forum i powinien robić porządek
2. Ja mam za dużo czasu wolnego
3. W związku z wolnym czasem powinnam zrobić porządek. 
4. Pani K. nie ma na to czasu. 

Kawałek czasu się zastanawiałam czy odpisać czy dać sobie spokój. Spokoju sobie nie dałam głównie przez słowa "masz za dużo czasu wolnego". Dużo to może nie mówi, ale już raz ta oto osoba stwierdziła sama, nie pytając mnie o zdanie czy mam czas czy nie mam czasu, z góry założyła co robię w danej chwili. Takie ot zarządzanie czyimś czasem. Nie za bardzo lubię jak ktoś wtrąca się dość mało przyjemnie w moje życie i to na co "zużywam" swój prywatny czas. 

Tak więc - chciała to lawinę małą wywołałam. Dałam osobie do zrozumienia, że niestety ale mój facet może i ma dostęp do tego środka przekazu ale na co oni się umawiali to ja nie mam pojęcia (jakoś nie wtajemniczamy się w swoje zajęcia, czas wolny - no chyba że spędzamy go razem, w tygodniu jednak każde jest u siebie). 
Oczywiście nie byłabym sobą jakbym nie zwróciła pani K. uwagi na temat ów mojego gospodarowania czasem. (W sumie to ja nikomu czasu nigdy nie organizowałam - ciekawe jak to jest?)

Może to by nie wywołało takich emocji gdyby nie to iż przypomniałam małą sytuację, gdy załatwialiśmy im trochę taniej, po znajomości towar (nic nielegalnego ;) ), oczywiście gdy temat został załatwiony do końca kontakt się urwał.  Ba! nawet "cześć" nie potrafiła kobiecina powiedzieć. Chociaż napomknęłam, że jej mąż bywa bardziej kulturalny bo przynajmniej się przywita.
Tak czy owak. Dziewucha, ba kobieta (chyba) dorosła bo już trzy dekady na karku posiada obraziła się o tak zwaną - pietruszkę, jak dzieciątko z przedszkola. Nie za bardzo potrafię tego pojąć i nadal pisząc to zastanawiam się "co ona sobie myśli? czy tak się zachowują dorosłe osoby? jak tak to ja nie chce już dorastać"
Może w tym miałaby trochę racji  - obrażając się - gdybym skłamała. A tu zonk. Wypowiedziana została cała prawda i tylko prawda (po przygodach z ex-mężem-kłamcą jestem bardzo wyczulona na kłamstwa). 

Sprawa by pewnie uszła w zapomnienie gdyby nie fakt, że trzydekadowa osoba pisze publicznie na portalu społecznościowym coś w stylu "na chamstwo jest tylko ignorancja"... Dalej nie zdążyłam już przeczytać bo nie było chyba sensu wdawać się w jakąkolwiek dyskusję z osobą która nie potrafi się w swoim wieku zachować a prawdę uważa za chamstwo. 

I nadal nie potrafię pojąć. Czy naprawdę mówienie prawdy nie jest w modzie i uważane jest za coś złego? że to wręcz bezczelne mówić prawdę? 

Do końca jej wpisu nie przeczytałam - stwierdziłam, że nie stanowi ona grona moich znajomych i już raczej nigdy nie zazna. Może przez to, że nie potrafiła odeprzeć "zarzutów" prawdy jakie jej postawiłam. 
No i temat o pani K. uważam za zamknięty :)

wtorek, 26 listopada 2013

A jakby tak nie zapłacić...

Dziś doszła do mnie wiadomość, dla mnie może i obojętna, chociaż dała do myślenia. Otóż, okazało się, że w moim bloku praktycznie 1/3 mieszkańców nie płaci czynszu. Mnie akurat w tym ułamku nie ma (i chwała bogu - nawet sprawdziłam swój stan rozliczeń :) )

Blok stoi rok, pierwsi mieszkańcy chyba na początku stycznia się zakwaterowali w swoich lokalach. Więc nawet rok nie wychodzi. Wydawało mi się, że jeśli ktoś się decyduje się na kupno nowego mieszkania od developera to bierze pod uwagę, że rata kredytu to nie jest jedyne zobowiązanie. Jest jeszcze czynsz, prąd, i inne zachcianki jakie ktoś tam ma. 

Może jakby było to ok 10 mieszkańców to ok. Może bym jakoś to zrozumiała, ale prawie 40 lokali to już jest naprawdę dużo. Stawiam sobie pytanie - a co będzie za rok, dwa ? 

Chyba tylko dwa rozwiązania mi się nasuwają do głowy, no ewentualnie trzecie 

1) ludzie mieszkali na wsi, jak wiadomo tam się czynszu nie płaci i nie płaciło, ot tylko wszelkie media. I może Ci ci przyjechali z takich wsi są? zapomnieli? 

2) zamieszkali państwo "nowobogaccy" - czyli coś na zasadzie, że "kupię sobie super wannę z telewizorem, albo telewizor na całą ścianę - a co niech mi zazdroszczą sąsiedzi" i w takim przypadku na czynsz nie starcza już pieniążków (albo im się płacić nie chce). W sumie wiem i widzę wyglądając z klatki jak niektóre mieszkania są wykończone. Oby było lepsze, ładniejsze, żeby było widać że więcej kasy wydałem. No cóż. Ja męczyłam się 7 miesięcy aż się wprowadziłam tylko dlatego, że chciałam mieć w miarę normalne warunki, ale też szkoda było mi wydawać bezsensownie kasę na duperele. Tak czy inaczej ok 30-40 tys zaoszczędziłam. 

3) "bida z nędzą" - dopuszczam do myśli, że może być jakiś mieszkaniec, który naprawdę miał (ma) ciężką sytuację i musiał wybierać - pieczywo czy czynsz i to jeszcze jakoś jestem w stanie zrozumieć. Chociaż ja znając samą siebie - zadzwoniłabym i prosiłabym o przedłużenie terminu płatności ewentualnie bym coś napisała (w sumie po księgowemu myślę).

Tak czy inaczej chyba te powiedzmy 38 osób należy do grupy 2 a może jedna do 3. 

Moi rodzice wychowali mnie tak, że czynsz i wszelkie opłaty to rzecz święta. Prawie jak amen w pacierzu. Musi być płacone na czas. Zawsze jakoś pieniądze na to muszą być. Można sobie odmówić przyjemności ale czynsz i media zapłacone muszą być. Lecz z tego co widzę to chyba jestem odosobnionym osobnikiem w tej kategorii. Nie umiem zrozumieć ludzi i ich podejścia. Ich słynnego "zastaw się a pokaż się"  chociaż teraz chyba bardziej "pokaż się że Ciebie stać" .

Przez głowę w żarcie przeszło mi, "aaa... nie zapłacę, kupię sobie drzwi do szafy albo półkę nad łóżko" ale jednak pozostanę przy swoim i będę terminowo płaciła czynsz. Inaczej chyba nie potrafię. 

sobota, 23 listopada 2013

Emocje

Są dni spokojnie, gdy nic się nie dzieje. Po prostu następny dzień i następny i każdy wygląda podobnie, spotyka się człowiek z tymi samymi ludźmi, w tych samych miejscach w tym samym czasie, jedynie tematy do rozmów się zmieniają. Prawie każdy dzień u mnie tak wygląda. W szczególności w tygodniu gdzie mojego faceta nie ma. Zwykle dzień wygląda tak spanie, praca, po pracy do mamy na pogaduchy i na obiad, powrót do domu obejrzenie kolejnego odcinka serialu, myć się i spać. I tak od poniedziałku do piątku.
W weekendy przyjeżdża M. no i albo idzie do szkoły - czyli cały weekend spędzam sama a tylko wieczór i noc z nim albo tak jak obecny mamy wolny, ale mimo tego są zorganizowane spotkania z rodziną czy znajomymi. 

Czasem nie wiem czy na nastrój człowieka wpływa pogoda, to co zje czy z kim się spotka. 

Sam początek dnia niby zaczął się dobrze, ale po chwili leżenia w łóżku się po prostu rozkleiłam. Chyba dlatego, że brakuje mi go. Brakuje mi jego bliskości, przytulenia się, rozmowy. Boję się, że może coś pójść nie tak i dobrze nie będzie. Może też na dzisiejsze łzy wpłynęło to iż wczoraj byliśmy u jego brata. Jest z dziewczyną dużo krócej niż my. Można powiedzieć że trochę ponad rok. To gdzie mieszkają i na co zwróciłam uwagę to nie to że jest bałagan czy są jakieś nie do pary meble. Moją uwagę zwróciły zdjęcia. Wywołane. Z nimi. W całym domu. My niestety nie mamy prawie żadnego. Chyba też trochę zabolało. Że może jest coś nie tak... Sama nie wiem. Ale myśli krążą wokół takiej głupoty jak wspólne zdjęcia. 

Niby po południu było ok. Jedziemy na imieniny ojca. Kilku znajomych. Pomimo bliskiego mieszkania od rodziców przyjechaliśmy samochodem. Ja prowadząca. W sumie nie piłyśmy we 3. Mama, E. i ja. Z puntu widzenia trzeźwego wszystko wygląda inaczej. Zupełnie inaczej. Niestety kolejny raz usłyszałam od ojca (upojonego alkoholem) mało miłe słowa. Chociaż bywały gorsze. Ale zawsze trafiają tak, że tylko szklą się człowiekowi oczy. Kilka lat temu - właśnie poprzez kilkanaście zdań wypowiedzianych przez mojego pijanego ojca podjęłam decyzje wyprowadzki i ślubu. Chciałam uciec od tego wszystkiego. Niestety nie udało się. Wróciłam do rodziców. 2 lata był spokój. Wyprowadziłam się - półtora miesiąca na swoim i kolejny raz słyszę to samo co kiedyś. Zastanawiam się czy ojciec mnie kiedykolwiek chciał. Chcąc czy nie chcąc - jestem z wpadki. Mama wiem, że mnie kocha, ojciec niby też. Ale od mamy nigdy takich słów jak od niego nie usłyszałam. 
Dziś miałam prawo wyboru. Po prostu zebrałam się do wyjścia. Mój M. pierwszy raz usłyszał to o czym zbytnio nie chciałam mu mówić. Zrozumiał mnie. Inni zatrzymywali żebym została ale ojciec dał do zrozumienia słowami "niech się wynosi" że muszę wyjść. Wyszłam, musiałam to zrobić, bo wiedziałam czym to się może skończyć, lecz ból pozostał. Ból tego jak można być potraktowanym przez najbliższego sercu człowieka. 

Poniedziałek mam wolny, jeśli moja mama wcześniej skończy pracę to pojadę z nią pogadać. Jeśli nie to nie pojawię się u nich przez cały tydzień. Nie wiem co myśleć o wszystkim. Chociaż dobrze, że jest Mama i M. 

poniedziałek, 4 listopada 2013

"JA"

Ostatnio moja mama zapytała mnie 
"A do Karoliny coś się odzywałaś, czy może ona?". 

Długo nie myśląc odpowiedziałam "nie odzywałam się i nie zamierzam, non stop ja się do niej odzywam, niby starsza ale jakoś mądrzejsza nie jest. Mam już dość wyciągania ręki do każdego. Wszyscy tylko czekają aż ja się odezwę a sami nic."

Mama się nie zdziwiła. 

Ale bardziej zagłębiając się w moją wypowiedź zauważyłam, że może i przyzwyczaiłam swoich znajomych, ludzi z którymi utrzymywałam kontakt, że to ja pierwsza zawsze się odezwałam bądź pierwsza wyciągnęłam rękę na zgodę. Niewiele jest sytuacji, gdzie role się odwróciły. Przykładów mogę przywołać mnóstwo. Ale rodzi mi się pytanie - czy ludziom nie zależy na utrzymaniu kontaktu? czy im się nie chce? co jest dla nich ważne? 
Kiedyś - te 20 lat wstecz ludzie zupełnie inaczej patrzyli na świat. Najważniejsze dla nich było zdrowie, rodzina i przyjaciele. Wszyscy ze sobą się spotykali. Każdy miał o wiele więcej znajomych na osiedlu niż teraz wirtualnych na portalach społecznościowych. Można było się pośmiać. Każdy z każdego. Nawet z siebie. Iść grupą do kina, na wycieczkę czy cokolwiek innego. 
A teraz? 
Kasa, społecznościówki i grunt to "zastaw się a pokaż się" - super bryki, piękny dom, firmowy sprzęt i.... zero znajomych w realnym życiu. 

Mam wrażenie że ja jestem nie z tego świata. Nie z tej epoki. Mój facet też. Przyjaciółka - jedyna - również. Mamy inne postrzeganie świata. Fakt portali używamy do komunikowania się. Ale wiemy jak wyglądamy, jakie mamy charaktery, z czego potrafimy się śmiać. 

Sama może nie jestem bez winy bo przez ex męża straciłam większość kontaktów, ale staram się je odnawiać. Przywracać to co było kiedyś. No ale jeśli nie chcą tego dwie strony to już nic na to nie poradzę. Chociaż szlag mnie trafia jak za plecami dowiaduje się, że to np. ja się nie odzywam itd itp. Wtedy jestem w stanie wygarnąć danej osobie to co myślę. i chyba tutaj jest pies pogrzebany. 

Ludzie nie lubią jak im się mówi prawdę i to co się o nich myśli. 
Po ex mężu - który kłamstwo miał w małym paluszku i używał go przy najmniej istotnych sytuacjach - mam totalny wstręt. Lepsze albo prawda albo przemilczeć to co się myśli. Nie to co bym sama kłamała. Ale jestem na to wyczulona. 

W zeszłym tygodniu spotkałam sąsiadkę "języka w gębie zapomniała". Ja akurat szłam ze śmieciami a ona była z psem. Mówię cześć, i udaje że nie słyszy, to głośniej i dopiero zauważyła mnie dosłownie jakbym z nieba spadła. Stanęłam - chociaż nie musiałam - chwilę pogadałam. Umówiona była z drugą sąsiadką którą również znam. Zaprosiłam obie do siebie. Usłyszałam że "ok".Czekałam, czekałam i się nie doczekałam. Nawet nie dały znać. Pomimo tego, że po raz kolejny do nich wyciągnęłam rękę, bo obie się obraziły. A co najlepsze to nie mam zielonego pojęcia za co. Dodam tylko, że obie skończyły 30 lat. (Mam nadzieję, że mi tak nie odbije po 30, a jeśli tak to niech mnie zamkną gdzieś i "przezimują").

I tak w kółko. Czy dla ludzi naprawdę nie liczy się przyjaźń, koleżeństwo? tylko kasa i własne dość wysokie ego? 
Ja chyba naprawdę powinnam cofnąć się w czasie. Bo znudziło mi się podlizywanie każdemu. Już wolę jednak mieć kilku znajomych ale tych prawdziwych niż setki znajomych gdzie żadnym z nich nie mogę pogadać. 

Dobrze, że jeszcze kilka osób (mojego rocznika) jeszcze jest w miarę normalnych :)